Podział na kategorie – minimalism game – dni 6-8

Z Nowym Rokiem naszły nas pewne przemyślenia. Bynajmniej nie zrezygnowaliśmy z pomysłu pozbywania się rzeczy, ale postanowiliśmy robić to w sposób bardziej świadomy.

Jacek w poprzednim poście napisał, że na samym początku zrobiliśmy listy rzeczy na pierwszych 10 dni. Były one napisane spontanicznie bez kategoryzowania, co przełożyło się na pojedyńcze wyciąganie książek, płyt, koszulek do wspólnego kosza i zamiast zwiększania wolnego miejsca w mieszkaniu efekt był odwrotny – ze wszystkich zakamarków powyciągaliśmy rzeczy i wkładaliśmy do jednego wielkiego kosza, który już w tej chwili zajmuje sporą część jednego z pomieszczeń.

Co zmieniliśmy?

Słowo klucz – grupujemy.

Zamiast odhaczania pojedyńczych rzeczy jak na przykład „puste pudełka na CD” bierzemy wszystko co się wiąże z płytami, czyli przeglądamy czy mamy podwójne sztuki, czy słuchaliśmy ich przez ostatnie kilka – kilkanaście lat, czy da się je odtworzyć itp. Dzięki temu przechodzimy całościowo przez część domu i przynosi do zdecydowanie lepszy efekt niż nasze wcześniejsze podejście.

Najlepiej to widać na dzisiejszym przykładzie:

Miałam na dzisiaj przewidziane wyrzucenie „pustych pudełek po CD” (kiedyś kupiliśmy chyba 200 pudełek, bo bardzo dużo nagrywaliśmy). Zostało 48. Patrząc całościowo na kategorię płyty efekt mamy następujący:

  • 48 nowych podełek na CD
  • Kilkadziesiąt (ok 30-40) używanych pudełek na CD
  • 74 płyty do zmielenia i wyrzucenia (składanki sprzed kilkunastu lat, kursy Excela, system operacyjny Windows XP, PITy 2009 itp.)
  • kilkanaście filmów oraz płyt z muzyką do wydania – dostępne na liście skarbów

I to wszystko w kilka godzin, a naprawdę nie mogliśmy się do tego zebrać od kilku lat!

Tak samo postąpił Jacek, tylko że z książkami:

  • 26 książek do sprzedania na Olx
  • 47 książki do oddania w dobre ręce
  • przy okazji znalezione notatniki z 2012 roku

Według listy czy  grupując?

Trochę to pokrzyżowało nasze plany z dokładną liczbą rzeczy, ale wydaje nam się, że na chwilę obecną uzyskaliśmy zdecydowanie lepszy efekt niż kurczowe trzymanie się listy.

Spróbujemy uznać dzisiejsze porządki jako dzień szósty, siódmy i ósmy (przyznajemy, że nie wykonaliśmy planu i oprócz bycia na liście nic nie wylądowało w koszu przez weekend), w których wspólnie powinniśmy pozbyć się 42 rzeczy.

Pamiętajcie o liście podziel się – czekamy na podpowiedzi, gdzie można oddawać rzeczy.

A tu nasza lista skarbów – wszystko co przekazujemy do wydania / sprzedania / wyrzucenia jest dostępna w jednym miejscu.

I tym sposobem w 2017 roku mamy już o ponad 200 rzeczy mniej niż w 2016!:)

W 2017 życzymy Wam wybrania swojej gry, która pozwoli na nieobrastanie w rzeczy, bez których jesteście w stanie żyć oraz rozsądku przy wyborze tego co naprawdę jest potrzebne. A oprócz tego, nie może tego zabraknąć, podróży małych i dużych:)

 

Inspiracja, książki i lista „podziel się” – minimalism game – dzień 4

W pierwszym poście dotyczącym minimalism game pisałem o tym, że pierwszego dnia nie ruszając się z miejsca przygotowaliśmy (każde z nas osobno) listę rzeczy do wydania / sprzedania / wyrzucenia na pierwszych 10 dni. Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że w ciągu pół godziny przyszło mi do głowy 110 przedmiotów, które nie są mi potrzebne zrobiło mi się… dziwnie.

110 rzeczy to dopiero początek

Z jednej strony to miłe uczucie, że część z tych rzeczy przyda się komuś, część może sprzedamy co zasili nasz fundusz wakacyjny.
Z drugiej strony świadomość, że tych 110 rzeczy leży w naszym mieszkaniu każdego dnia, zajmuje miejsce i czasem wymaga przekładania jest przerażająca.

No i to jest tylko 110 rzeczy w pierwszych 10 dniach. Drugie 110 rzeczy jest na liście Agnieszki. Łącznie stanowi to tylko 220 rzeczy z ponad 900, które znikną jeśli dotrwamy do końca gry. To jest szokujące.

Kusi mnie, żeby te wszystkie rzeczy zbierać w jednym miejscu (może wynajmiemy schowek – hihi), żeby po 30 dniach zobaczyć jak dużo miejsca to zajmuje. Metr sześcienny? Nie dowiemy się, bo chcemy pozbywać się rzeczy na bieżąco.

Inspiracja

Nasza gra inspiruje znajomych i nieznajomych. Jeśli już chcieliśmy osiągnąć jakiś cel to ten jest ambitny i satysfakcjonujący. Pojawiają się różne opinie dotyczące tego jak zabrać się do minimalism game i jak w nią grać.

Ania napisała:

„Mi sie podoba w projekcie Agnieszki i Jacka to to, że o pozbywaniu się rzeczy myśli się dzięki systematycznemu wyrzucaniu codziennie przez 30 dni – to dość, żeby zmienić podejście do przedmiotów.”

To bardzo ważna uwaga. Poza pozbyciem się bałaganu i niepotrzebnych rzeczy chodzi też o zmianę nastawienia do tego co mamy i sposobu w jaki będziemy kupować kolejne rzeczy.

Pojawiło się też pytanie organizacyjne:

„Zastanawia mnie, czy planujecie czego się pozbywacie z wyprzedzeniem czy dopiero tego dnia? Ja bym chyba myślała nad tym za dużo…obsesyjno-kompulsyjnie ;)”

Na starcie zrobiliśmy listę na 10 dni. Teraz (dzień 4/5) listy leżą w kuchni i dopisujemy do nich kolejne pozycje. Ja mam wypełniony dzień 12 do połowy. Coraz trudniej wpisuje mi się tam rzeczy z mieszkania. Przez ostatnie miesiące prowadziłem swoją małą grę i po prostu pozbyłem się wielu niepotrzebnych przedmiotów  i ubrań. Trzymam się jednak tego, żeby naszą puszkę pandory (sprzęt sportowy, narzędzia i tzw. inne) włączyć do gry od 15 dnia. Zobaczymy jak pójdzie, ale zawsze mogę wpisywać na listę pojedyncze spinacze (propozycja Tomka) 🙂

Sposób na książki

No i jeszcze pytanie z cyklu JAK ŻYĆ czyli

„Jak te książki pogodzić z posiadaniem mniej?”

U nas na książki dopiero przyjdzie czas (u mnie pierwsza jest w dniu 7 – Kazimierz Nowak i jego afrykańskie przygody). Rozwiązania jednak są takie:

  1. zostaw książki w spokoju, jeśli to jest to co kochasz, czego potrzebujesz (np. w pracy) albo co sprawia Tobie przyjemność
  2. przerzuć się na e-booki albo audiobooki
  3. pobaw się w book crossing
  4. zapisz się do biblioteki!

Jakieś dodatkowe pomysły dla moli książkowych?

Podziel się

Cały czas pojawią się nowe pomysły na to, komu i gdzie można pomóc przekazując rzeczy, które nam nie są potrzebne. Zbieramy to wszystko w jednym miejscu – na www.dookolaswiata.org/podziel-sie.

Czekamy na nowe pomysły.

Zajrzyj też na LISTĘ SKARBÓW. Może znajdziesz coś czego potrzebujesz.

Lista zakltualizowana – minimalism game – dzień 3

Dzień 3 skończony i zarazem kolejnych 6 rzeczy jest gotowych do opuszczenia ciepłego przytułka w naszym mieszkaniu. W sumie to już 12 sztuk!:)

Przyznam szczerze, że jestem na etapie chęci wyrzucenia od razu wszystkich koszulek, bidonów, czepków itp. i nie trzymania się reguły „codziennie pozbywaj się o jedną rzecz więcej”. Niestety znam siebie na tyle, że wiem, że to odwróci się przeciwko mnie i za kilka dni wytłumaczę sobie, że wcześniej już wyrzuciłam więcej rzeczy, więc mogę sobie odpuścić. Zatem trzymam się reguł, ale jeszcze trochę czasu i rzeczy zostało, więc Wasze kciuki naprawdę się przydadzą:)

Podsumowując:

  • 2 rzeczy są już w domach u nowych właścicieli
  • 2 wyrzuciliśmy
  • dzisiejsze 4 są wystawione na Olx, z deadlinem, który sobie sama ustawiłam lub czekam na zgłoszenia na naszej LIŚCIE SKARBÓW
  • 3 rzeczy (buty, moje koszulki) spakowane do torby i raz w tygodniu będziemy je oddawać potrzebującym

Dodatkowo aktualizacja miejsc do wydawania rzeczy:

  • Jeśli macie koce, ręczniki, garnki itp. do oddania, możecie je oddać do schronisk dla zwierząt.  np. w Skałowie http://schronisko-skalowo.pl/ lub dla Fundacji Głosem Zwierząt, punkt zbiórki na Sołtysiej w Doggie Style (Poznań).

Jutro kolejne wieści!

Nie jesteśmy sami – minimalism game – dzień 2

Nie jesteśmy sami! Po naszym wczorajszym poście okazało się, że pomysł na minimalism game podoba się i są kolejni chętni, żeby podjąć wyzwanie.
Były pytania o zasady, o miejsca do oddawania niepotrzebnych przedmiotów i przemyślenia z dotychczasowych prób innych osób. Zaawansowana jest też akcja przekazania / sprzedaży stołu kuchennego. Nie naszego 🙂

Czytaj dalej Nie jesteśmy sami – minimalism game – dzień 2

Minimalism game – dzień 1

Postanowiliśmy zagrać z Agnieszką w grę. Nie jest to jednak planszówka albo gra na konsoli, której zresztą nie mamy.

Ta gra polega na oczyszczaniu swojego życia i otoczenia z niepotrzebnych przedmiotów.

O minimalism game usłyszałem pierwszy raz w podcaście The Minimalists. Zanim zdecydowałem się zaproponować grę Agnieszce przesłuchałem większość odcinków tego podcastu, a temat minimalizmu zgłębiałem w różnych źródłach.

Czytaj dalej Minimalism game – dzień 1

Podkoziołek – przedłużające się myślenie…(i troszkę o bieganiu)

Podstawowe pytanie podczas pisania newsa powinno dotyczyć tematu, na który chce się pisać.

No właśnie.

Od wczoraj za mną chodzi temat: Podkoziołek. I to wszystko. Piękny dzień na imprezę, ostatki przed postem.

A u nas Mania padła o 19 (!sic), Jasiek chwilę później, ja przeziębiona, a Jacek z planami sportowymi. Jak żyć? 19:40 byłam w łóżku z planem czytania, oglądania, pisania itp. itd.

Nie wyszło nic z wyjątkiem kilku dziwnych rysunków na kartce, które bazgrałam podczas myślenia co zrobić najpierw.

A dlaczego nic nie wyszło?

Nie wyszło, ponieważ zasnęłam podczas myślenia nad kolejnością zadań…

I dzięki temu mój Podkoziołek sprawił, że jedno z postanowień wielkopostnych brzmi: nie myśleć za dużo. A dotyczy to bardzo wielu spraw.

Nie myśleć a robić. Nie planować a realizować.

Realizować rzeczy, które denerwują, które sprawią, że ich realizacja polepszy mi humor, że moja lista będzie się kurczyć, a nie powiększać. Nie robić list, które powodują, że myślę co robić w danym momencie, po czym mija X czasu i powodują frustrację, że jeszcze nie zostały zrobione.

Brać na barki tyle ile mogę udźwignąć w danym momencie.

Cieszyć się, że wyszło tyle ile wyszło, a nie zamartwiać się ile nie wyszło. Szklanka do połowy pełna…jak łatwo powiedzieć.

Ale był podkoziołek i dzisiaj jakoś mi łatwiej. W szklance jest woda;-)

Ale, żeby nie było tak miło powstało jeszcze jedno postanowienie – pisać newsy, sprawić by strona żyła. Pisać o wszystkim o czym się chce.

Więc piszę.

Pozdrawiam;-)

P.S. Z codziennych rzeczy, takich mniej filozoficznych to jest ok;) Biegamy, dużo biegamy, a potem odpoczywamy:) Comiesięczny City Trail, gdzie oprócz nas Mańka stawia swoje pierwsze zawodnicze kroki.

IMG_7865

IMG_7879

Ostatnio był też Forest Run, czyli 23 km po Wielkopolskim Parku Narodowym.

Fantastyczna impreza, zorganizowana przez świetnych ludzi z pasją. Czuć to jak  obserwowaliśmy przygotowania zawodów i podczas samego biegu. Nie wspominając o zorganizowanym rekonesansie trasy, tak po prostu – by żyło się lepiej:)

Forest Run to zawody, które były moją ostatnią imprezą biegową przed zajściem w ciążę z Jasiem, rok 2014. Od tamtego czasu biegałam krótsze dystanse, po maksymalnie 8km, aż do czasu, kiedy Jacek nie namówił mnie na rekonesans w WPNie. Zimno, ale słonecznie. Duże wyzwanie, trochę zbyt duże, ale w dobrym towarzystwie trasa pokonana! Moje pierwsze 23km od prawie 16 miesięcy! Od rekonesansu minęły 3 tygodnie i przyszedł dzień startu. Jak to ja intensywnie prowadziłam dialog wewnętrzny czy biec, ale po raz kolejny decyzja była na tak:) Nie żałowałam! Słońce przebijające się przez drzewa w parku, odbijało się w jeziorach tylko dodawało sił i przybliżało do mety by po 2 godzinach i 2 minutach stanąć na mecie i cieszyć się, że kolejny krok w przód zrobiony.

12666422_10154083614654610_373179605_n

Kolejny krok, który przybliża do lepszej kondycji by osiągać lepsze wyniki oraz wspierać Jacka w biegnięciu na Śnieżkę…A jest nad czym pracować, bo Jacek ciśnie i jego 1:46:02 dają mi do myślenia:)

Karkonoszman 2016 czyli szczęście w losowaniu i masa roboty

Dostałem wczoraj maila. Takiego na którego czekałem 3 miesiące. W dzisiejszym świecie prawie nikt nie czeka tyle na zwykłą wiadomość. Są smsy, maila, snapchaty i inne cuda.

Tyle, że ja nie czekałem na zwykłą wiadomość. Brzmiała ona tak:

Czytaj dalej Karkonoszman 2016 czyli szczęście w losowaniu i masa roboty

3 miesiące i 4 dni po porodzie – sezon triathlonowy otwarty i zarazem zamknięty!

W niedzielę otworzyłam swój sezon triathlonowy zawodami, które były ostatnimi w tym roku na mapie Polski. Za mną Kórnik Triathlon, który spadł mi po prostu z nieba:-)

IMG_6795

Ale od początku. 

W zeszłym roku wystartowałam dwukrotnie w triathlonie. Szczęśliwie ukończyłam zawody w Poznaniu i Chodzieży. Zaczęłam tę przygodę za namową Jacka, który jak wiecie z jego wpisów wpadł w nie po uszy:) 

Wypełnił za mnie formularz i powiedział, że ja mam “tylko” kliknąć. No i kliknęłam. 

Wszystkie starty, nie tylko triathlon, ale i zwykłe biegi, dawały mi ogromną radość, poczucie, że można bić swoje rekordy, mieć cele i do nich dążyć, niekonieczne w męczarniach, a z poczuciem zadowolenia i bijącymi endorfinami wokół. 

Zaczęłam marzyć o kolejnym sezonie…

Ale w między czasie tak zwana jesienna faza roztrenowania przyniosła fantastyczne wiadomości, że na początku czerwca 2015 roku urodzi się Jasiek:-)

Skłamię, jeśli napiszę, że nie pomyślałam o “straconym sezonie”. Tak bardzo chciałam wystartować. Myślałam, liczyłam dni i tygodnie, których będę potrzebować by po porodzie dojść do siebie i jako tako przygotować się do startu. Wydawało mi się to ciężkie do realizacji, ale nie niemożliwe. 

Jasiek urodził się w połowie czerwca. Boski, mały i uśmiechnięty chłopak. Zaczęłam odliczać 6 tygodni by zacząć biegać, albo chociaż trochę intensywniej się ruszać. Dni mijały bardzo szybko, bo chyba nie lubimy pustki wokół nas:) Jacek realizował kolejne kroki przygotowań do startu w Malborku. Jeździliśmy wspólnie na zawody, kibicowaliśmy mu, ale oprócz satysfakcji, że  bije swoje czasy z poprzedniego roku coś się we mnie kołatało…Każdy kto stał po stronie kibica, ale także kiedykolwiek startował to wie, że jedno i drugie jest wciągające, ale to drugie, to coś magicznego, coś co sprawia, że energia w środku rozpiera…

I tak też podczas zawodów w Bydgoszczy rozmawialiśmy o startach i nowych zawodach wokół Poznania i wtedy Marcin powiedział o dystansie 1/10IM w Kórniku. Bliżej być nie mogło, a dystans niby krótki, ale patrząc na sytuację to i tak było wyzwaniem;)

Wróciliśmy do domu, a ja postanowiłam, że dam radę, powoli zacznę biegać, ale łatwiej będzie mi się zmobilizować mając gdzieś w perspektywie zawody, słysząc huk startera i widząc strefę zmian. Tak, to jest adrenalina, która mnie tak nakręca. 

28 lipca weszłam na stronę triathlonu w Kórniku, a tam w zakładce aktualności informacja: zwiększamy limit uczestników na trasie 1/10 IM – tak, tak – to był znak. Nie ma na co czekać. Ciach – tym razem sama wypełniłam formularz i zapłaciłam. To był dobry bodziec do pójścia biegać:)

I tu powinna zacząć się opowieść o moich codziennych biegach, treningach pływackich, rowerowych, ale nie. Tego było. 

Przyszły upały, a ja się rozleniwiłam:P

Mój pierwszy bieg zakończył się powiedzeniem z żalem Jackowi, że gdzieś się podziały moje czasy sprzed roku. Gdzieś zniknął ten spokój i lekkość… Przebiegłam 4km i brzuch miałam ściśnięty, w telefonie Pani z aplikacji mówiła “6:15 minut na kilometr”, a ja nie mogłam się zmusić do szybszego ruszania nogami. To nie wyglądało dobrze. 

Jednak nie był to też powód do odwrotu. 

Po dwóch tygodniach od zapisania się na zawody miałam urodziny i tu należą się WIELKIE PODZIĘKOWANIA wszystkim osobom, które wiedziały, że rower szosowy to marzenie, do którego przymierzałam się już rok wcześniej, ale jakoś nie było mi dane. Dostałam piękną białą strzałę, która jest kolejnym powodem by zapisywać się na zawody:) 

Strzała pojechała z nami do Bukowiny na wakacje i po raz pierwszy od roku usiadłam na rowerze, by jeździć po jakże “płaskich” terenach wokół Łysej Polany i Bukowiny;-) Niby można by narzekać, że górki, dołki, zimno, ale nie – lepszego miejsca na pierwsze jazdy na szosówce, po rocznej przerwie nie ma! Wsiadłam dwukrotnie na rower w tym, raz tylko i wyłącznie dzięki opanowaniu i spokoju Jacka, który wstał ze mną o 5 rano, przezwyciężył wszystkie niepowodzenia na drodze z 3 piętra do samochodu i powiedział: “Jedź. Już wszystko jest ok. Dam radę z dziećmi. Zależy mi, żebyś pojechała”.

20150821_070018

Potem przyszedł IronMan Jacka, po którym miał odpoczywać, a ja miałam wejść w „ostatnią” fazę treningów. Plan wyglądał dobrze: basen, bieg, rower – zmobilizować ciało do większego wysiłku. Plan utrzymał się przez 12 godzin. We wtorek wieczorem, dzień po powrocie z Malborka, dokładnie 2 tygodnie przed moim startem, schodząc na śpiąco z antresoli, poleciałam. Spadłam z połowy wysokości schodów na sam dół obijając przy tym potwornie żebra. Jacka nie było w domu, mi rozładował się telefon i jedyne na co mnie było stać to położyć się na brzuchu i walczyć z myślami “Co Ty zrobiłaś?? Nie ma szans. Nie wystartuję. Głupia. Bez sensu. Po co??” itp. W nocy nie byłam w stanie podnieść Jaśka z łóżeczka i zaczęły się moje psychiczne wzloty i upadki. Od całkowitej rezygnacji, do pełnej mobilizacji: “Przestań się użalać nad sobą. Skończ myśleć i zacznij coś robić.” 

Raz poszłam na basem. W wodzie było ok, mogłam płynąć. Po wyjściu trochę gorzej, ale ruszałam się. Oddychałam płytko, żeby nie bolało. Codzienna kalkulacja, czy start w ogóle ma sens, nic na siłę, z drugiej strony “byłoby fajnie ukończyć taki bieg. To by mi dało kopa do dalszych treningów…”. 

W między czasie, gdy znów głośno analizowałam swój stan pod kątem tego czy pójść na rower czy nie, Jacek mnie zmotywował tekstem: “Pain is temporary, winning lasts forever”. Uśmiechnął się, a mi znów nie pozostało nic innego jak tylko ubrać się rzucając z uśmiechem pytanie, czy to reklama środków przeciwbólowych?;-) 

Ostatnie dwa tygodnie to była właściwie walka z myślami. Startować czy odpuścić. Bardzo chciałam, ale podświadomie wiedziałam, że nie jestem przygotowana i porywam się z motyką na słońce. Z drugiej strony potrzebowałam tego startu do dalszej motywacji, do uwierzenia w siebie, że jak się czegoś bardzo pragnie to mimo przeciwności można to zrealizować. 

I z takimi myślami w niedzielę rano pojechaliśmy całą rodzinką do Kórnika. Mania i Jacek w koszulkach Boogie Woogie Support Team, z głośników motywująca muzyczka i już wiedziałam, że to była dobra decyzja. Wszystkie myśli, które początkowo mnie gdzieś blokowały zostały odsunięte na bok, a zamiast nich pojawił się szeroki uśmiech. Niczego więcej nie potrzeba oprócz Jacka i dzieci, które widzą jak rozwijamy swoje pasje, dzielą je z nami i wspierają podczas przygotowań. Nic tak nie cieszy jak uśmiech Mani, która na nasz widok podczas wychodzenia z domu mówi: “Idziesz biegać?” lub “Pływasz?”. Nie ma płaczu, jest uśmiech na jej twarzy:)

IMG_6824

Emocje podczas zawodów są zawsze. Czy to bieg na 5km, czy maraton czy IM. Zawsze jest to pozytywne poddenerwowanie i niewiadoma jak to dzisiaj będzie. 

Rower odstawiony do strefy zmian, pianka na grzbiet i idziemy w stronę pomostu, z którego jest wejście do wody. Zawodnicy mieszają się z kibicami, wszyscy się uśmiechają i nawzajem poklepują i motywują słowami, że będzie dobrze. Ktoś mówi, że woda zimna, inni, że trzeba robić swoje i nie zwracać uwagi na przeciwności. Rzutem na taśmę na pomost wpadają rodzice, ostatnie buziaki i w drogę. 

IMG_6812IMG_6820

Woda faktycznie nie najcieplejsza, ale tragedii nie było. Pianka skutecznie chroni ciało przed dostaniem się wody. Pierwsze ruchy to było jedno wielkie przyzwyczajanie się do wyporności spowodowanej pianką. Nagle głośne odliczanie kibiców 3 2 1 – start. Żabka – kraul – żabka – raz nawet piesek jak dostałam w bark, ale potem spokojnie swoim tempem mijałam kolejną bojkę, byle do wyjścia z wody. Potem już nic mnie nie zatrzyma:) 

Dobieg do strefy zmian przypomniał mi dlaczego starty sprawiają mi taką radość. Tata z wielkim transparentem “Boogie Woogie jest z Tobą”, obok Mania krzycząca “Mama, mama”, Jacek pytający jak tam, gdzieś z boku Mama z Jasiem, który właśnie się obudził.

IMG_6950

Kask, skarpetki, buty i rower – 18km dookoła Jeziora Bnińskiego z dozwolonym draftingiem, czyli jazdą za innym zawodnikiem bez zachowania specjalnej odległości.

IMG_6916

O plecach nie pomyślałam ani razu. Pochyliłam się wygodnie na kierownicy i kręciłam. Schować się za kimś i jechać w tunelu – tak jechałam przez pierwsze 5km, ale potem jedni jechali trochę poniżej moich możliwości, a inni byli za szybcy i nie byłam w stanie utrzymać ich tempa. W związku z tym przemierzyłam samotnie większość trasy. Gdy zza budynków ukazała się wieża ratusza wiedziałam, że już 2/3 trasy za mną i teraz wszystko się okaże. 

12050989_996632443700485_142723702_o

Strefa zmian poszła gładko, jedno motywacyjne uderzenie rękoma w uda z gadką motywacyjną by mnie nie zawiodły. 4,2km czekały na mnie. Wiedziałam, że Jacek chciał biec ze mną i tak też się stało. Mania i Jasiek zostawieni u rodziców, a on biegł przy mnie cały czas wołając, że jest super i mam trzymać tempo. Pierwszy kilometr ciągnął się dość długo, ale gdy zobaczyłam, że tempo mam takie, o którym nawet nie myślałam po moich treningach w okolicach 6min/km było dużo lepiej. “Trzymaj tempo, jest super, biegnij, zaraz Cię dogonię” dodawały mi sił i wiedziałam, że ukończę, że jest dobrze. 

IMG_7012

Po nawrocie Jacek jeszcze dodał, że Mania już czeka i tu już nie mogłam się cofnąć. Jedynie mogłam wykrzesać z siebie odrobinę energii by szybciej ją przejąć od Taty, który przełożył Manię przez barierki i razem wbiegłyśmy na metę. Z moją małą Manią, dzięki której tak naprawdę zaczęłam biegać, bo ile można było chodzić tylko na spacery?;-)

12020691_996673907029672_1587740873_o

IMG_7039

Było i jest pięknie. Jasiek idealnie wyczuł moment, bo prawie przy samochodzie się obudził na karmienie, Mania padła z emocji w drodze powrotnej, a my z Jackiem, już wspólnie, możemy planować przyszłoroczny sezon:-) A potencjał jest, bo wracając do domu dostałam smsa, że zajęłam 4 miejsce w kategorii K30, a wśród kobiet 11:) W tym roku zamiast fazy roztrenowania zaczynam treningi i byle do przodu z kolejnymi celami i wsparciem ze strony najbliższych przyszłość wygląda bardzo obiecująco!:-)

IMG_7084

 P.S. Zdjęcia Jacek i Andriy Malenko z Zakład Fotograficzny

Przepis na Ironmana: marzenie + determinacja + ogromne wsparcie najbliższych [Castle Triathlon Malbork 2015]

W przypadku każdego marzenia, najważniejsze jest to, żeby bardzo chcieć je zrealizować. To nie może być takie zwykłe „chciałbym”. To musi być potężne „ja tego chcę i zrobię to, będę tym żył, będę o tym myślał, dążył do tego i będę zarażał innych optymizmem, żeby oddali mi go trochę, gdy mi będzie gorzej”. O! Tak to musi wyglądać. Tak właśnie było w przypadku mojego marzenia o Ironmanie.

Po zeszłorocznym starcie w 1/2 IM w Poznaniu zaczęła kiełkować we mnie myśl, że może ten ironman jest do zrobienia, że to przecież dla ludzi. Druga fala przemysleń przyszła w we wrześniu albo październiku po Forest Run kiedy pierwszy raz przebiegiem ponad 40 km i okazało się, że jest to w moim zasięgu.

Wystarczyło dodać do tego prawie 4 km pływania i 180 km na rowerze. Brzmi to jak żart i też tak o tym wtedy myślałem, ale cały czas tzw. pełny dystans wracał mi do głowy.

Po wielu poszukiwaniach znalazłem ciekawie wyglądające i co równie ważne, dość tanie, zawody w Malborku – Castle Triathlon Malbork. Najpóźniejszy ironman w sezonie – 6 września 2015. Chodziłem wokół tego tematu na pies wokół jeża. Trenażer na stałe zagościł w domu, dłuższe bieganie przychodziło jakby łatwiej, ale cały czas nie było decyzji.

IMG_6436

W grudniu zapytałem Agnieszkę, co sądzi o moim pomyśle startu w ironmanie. Odpowiedziała pozytywnie i to było bardzo budujące. Mimo wszystko chyba jeszcze nie czuła tego aż tak jak ja. Decyzja w mojej głowie już zapadła, a klamka zapadła w Sylwestra, przed samą imprezą. Zarejestrowałem się, zapłaciłem i już.

Pierwszego stycznia poszedłem biegać po pagórkowatych ścieżkach Kotliny Kłodzkiej (no bo impreza imprezą, ale IM czeka!) i tego samego dnia coś mnie zaczęło boleć w kolanie. Tak jakby organizm powiedział: „chyba sobie gościu jaja robisz z tym ajronmenem”.

Oszczędzę wam opisu wzlotów i upadków, treningów, litrów wylanego potu i okresów, w których nie mogłem się ruszać (tak, takie okołokontuzyjne też były). Osiem miesięcy przygotowań, w czasie których pojawił się na świecie Jasiu, mieliśmy trochę rodzinnych przebojów zakończonych happyendem i różnych wyzwań to był bardzo intensywny czas. Bardzo mało startowałem, ale za namową Agnieszki od czerwca to się zmieniło. Wiedziałem, że chcę choć raz pokonać żelazny dystans każdej z dyscyplin, żeby psychicznie zmierzyć się z tym co czeka mnie w Malborku. Bieganie miałem już zaliczone i to zdecydowanie była moja najmocniejsza strona. Z pływaniem rozprawiłem się w czerwcu podczas zawodów w Poznaniu, a na rowerze… mi nie wyszło. Najdłuższy trening miał ok. 100 km.

Mocno podbudowała mnie jednak życiówka w półmaratonie i zdecydowanie lepsze niż w zeszłym roku wyniki w 1/4 i 1/2 IM. Historię o złamanym widelcu już znacie. Po ENEA Challenge Poznań miałem 6 tygodni na przejście z trybu 1/2 do 1 🙂 W końcu nadszedł czas wyjazdu do Malborka.

Wyobraź sobie ciemną noc, majaczący w oddali wielki krzyżacki zamek stojący nad czarną rzeką, wrześniowy chłód i szum silnego wiatru, pomimo którego w głowie masz ciszę. Tak właśnie czułem się przed 5 rano, kiedy szedłem do strefy zmian. Reflektory oświetlające tylko część terenu, ten przyjemny harmider i poczucie, że wszyscy są tutaj, żeby powalczyć – o rekord, wynik albo po prostu o przecięcie mety. Zawodnicy stojący przed rowerami i wyglądający jakby modlili się, a w rzeczywistości odtwarzający sekwencję, którą będą wykonywać po wyjściu z wody i powrocie z roweru. To wszystko po to, żeby upewnić się, że kask (!) jest na miejscu, a buty nie zostały w samochodzie.

Jeszcze tylko krótka przebieżka, żeby rozruszać organizm i wprowadzić serce na wyższe obroty. Potem wciśnięcie się w piankę i 15 minut czekania na brzegu. Robiło się coraz jaśniej, ale wiejący wiatr wskazywał na to, że to nie będzie najłatwiejszy dzień.

IMG_6370
Ubieranie pianki

 

IMG_6374

IMG_6380

Pływanie poszło mi mniej więcej tak jak się spodziewałem. Wbrew pozorom prąd nie był zbyt silny, więc należało po prostu płynąć swoje. Dla mnie był to etap, który traktowałem trochę po macoszemu, bo wolałem skupić się na treningu biegowym i rowerowym. Czas ok.1:27 był przeciętny i na pewno można tu sporo poprawić.

malborkironman_2015_00329
Rycerze czuwali, żeby wszystko było w porządku!

 

W strefie zmian (T1) pianka powędrowała do worka, sucha koszulka na grzbiet (chyba nie przekonam się do trisuit’ów), Tomkowe rękawki na ramiona, toi-toi i bieg z rowerem. W tzw. międzyczasie zamieszałem się jeszcze w obsłudze zegarka i straciłem trochę czasu. Miałem tydzień na zaprzyjaźnienie się z nim (zegarkiem), ale w obliczu 180 kilometrów, które mnie czekały, chyba po prostu zapomniałem co i jak miałem przyciskać.

IMG_6416
Szybkie ubieranie i w drogę

malborkironman_2015_07587

No i zaczęło się. Sześć pętli po 30 kilometrów. Pętli, ale nie okrągłych, tylko takich z nawrotami, które po euforii jazdy z wiatrem ustawiały wszystkich do pionu wiejąc w pysk w prędkością (podobno) do 60 km/h. Założenie było proste – utrzymać średnią 30 km/h i zamknąć etap rowerowy w 6 godzin. Asfalt był świetny, trasa płaska, więc w normalnych warunkach (bez wiatru albo przynajmniej z wiejącym słabiej) było to spokojnie w moim zasięgu. Tym razem okazało się za trudne. No, ale zanim tak się okazało to spędziłem na siodełku ponad 6 godzin i miałem sporo czasu na myślenie.

Na początku jest euforia, wola walki i zachłyśnięcie nowościami. „Super, robię etap rowerowy na dystansie IM, nigdy nie przejechałem tyle w jeden dzień. Daję radę, dobrze się czuję” itd. Później przychodzą myśli typu: „O, jeszcze 4 razy będę dzisiaj w tym miejscu. Tak to będzie za 120 km”. Jeszcze w innym momencie wewnętrzna gadka motywacyjna. Czasem w wersji soft (najczęściej jadąc z wiatrem): „Dajesz, jest super. Aaaaa euforia. Jak te koła pięknie się toczą”, a czasem w wersji hard (pod wiatr): „Chcesz być ajronmenem, to musisz to k**** wydrzeć, samo nie przyjdzie, nikt za ciebie tego nie zrobi”. Wiem, że motywacja, a szczególnie automotywacja w sporcie ma olbrzymie znaczenie. Potrafię uzyskać taki efekt np. słuchając odpowiedniej muzyki. Z tym, że na zawodach tri najczęściej używanie słuchawek jest zabronione ze względów bezpieczeństwa. Zatem jedziesz sobie na rowerze już 3,5 godziny, w uszach masz ciągłe „pssssszzzzzzz, psssssszzzzzz” (głośny szum wiatru i opływającego cię powietrza) i musisz jakoś sobie pomóc. No i wtedy te różne motywacyjne myśli krążą po głowie.

IMG_6460
Chyba po 4 kółku czyli 120 kilometrów w nogach

www.maratomania.pl

malborkironman_2015_08260

IMG_6427

Są też chwile kompletnego rozłączenia – po prostu pedałujesz i ciśniesz przed siebie. Zadnego kombinowania, planowania, zastanawiania. Nic. Po prostu przed siebie.

No i są też chwile absurdalno-humorystyczne. Jakieś 115 km za mną, a tu nagle do głowy z hukiem wpada Anna Maria Jopek i śpiewa: „… jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę … a jakiś bies wciąż powtarza mi pędzej …” Wszystko na miejscu 🙂 Jest śmiesznie.
Czasem podśpiewuję Boogie Woogie (hit od Mańki ze żłobka), a czasem nucę dźwięki z filmów, które pojawiają się na YouTube, gdy wpisze się „ironman motivation”. To wszystko to elementy tej świadomej i nieświadomej wizualizacji, którą uprawiałem przez ostatnie miesiące biegając, kręcąc na trenażerze, jeżdżąc na rowerze czy po prostu odpoczywając na kanapie. To jest niesamowita siła!

/od tego miejsca piszę po raz drugi, bo napisany wczoraj wpis poszedł w …. skasował się/

Olbrzymim źródłem energii byli Moi Kochani Kibice – Agnieszka, Mania, Jasiu, moi Rodzice, rodzice Agnieszki i Magda. Byli ze mną od samego rana, czekali po każdym okrążeniu, przygotowali niesamowite transparenty, krzyczeli i dopingowali. Zorganizowali nawet megafon, przez który napędzili mnie do walki na rowerze. Do tego mogłem liczyć na to, że dostanę bidon z magicznym napojem elektrolitowym albo po prostu dobre słowo. Czasem nie reagowałem, ale doskonale słyszałem wszystko co do mnie mówili i bardzo mnie to niosło.

IMG_6442
Najlepsi Kibice na Świecie!
IMG_6527
Kibic nie wielbłąd… 🙂

IMG_6443

IMG_6446

IMG_6535

IMG_6637

Wyjeżdżając na ostatnie kółko czułem, że to co się dzieje jest niezwykłe. Od pewnego momentu cały czas przekraczałem granicę tego co znałem w wcześniejszych zawodów czy treningów. Jeszcze tylko podziękowanie dla sędziów i wolontariuszy, ostatnie piątki przybite z dzieciakami wołającymi „a nie ma pan pustego bidona?” i jazda do mety tego etapu. W tzw. międzyczasie przypałętał się deszcz. Zrobiło się siwo i razem z wiatrem zaczęły wirować szybkie krople. Wtedy pomyślałem sobie, że każde doświadczenie na coś się przydaje. Tych wiele razy, kiedy w górach była zła pogoda i ogólny syf spowodowało, że ten rowerowy deszcz przyjąłem dość spokojnie. Po prostu pada, a ja jadę. Tyle. Bez marudzenia. Takie zebrane doświadczenia mają duże znaczenie, bo np. jakbym był zmęczony i bolało by mnie wszystko to mógłbym w obliczu tego deszczu zatrzymać się i powiedzieć, że jest mi ciężko i mam to wszystko gdzieś.

W końcu licznik pokazał coś w okolicach 180 km (!),a ja zbliżyłem się do belki oznaczającej koniec etapu rowerowego. Po ponad 6 godzinach byłem przygotowany na lekki skurcz w udzie podczas schodzenia z roweru. Przełożyłem nogę, zrobiłem kilka chwiejnych kroków i … nic. Biegnę do strefy zmian i jest świetnie. Aż trudno w to uwierzyć. Odwieszam rower, zmieniam buty, zakładam pas z bidonem, czapkę w biegu, banana w rękę i go! Jeszcze Tata biegnie obok mnie i pyta jak jest, a ja z uśmiechem odpowiadam, że super i że teraz jeszcze tylko 42 kilometry. To bardzo ważne – NIE maraton, a po prostu 42 kilometry. Takie zagrywki psychologiczne 🙂
Okazało się, że w drugiej strefie zmian (T2) miałem 18. czas wśród wszystkich zawodników – zebrałem się nawet szybciej niż zwycięzca.

IMG_6570
Przytulak wzmacniający po zejściu z roweru

Już wcześniej zaplanowałem sobie ten bieg po zdrowie, ale na rowerze jeszcze raz powtórzyłem taktykę: zaczynam nie szybciej niż 5:30 min/km (11 km/h) i biegnę przynajmniej półmaraton, a potem się zobaczy. Efekt był taki, że po półmaratonie miałem średnią ok. 6 min /km (10 km/h) i było naprawdę fajnie. Oczywiście na początku nogi były rozpędzone pedałowaniem i chciały szybciej, ale robiłem co mogłem, żeby zwolnić. Trasa wiodła przez asfalt, kocie łby, trawę i szutr, a to wszystko wzdłuż Nogatu, no i oczywiście pod murami zamkowymi. Ludzi na trasie sporo, więc można było porozmawiać.

IMG_6623
No i kto ma taką teściową, żeby z nim maraton podczas IM biegła? Hę?

malborkironman_2015_10362

Po każdym kółku (a było ich znowu 6) witała mnie grupa Moich Kibiców z Manią na czele, która przesyłała mi buziaki i dopingowała tak, że energia płynęła szerokim strumieniem. Cały czas dbałem też o energię w płynie i stałą, bo miałem za sobą już jakieś 10 godzin ruchu. W ramach rozszerzania menu spróbowałem batona PowerBar – połówkę zjadłem w ciągu 10 minut, a resztę wyrzuciłem i drożdżówki – po kilku minutach wytworzyłem z niej drożdżową kulę, którą mogłem podzielić się z okolicznymi wędkarzami. To tylko upewniło mnie, że sprawdzone banany, żele i moje batony są dobrym wyborem i w ten sposób żywiłem się dalej.

Czasem zastanawiałem się czy nadejdzie jakaś ściana, niemoc, załamanie czy inny kryzys. Nic takiego nie stanęło na mojej drodze. To chyba był po prostu „ten dzień”, kiedy miałem zadebiutować na żelaznym dystansie. W okolicach 25 kilometra jedna kostka nadała jakiś sygnał ostrzegawczy, ale chwilę porozmawialiśmy sobie w zaciszu i ustaliliśmy, że czeka nas jeszcze robota do wykonania i nie ma co się wygłupiać. Po chwili odpuściła.

Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale w zasadzie to wszystko przestawało się liczyć.  Wiedziałem, czułem, że będę dzisiaj na mecie i dotrę tam o własnych siłach. Po pierwszych 3 kółkach, pomimo gorszego niż zakładany, czasu na rowerze ostrzyłem sobie zęby na złamanie 12 godzin, ale kolejne 21 kilometrów biegu zweryfikowało moje zapędy 🙂

Gdy zostało mi do zrobienia ostatnie kółko, zacząłem czuć jakąś dziwną ulgę i radość. Rodzice kibicowali, zagrzewali do biegu, a inni zawodnicy widząc już 5 opasek na nadgarstku życzyli powodzenia. Biegłem, a ostatnie 1,5 kilometra to ciągłe przyspieszanie z mocnym finiszem. Biegnąc już w okolicy strefy zmian przywitał mnie Tata, ukłonił się w pas, rozemocjonowany przybił mi piątkę i pognał wzdłuż taśmy. Odebrałem ostatnią opaskę potwierdzającą przebiegnięcie całego dystansu i pędziłem do mety z rękoma w górze. Ta mieszanka uczuć była niesamowita i naprawdę ciężko to opisać. Kilkanaście metrów przed metą odebrałem jeszcze Manię i razem przecięliśmy linię mety – bardzo mi na tym zależało.

IMG_6658
Finisz i uczucie, że to naprawdę to zrobiłem
malborkironman_2015_04959
Chwila radości. Wielkiej Radości
IMG_6694
Z Manią na mecie

 

Stało się – po 12 godzinach 28 minutach 50 sekundach zostawiłem 226 kilometrów trasy za sobą. Wydarłem się tak, że aż Mania chyba się przestraszyła, ale od razu przytuliliśmy się mocno. Odebrałem medal i ruszyłem do Kibiców. Uściskom i gratulacjom nie było końca. To był piękny moment. Jak się później okazało zameldowałem się w pierwszej połowie stawki zajmując 80 miejsce na 172 osoby, które ukończyły i 18 w kategorii M30.

Gdy rozmawiałem z Kibicami, podszedł do mnie Marcin Waniewski – współorganizator zawodów i komentator – i zapytał o wrażenia (chyba dlatego, że mieliśmy z Manią efektowny finisz). Nie wiem czy to dokładny cytat, ale powiedziałem chyba tak:

Ten medal dedykuję Agnieszce i naszym dzieciom: Mani i Jasiowi, bo bez nich nie byłoby mnie tutaj, mojej Mamie, która wygrała w tym roku ze straszną chorobą i jest dla mnie niesamowitą inspiracją i mojego bratu Tomkowi, który gdyby tylko mógł byłby tutaj ze mną.”

Nawet teraz, tydzień po tamtej chwili mam łzy w oczach. To była dla mnie duża sprawa, bo po raz kolejny uświadomiłem sobie, że sam nie dałbym rady skończyć ironmana.

IMG_6708
Krótki wywiad z Marcinem Waniewskim

 

Po tym tygodniu przygotowałem sobie taką grafikę, która to wszystko oddaje i myślę, że będzie mi jeszcze długo przypominać o tej niezwykłej drodze i niesamowitym dniu:

ironman6

W tym miejscu dziękuję wszystkim, który wspierali mnie przed zawodami i w trakcie nich przez smsy, maile, Facebook’a i rozmowy. Poza już wymienionymi przede wszystkim dziękuję mojej siostrze Marysi, Witkowi, Jackowi i Tosi. Następnym razem jedziecie z nami!

TriRodzina w komplecie
TriRodzina w komplecie

To co było dalej nie ma już znaczenia. Spełniłem ogromne marzenie i osiągnąłem największy sportowy sukces w życiu.

Wiem, że mi się to podoba i chcę jeszcze tego spróbować, bo przecież tyle pięknych tras czeka na świecie, no i te 12 godzin jest w moim zasięgu. Teraz już to wiem.

Mam dla Was jeszcze opowieść o tym co zdarzyło się następnego dnia, ale to już w następnym wpisie.

P.S. A tak dla jasności – to był mój piąty triathlonowy start w życiu 🙂 #copowiedzątrenerzy ?

Marianna i Jaś w podróży

W wakacje, oprócz różnych atrakcji weekendowych, postanowiliśmy wybrać się do Bukowiny Tatrzańskiej.

Do Rodziny i miejsca, do których od najmłodszych lat jeździłam z rodzicami, tak jak moja babcia i jej rodzice. Tym razem wzięliśmy Manię i Jasia:-)

Krótka relacja z naszego wyjazdu tym razem w formie filmu:)

Zapraszamy!

Połówka i życiówka czyli 1/2 IM na Enea Poznań Challenge

Jak już wiecie, ostatnie tygodnie były dla nas wyjątkowe: pojawił się Jasiu i od razu dorwał się z Mańką do komputera, było trochę dobrego zamieszania i do tego jeszcze start na 1/4 IM w Bydgoszczy, podczas którego zrobiłem życiówkę osiągając czas 2:25:47.
W skrócie jest dobrze i intensywnie.

Lato dla mnie to też czas dwóch kolejnych wyzwań. Pierwszym z nich miał być start na dystansie 1/2 IM (1.9 km pływania, 90 km na rowerze i 21,2 km biegu) podczas ENEA Challenge Poznań. Rok temu ukończyłem te zawody po walce z żołądkiem na rowerze i miałem realne oczekiwania w sprawie wyniku 🙂

Ale zanim o zawodach, to jeszcze o tym co było przed nimi.

Był dreszczyk emocji
W zeszłą niedzielę po nawałnicy pojechałem na trening rowerowy i wszystko było zgodnie z planem. Spakowaliśmy auto, rower na niedawno założony bagażnik dachowy i krótki dojazd do domu. Atmosfera sielankowa, dzieci śpią, a my z Agnieszką już przed garażem podziemnym rozprawiamy na temat niedawnych opadów. Tę miłą sytuację przerwało głośne: jeb, zgrzyt, pizg.
Nawet bez wysiadania z auta wiedziałem co się stało – wjazd do garażu okazał się za niski…

11098994_10155842285120054_3847750135823108055_n
Widelec po zderzeniu ze ścianą

 

Gdy wyszliśmy, rower był jakoś nienaturalnie ustawiony, widelec wisiał tylko na lince hamulcowej, a lemondka (takie coś co wystaje z kierownicy i dzięki czemu można przyjąć lepszą pozycję) była wbita w elewację budynku.
Oboje posłaliśmy w eter kilka stęków i niecenzuralnych określeń, ale to i tak niczego nie zmieniło. Wyrwałem rower ze ściany i już.
Tydzień przed startem byłem bez roweru.

Okazało się jednak, że zawsze są ludzie, na których można liczyć. Ktoś zaproponował pożyczenie widelca, ktoś całego roweru – to było bardzo budujące. Po rozpoznaniu kilku możliwości i dzięki sprawnej akcji ze strony znajomych z MarkoweRowery.pl już w piątek odebrałem w pełni sprawny rower. Uff 🙂

Sobota to czas na kibicowanie znajomym na dystansie olimpijskim (1,5 km / 40 km / 10 km). Tutaj było dużo emocji, w tym nagłe zatrzymanie pewnego zawodnika 400 metrów przed metą zakończone szczęśliwym finiszem, ale dzięki temu chłonęliśmy atmosferę triatlonowego święta. Wieczorem jeszcze tylko odprawa z huczym powitaniem naszego PRO czyli Kacpra Adama i do domu.

Poranna logistyka w niedzielę była wymagająca i ostatecznie pojechaliśmy osobno żebym zdążył do strefy zmian. Agnieszka zapanowała nad dzieciakami i furą innych rzeczy oraz dowiozła towarzystwo nad Maltę. Kotku, jestem Ci za to bardzo wdzięczny.

Pamięć, bezsilność i siła
W strefie zmian zapanowała pewna nowość, czyli system workowy z rzeczami na kolejne etapy spakowanymi w specjalne worki, zamiast jednej skrzynki obok roweru. Moim zdaniem to świetne rozwiązanie! Gdy ułożyłem już wszystko przy rowerze powtórzyłem sobie wszystko w głowie:

1. wbiegam do strefy,
2. biorę worek,
3. zdejmuję piankę,
4. wyciągam buty rowerowe i zakładam je na nogi,
5. pakuję piankę, czepek i okularki do worka,
6. wrzucam worek do wyznaczonego miejsca,
7. biegnę do roweru,
8. zakładam okulary,
9. zakładam kask… KASK!!

K… nie mam kasku! Został w samochodzie, którym jedzie Agnieszka, a za 5 minut zamykają strefę. Łapy mi opadły.
Szybka analiza, rozmowa z sędziami i sytuacja uspokojona. Agnieszka będzie mogła podać kask do mojego worka.

Po tym orzeźwiającym poranku ruszyłem w okolice startu. W tym czasie organizatorzy zachowali się bardzo dobrze, bo uczcili minutą ciszy zawodnika, który zmarł dzień wcześniej po tym jak topił się na etapie pływackim. Zastanawiałem się czy poza oświadczeniem będzie jakiś widoczny symbol i faktycznie stanęli na wysokości zadania.

Start
Przy starcie tłok i pozytywne zamieszanie. Setki zawodników robiły rozgrzewkę, nad głowami (bardzo nisko nad głowami) latały samoloty Grupy Żelazny, a pośród nas jechał traktor zbierający śmieci. Taki drobny zgrzyt i nieogarnięcie organizacyjne, ale poza tym było świetnie. W momencie startu profesjonalistów Agnieszka dobiegła z naszym rydwanem i pozytywnymi informacjami, że mój kask czeka na mnie w strefie zmian 🙂

IMG_5339
Przed startem

 

Start odbywał się falami według grup wiekowych i chwilę po 9 moja kategoria (M30) została wezwana do wejścia do wody. Jeszcze przed rozpoczęciem zawodów konferansjer powiedział „expect rough swim, windy bike ride and demanding run” (spodziewajcie się trudnego pływania, wietrznej jazdy na rowerze i wymagającego biegu”). Facet wiedział co mówi 🙂
Start był dość wąski i przez kilkaset metrów pralka była konkretna, później sprawę utrudniał wiatr, który po cichutku spychał nas z masami wodę w stronę miejsca, z którego ruszyliśmy. Przy równej wodzie i braku wiatru nastawiałem się na pływanie ok 36 minut. Ostatecznie wyszło mi tych minut 47. Dużo i aż trudno mi uwierzyć, że to tylko kwestia pogody. Może przepłynęliśmy trochę więcej?

Zmiana i rower
Po wyjściu z wody mieliśmy do pokonania długą i dość stromą drogę do strefy zmian. Na jej początku stało mnóstwo ludzi, którzy krzyczeli i pewnie wśród tego krzyku znalazły się słowa: „uwaga” i „stopień”. Zorientowałem się, po tym jak wyłożyłem się przed tą całą publicznością. Swoją drogą chyba jakiś kawałek płyty można było tam zastosować, no ale przynajmniej otrzeźwiło mnie po machaniu rękami. Szybko do strefy i realizacja planu tak jak to opisałem wcześniej – już z kaskiem. Jeszcze tylko małe problemy z odnalezieniem roweru – okularki korekcyjne zostały w worku, a optyczne były przy rowerze – i jadę.

IMG_5360
Wspinaczka do strefy zmian
IMG_5377
Buziaki dla kibiców i rura przed siebie

 

Pierwsza część etapu rowerowego to czysta poezja. Wiatr lekko w plecy, dużo siły, dobre odżywianie i wszystko gra. Pierwsze 20 km zrobiłem ze średnią 38,5 km/h. Taaaak, było szybko. Schody zaczęły się po nawrocie w Kostrzynie. Pod wiatr nie było już tak różowo i zaczęła się walka na dobre. Przy nawrocie w Poznaniu czekała już na mnie Marysia, Witek, Jacek i Tosia, a po drugiej stronie drogi Agnieszka z Manią, Jasiem i rodzicami. Ale to daje kopa. Nawet pod górę mogłem jechać bez wysiłku. Kolejne 45 km to powtórka z rozrywki czyli szybko do Kostrzyna (ale już nie tak szybko jak na początku) i mozolny powrót. W trakcie pierwszego kółka mocy dodawał też Garnek Mocy wraz ze swoją operatorką Magdaleną. Podobno tak waliła w gar, że po 3 latach krążenia po zawodach w całej Polsce przedziurawił się. Czas trochę gorszy od zakładanego, ale przy tym wietrze średnia prawie 33 km/h to i tak sukces.

Go, go, go do mety
Mając już ponad 90 kilometrów w nogach i rękach szybko zmieniłem buty i ruszyłem na ostatni etap czyli półmaraton prosto do mety. Pierwsze 5 kilometrów to standardowo świetne samopoczucie i pomimo wielkiego planowania (podczas jazdy na rowerze) tempo szybsze niż zakładałem. Na trasie dużo kibiców, a ekipa Stanisławskich i Porzucków ustawiła się w idealnym miejscu.

IMG_5391
Run happy. Be happy 🙂
IMG_5392
Najlepsi Kibice na trasie. Dziękuję!
IMG_5423
Mania z Jackiem
IMG_5409
1-2-Tri
Przybijamy piątki
Przybijamy piątki

Kolejne kółko też było bardzo żwawe, a przyjemność z biegu podbijali kibice, zespoły muzyczne, szał w okolicach mety i inni zawodnicy, którzy w większości cieszyli się z tego co właśnie robią. Na każdym okrążeniu sił dodawał MKON przybijający piątki wielką łapą z klasycznym napisem „Ogień z dupy”, no i wspomniany już Garnek Mocy. Ostatnie 8-10 kilometrów to już drobne oznaki braków energetycznych, ale też narastająca euforia, że zbliżam się do mety i wyniku, o którym rok temu nawet nie myślałem. Kilometr przed metą Agata z Jackiem podbiegali ze mną, a Jacek nawet pobiegł do przodu, żeby zobaczyć kogo mogę jeszcze wyprzedzić (jednego mi się udało 🙂

Meta. Zbliżająca się meta to w przypadku tak dużych zawodów to miejsce działające jak magnes. Przyciąga i napędza. Mnie napędzała jeszcze jedna myśl – gdzieś tam czeka na mnie Mańka, z którą chciałem zakończyć zawody. Gdy wbiegłem w wiwatujący tłum rozglądałem się za Agnieszką, rodzicami i Marysią, no i Manią oczywiście. Znalazłem wzrokiem Mamę, ale ona pokazała mi, że mam biec dalej. Podobno w moich oczach było widać strach, że Mani tu nie ma. No, ale była. Kilkadziesiąt metrów dalej wystawiona przez barierkę. Chwyciłem ją chociaż trochę płakała, ale kiedy zobaczyła mnie i poczuła, że biegniemy to od razu zaczęła się śmiać i krzyczeć z radości. Ostatnie 100 metrów do mety to już kompletna euforia. Wbiegliśmy na podest, podnieśliśmy szarfę i dostałem dużego buziaka. To chyba najlepsza nagroda.

IMG_5469
Przejmuję Mańkę przed ostrym finiszem
IMG_5481
Razem do mety
IMG_5489
Czysta radość

Oficjalny czas: 5:37:31. Możesz zapytać czy to dobrze. Dla mnie rewelacyjnie tym bardziej, że rok temu na tej samej trasie miałem 6:30 z groszem. To prawie godzina różnicy! Drobny niedosyt pozostał, ale w tych warunkach to było chyba tyle ile mogłem z siebie dać.

Potem był medal – obowiązkowo przekazany Mani, chwila odpoczynku, jedzenie, picie i dalej już czas spędzony wspólnie ze wszystkimi Kibicami. Chyba najbardziej niesamowite było nie to, że w ciągu tych kilku godzin pokonałem 113 km, ale to jak czułem się po zawodach. Byłem zmęczony, ale normalnie funkcjonowałem, a to tylko pokazuje, że poranki i noce spędzone na bieganiu, rowerze, no i trochę na pływaniu przynoszą efekty.

IMG_5496
Na mecie – prawie godzina urwana. Jest dobrze.

 

Na zakończenie jeszcze raz bardzo dziękuję wszystkim „moim” kibicom, którzy byli ze mną: Agnieszce, bez której tego wszystkiego by nie było, Mani, Jasiowi, Mamie, Tacie, Marysi, Witkowi, Tosi, Jackowi, Asiorowi, Irze, Przemkowi, Dawidowi, Jackowi i Agacie. Jeśli kogoś pominąłem to przepraszam i proszę się zgłosić to uzupełnię 🙂 Dzięki wam bardzo mocno poprawiłem życiówkę na dystansie 1/2 ironmana i dostałem mocnego kopa przed kolejnym wyzwaniem.

IMG_5541
Triatlonowy Dzień Dziecka

 

IMG_5567
Razem po zawodach. Dziękuję!
IMG_5558
z Kibicami na mecie
IMG_5563
współautorka tego sukcesu

 

To tyle na dziś, bo i tak mocno się rozpisałem. Najważniejszy start tego roku jest jeszcze przede mną, ale o tym napiszę już niedługo. Jestem dobrej myśli.

Zmiana nagłówka cz.2. :)

Cześć dzieciaki i wszystkim, którzy od czasu do czasu tu zaglądacie;)

Maniu i Jasiu – dzięki za ostatni wpis! Świetnie opisaliście nasze ostatnie wyczyny oraz odczytaliście to, że jesteśmy bardzo szczęśliwymi rodzicami:) To w dużej mierze Wasza zasługa, bo jak widać po wpisie bardzo nam pomagacie, a czasem zastępujecie, jeśli zwyczajnie my nie mamy czasu lub siły:)

Odpowiadając na Wasze wątpliwości i nie do końca zrozumiane sytuacje to tak:

  1. Macie rację pisząc, że “chyba rodzice są szczęśliwi”: Jesteśmy NAJszczęśliwszymi rodzicami, bo jesteśmy we czwórkę, dogadujemy się w na spacerach, w kawalerce, w naszym mieszkaniu, na wakacjach itp. itd. Jakoś nam się to udaje i oby tak dalej;)
  2. Lekko zdenerwowana mama w Bydgoszczy – podczas zawodów Taty faktycznie myślałam o tym, żeby już zacząć biegać z Wami, bo też to bardzo lubię, ale już niedługo będziemy trenować we czwórkę z czego bardzo się cieszę! Poza tym każdy start Taty przeżywam, bo to jednak spory wysiłek, ale jak widać Taty treningi nie idą na marne:)
  3. Bardzo głośne krzyczenie – Tak – krzyczałam bardzo mocno jak już Tata dobiegał do mety, bo miał bardzo dobry czas, nawet lepszy o 6 minut w stosunku do tego co sobie rozpisał. (Na pewno to dzięki Waszemu i Dziadków dopingowi na zakręcie jak Tata jechał rowerem).

Co dalej?

Przede wszystkim zmieniliśmy nagłówek! Dookoła Świata – Agnieszka Jacek Marianna Jaś!

banner1

Teraz jest pięknie:) Dzięki, że nas zmobilizowaliście.

A teraz zbierajcie siły, bo już w najbliższy weekend znowu czeka nas świetna zabawa. Najpierw w sobotę lecimy kibicować Wujkom podczas startu na dystansie olimpijskim, a w niedziele…Tak, tak – znowu będzie potrzebne wsparcie naszego zespołu Boogie Woogie, bo Tata biegnie na dystansie ½ IM. To będą dłuższe zawody, ale damy radę!!:)