Z Waiouru do Wellington i dalej do Blenheim

Dzisiejszy news bedzie opisem ostatnich kilku dni, przygotujcie sie wiec na duzo czytania.

10.01.2007

Z Waiouru jechalo sie nam bardzo dobrze. Szybko bo po plaskim i z gorki. Pierwsze 30 km to radosc z predkosci, z pokonania Desert Road i z tego ze wszystko jest ok. Widzielismy tez coraz wiecej Nowej Zelandii takiej jaka sobie wyobrazalismy – zielono i duzo owiec. Odcienie zieleni sa tak niesamowite, ze nie pokaza tego zadne zdjecia. Owce w zaleznosci od farmy sa juz ostrzyzone albo jeszcze biegaja z welna na grzbiecie. Coraz bardziej nam sie tu podoba. W pierwszym napotkanym miescie zrobilismy przerwe na banany i picie. 30 km bylo juz w nogach, slonce lekko swiecilo, wiec cos nam sie od zycia nalezalo:) Dalej kilka podjazdow i po kolejnych 20 km dojechalismy do Mangaweka. Typowe miasteczko przy drodze. Kilka domow, stacja benzynowa, galeria i firma oferujaca splywy na pobliskiej rzece. Tutaj zastanowilismy sie czy kupic cos do jedzenia na obiad, ale nasz cel – Vinegar Hill – wygladal na jakies w miare rozrosniete miasteczko. Pojechalismy wiec dalej i po kolejnych 20 km znalezlismy sie w Vinegar Hill. Okazalo sie, ze kropka na mapie to tylko pole namiotowe. Piekne miejsce, nad rzeka, przy lesie, za darmo, ale z pewnym minusem – bez sklepu… Do najblizszego miasta mielismy 10 km stromego podjazdu, a ze soba kilka bananow, herbate i cukier. Poratowali nas poznani tam ludzie, ktorzy dali nam batony i ciastka. Niesamowita sprawa. Dzieki temu moglismy wykapac sie w rzece i polozyc spac.

11.01.2007

Rano przywital nas upal. Slonce postanowilo pokazac na co je stac przy malej warstwie ozonu. Nawet pakowanie szlo nam jakos wolniej niz zwykle. Dzien zaczal sie od podjazdu… i tak bylo przez nastepne 12 km. Kiedy rower z nami wazy ok 200 kg, slonce pali, jest pod gorke i nadzieja na porzadne jedzenie za jakies 25 km to jest po prostu ciezko. W koncu, na przemian pchajac i jadac dostalismy sie na Stormy Point. Nie ma tego w przewodnikach, a miejsce jest w sumie ciekawe. Widac stamtad jedne z najlepiej zachowanych tarasow rzecznych na swiecie. Punkt widokowy, informacja z rysunkami itd. itd. Taki nowozelandzki standard. To miejsce bylo tez dla nas przelomem bo zaczelo sie bardziej z gorki, a przynajmniej po plaskim. Predkosci zrobily sie przyjemniejsze, a widoki ciekawsze. Znowu wzgorza, owce, zielen i slonce. Ta zielen… Piekna.

Po 30 km bylismy w Chaltenham. Pierwsze wieksze miasteczko i sklep. Okazalo sie, ze akurat maja fish and chips i jest to tansze niz cokolwiek innego. Czekajac pochlanialismy zimne napoje. Ryba z frytami podana zostala jak nalezy czyli zawinieta w gruba warstwe starych gazet. Bylo pyszne. Ledwo weszlismy na rower. Okazalo sie, ze mapa nas oszukala i do Palmerston mamy 32, a nie 22 km. Musielismy sie sprezyc, bo chcielismy jeszcze oddac kolo do naprawy. Przez 30 km srednia predkosc nie schodzila ponizej 24 km/h. Agnieszka przeklinala pod nosem, a ja jezeli przestalbym pedalowac to moglbym juz nie zaczac. W koncu jednak dojechalismy. Niezawodny punkt informacyjny I-Site, który jest w kazdym wiekszym miescie znowu stanal na wysokosci zadania. Dokladne mapy, adresy i godziny otwarcia sklepow rowerowych, lokalizacja i ceny hosteli itd. Wszystko z usmiechem i za darmo. Kiedy my sie czegos takiego doczekamy w Polsce? Zapewniamy – nie jest to polska Informacja Turystyczna.

Znalezlismy miejsce do spania, oddalismy kolo do naprawy i okazalo sie, ze obsluza nas poza kolejnoscia. Moze dlatego, ze jeden z pracownikow sklepu widzial nas kilka dni wczesniej jadacych w deszczu po Desert Road?

12.01.2007

Z Palmerston North wyjechalismy dosc pozno, bo musielismy odebrac kolo i rozmawialismy z rodzicami na skypie. Na poczatku mielismy lekkie problemy ze znalezieniem odpowiedniej drogi wyjazdowej, ale w koncu trafilismy na Pahiatua Track. Malownicza droge, ktora odwiedza niewielu turystow. Po pierwsze jest dalej do Wellington, pod drogie duzo zakretow i gorek. My tez musielismy troche podprowadzac rower, ale naprawde bylo warto. Slonce znowu dawalo o sobie znac, a kazde kolejne wzgorze wystawialo nasza psychike na test wytrzymalosci. W koncu dojechalismy Pahiatua. Miasto, którego nazwa wiekszosci ludzi nic nie mowi. To wlasnie tutaj w 1944 roku trafila grupa 734 dzieci z Polski z ponad setka opiekunow. Byly to sieroty wojenne, które z Syberii dostaly sie do Iranu i stamtad na zaproszenie rzadu nowozelandzkiego trafily wlasnie do Pahiatua. Wlasnie w tym miasteczku stworzono dla nich oboz i tutaj przebywaly przez kilka lat. Teraz stoi tu pomnik i tablica informacyjna po polsku i angielsku. Niesamowita sprawa.

Wszystko zaczelo sie od tego, ze zona ambasadora Wodzickiego wyslanego do Nowej Zelandii przez polski rzad na uchodzctwie – Mina Wodzicka z.d. Woloska – przyjaznila sie z zona owczesnego premiera Nowej Zelandii. To wlasnie po ich rozmowie narodzil sie pomysl sprowadzenia grupy polskich dzieci przebywajacych w Iranie. Te mysl podsunely premierowi, który sie zgodzil. Dzieki temu zapewnily lepsze zycie i oderwanie od dramatu wojny ponad 800 Polakom. Mina Wodzicka byla tez przedstawicielem Czerwonego Krzyza i zorganizowala m.in. zbiorke przyborow szkolnych i ubran dla polskich dzieci plynacych przez Nowa Zelandie do Meksyku. Dzieci te nie mogly zejsc na lad, ale otrzymaly przedmioty, które na pewno byly im potrzebne.

Wracajac do obozu w Pahiatua, wladze nowozelandzkie chcialy pocztkowo rozdzielic dzieci i rozproszyc je po calym kraju i jak najszybciej zasymilowac. Jednak na wniosek opiekunow wszystkie dzieci zostaly w obozie. Zrobiono tak, zeby czuly sie Polakami, zeby uczyly sie w polskiej szkole. Nawet jezeli pozniej starsze dzieci wysylane byly do katolickich szkol, to robiono to zawsze grupami, zeby i tak juz zmeczone tulaczka po Azji, czuly ze moga liczyc zawsze na kogos znajomego.

W Nowej Zelandii ukazalo sie kilka, a nawet kilkanascie ksiazek na ten temat. Pisali je m.in. wychowankowie obozu w Pahiatua, a także ich opiekunowie. Dwie z nich, które zaczelismy czytac to ;Invited; i ;Utracone dziecinstwo;. W Polsce niewiele osob wie o tym wydarzeniu, a nam bylo bardzo milo, ze moglismy to zobaczyc i poznac historie z zupelnie innej strony.

Wieczorem na kempingu rozmawialismy z miejscowymi. O Nowej Zelandii, o turystach, o jedzeniu i wielu innych sprawach. Na koniec dla Agnieszka obciela mnie pozyczona maszynka do wlosow. Wyszlo naprawde dobrze:)

13.01.2007

Przy sniadaniu poznalismy Colina z Nowej Zelandii. Ma swojego vana, którym jezdzi po obydwu wyspach. Jeszcze nie wiedzial dokad jedzie, ale smialismy sie, ze jesli bedzie zmierzac do Masterton (który byl naszym celem na ten dzien) to jestesmy w stanie zostac jeszcze jeden dzien, tak by wzial nas na stopa. Oczywiscie byl to zart i poszlismy przygotowywac sie do jazdy. Po chwili przyszedl do nas i pytal sie czy te wszystkie rzeczy chcemy wsadzic na rower, czy nie jest nam ciezko itd. Ale zanim zdazylismy odpowiedziec powiedzial, ze taxowka bedzie za pol godziny. Nie wiedzielismy o co mu chodzi, ale wytlumaczyl, ze postanowil jechac do Masterton i moze zabrac nas i rower:) Nie przypuszczalismy, ze sie zmiesci, a jednak. Zmiescil sie idealnie i 65km, które nam zajeloby pol dnia przejechalismy w 1,5 godziny:) Po drodze Colin pokazal nam swoja ksiazke. Jest znawca kawy i napisal przewodnik po Nowej Zelandii, gdzie można wypic dobra kawe. W Masterton juz chcial nas wysadzac, po czym stwierdzil, ze moze nam pokazac okolice. Jezdzilismy przez prawie godzine. Podwiozl nas na dworzec kolejowy, z ktorego nastepnego dnia mielismy wyjechac do Lower Hutt, gdzie mielismy sie spotkac z moja Rodzina.

W Masterton mielismy sie spotkac z Florence (moja kuzynka). Colin pozyczyl nam telefon, by sprawdzic czy jest w domu, bo wg planu mielismy sie dopiero spotkac wieczorem. Juz po 5 minutach bylismy u niej, poniewaz Colin także tam nas podwiozl. Spotkalismy sie z nia pierwszy raz w zyciu, a od razu mielismy dobry kontakt. Colin jako znawca kawy wszedl do domu i stwierdzil, ze przygotuje wszystkim kawe. Tak sie wczul, ze przegadalismy dwie godziny i zjedlismy lunch:) Nasz kierowca pojechal dalej szukac najlepszych kaw, a my postanowilismy pojechac na wybrzeze do Castle Point, które jest ok. 60km od Masterton. Fajnie bylo zobaczyc Pacyfik od drugiej strony, w ktorym kapalismy sie w Montanicie w Ekwadorze. Miejsce spokojne i zdominowane przez latarnie morska. To wlasnie tutaj Florence spedza od trzech lat sylwestra. Chodzilismy po okolicy i rozmawialismy. My czulismy sie troche dziwnie nie siedzac na rowerze, ale przeciez takie dni tez sa potrzebne.

W drodze powrotnej do Masterton Jacek zasnal na tylnym siedzeniu. W domu Florence zjedlismy obiad i poszlismy razem z nia i jej kolezanka na piwo. Ciekawie bylo zobaczyc ;zycie nocne; takiej miesciny. Wiekszosc przechodzacych kolo naszego stolika to znajomi. Nie siedzielismy tam dlugo, poniewaz nastepnego dnia o 8 rano mielismy pociag.

14.01.2007

Pozegnalismy sie z Florence i Rossy i pojechalismy na stacje. Tam poczatkowo mielismy problem, poniewaz nie chcieli nas wpuscic z rowerem, bo okazalo sie, ze w Upper Hutt (ok 25km przed Lower Hutt, do ktorego jechalismy)wzszyscy pasazerowie musza wysiasc i przesiasc sie do autobusu, ktorym moga dalej jechac. Ostatecznie wytlumaczylismy, ze chcemy dojechac tylko do Upper Hutt, a potem mozemy jechac na rowerze. W koncu sie zgodzili, a my jeszcze zdazylismy zmienic bilety tak by mniej zaplacic. W drodze do Upper Hutt przejezdzalismy ponad 10 minut przez tunel, który uratowal nas od olbrzymich gor, które oddzielaja Masterton i Hutt Valley. Po wyjsciu z pociagu zastal nas deszcz i mgla. Zupelnie nas nie nastawiala pozytywnie do jazdy.

Przed ruszeniem w droge poszlam jeszcze zadzwonic, ze bedziemy pozniej, jak sie okazalo dobrze, poniewaz po drodze zlapalismy jeszcze pane, ktorej wymiana troche czasu nam zabrala.

Wreszcie bylismy w Lower Hutt! Juz nie moglam sie doczekac momentu kiedy tam dojedziemy. Ciocia Kasia byla pierwsza osoba, która widzialam wczesniej od czasu wyjazdu z Polski.

Przez kolejne 4 dni zatrzymalismy sie u nich. Odpoczelismy od jazdy rowerem, choc od razu trzeba zaznaczyc, ze nie byly to najbardziej spokojne dni w naszej podrozy:) Juz godzine po przyjezdzie zaczal dzwonic telefony od Rodzicow, ktorzy wreszcie mogli do nas zadzwonic, a nie musieli czekac na znak od nas:)

Popoludnie mielismy juz zaplanowane:) Pojechalismy samochodem do Wellington, by spotkac sie z Ambasadorem, ale tam nikogo nie zastanalismy. W zwiazku z tym pojechalismy zrobic runde po miescie. Pozniej mielismy isc do kina ze Stefanem (synem Cioci Kasi i Charlesa) i Arati, jego zona do kina. Stefan i Arati dzisiaj wyjezdzaja na rok do Stanow i Europy. Mam nadzieje, ze sie z nimi tam zobaczymy. Bylismy na filmie Babel. Niesamowity film, mowiacy o problemach w porozumieniu sie miedzy ludzmi, o tym, ze wszyscy ludzie niezaleznie od pozycji spolecznej maja problemy. Kazda osoba moze wplynac w jakis sposob na zycie innych ludzi. Po kinie wrocilismy na kolacje do domu. Wieczorem pojechalismy odwiezc Stefana i Arati do Wellington. Po drodze chcielismy pojechac na Mount Victoria, z ktorej można widziec cale miasto. Niestety przy ostatnim podjezdzie samochód po prostu stracil moc. Na wszystkich biegach probowalismy wjechac, ale nie moglismy nawet ruszyc. Zadzwonilismy po AA, któren odholowalo samochód do salonu Audi. Jak sie okazalo, najprawdopodobniej ABS sie wlaczyl i dlatego nie bylo zadnej reakcji silnika. Tego dnia taxowka wrocilismy do domu.

15.01.2007

Rano poszlismy do sklepu, bo tam podobno czekala na nas niespodzianka. Ciocia Kasia i Charles postanowili kupic nam koszulki z welny Merino (made by Icebreaker). Ogladalismy je jakis czas temu w sklepach. Sa to koszulki oddychajace, które wygladaja przy tym jak zwykle koszulki. Produkowane sa tylko w Nowej Zelandii z welny owiec Merino – wlasnie mamy je na sobie i spisuja sie swietnie:)

Po tym pojechalismy do miasta szukac obudowy do dysku ze zdjeciami, zeby dostac sie do 50GB zdjec. W Ameryce Poludniowej w zadnym sklepie nie moglismy tego znalezc. Jednak widac, ze Nowa Zelandia jest znacznie bardziej rozwinieta pod wzgledem technicznym i mamy juz obudowe:)

Tego dnia musielismy wrocic wczesniej do Lower Hutt, bo mielismy sie spotkac z Zoe, Theo (który w wakacje byl w Polsce) i Maxem. Fajne spotkanie. Na pewno inne niz wszystkie. Szczegolnie jak zastanawialismy co mozemy zobaczyc w Wellington. My mowilismy, ze chcemy zobaczyc Parlament, Te Papa itd., a chlopacy zgodnie mowili…Nieeee:)

16.01.2007

Od rana znowu mielismy napiety grafik. Przede wszystkim Parlament. Juz samo to, ze moglismy zwiedzic Parlamet bylo czyms niespotykanym w Polsce. Przede wszystkim dlatego, ze w Wellington kazdego dnia jest kilka wycieczek ze specjalnie wyszkolonymi ludzmi. W Polsce jest tylko jeden dzien otwarty dla publicznosci. Bardzo charakterystycznym budynkiem jest Beehive (ul,w ktorym mieszcza sie gabiety ministrow, premiera i innych doradcow rzadowych. Ponizej sa trzy restauracje, kafejki oraz pub. Niektore sciany sa wykladany specjalnym marmurem nowozelandzkim, by tlumily dźwięk.

Najwieksze wrazenie zrobila na nas sala tzw. Maori Committe. Wystroj sali odpowiada wszystkim tradycjom maoryskim, a posiedzenia sa tlumaczone bezposrednio na angielski i maori.

Ciekawa sprawa jest taka, ze rzad publikuje w gazetach reklamy ustaw – czyli krotkie informacje o tym jaka ustawa lub poprawka jest przygotowywana. Jesli ktorys z obywateli bylby zainteresowany podzieleniem sie swoimi uwagami, to moze napisac do odpowiedniego sekretarza komitetu. Wszystkie zgloszenia sa numerowane i wszyscy chetni zostana wysluchani. W sklad komitetu wchodza zarowno przedstaiwciele rzadu jak i opozycji. Jego sklad zalezy od tego jaka sprawe chce poruszyc zainteresowany. Mowiacemu przysluguje pelna wolnosc slowa (absolute freedom of speech). Jest to najbardziej bezposrednia forma demokracji i udzial obywateli w sprawowaniu wladzy na swiecie. Dla nas cos niesamowitego i nie do pomyslenia by bylo tak samo w Polsce – niestety. Wszystkie posiedzenia komitetow i sejmu sa otwarte dla publicznosci. Jedynym wymogiem jest noszenie butow:)

W nizszej izbie parlamentu nie moze przebywac zaden z czlonkow rodzny krolewskiej i dlatego dywany sa zielone. Jezeli ma dojsc do spotkanie pomiedzy Krolowa a parlamentarzystami wszyscy sa proszeni do przejscia do izby wyzszej, w ktorej dywany juz sa czerwone. Izba wyzsza praktycznie caly czas jest pusta, poniewaz rzadko dochodzi do takiego spotkania. W izbie wyzszej obowiazuje scisly protokol, ktry mowi, ze nikt nie moze przejsc przed tronem i na wprost tronu. Krolowa ma prawo skazac nieposluszna osobe nawet na sciecie. W zwiazku z tym po wejsciu do sali rzad ustawia sie po lewej stronie, a opozycja po prawej.

Po tym pojechalismy na spotkanie w Ambasadzie Polskiej. Bylo bardzo milo. Rozmawialismy o naszej podrozy, pokazalismy zdjecia. Nie obeszlo sie bez rozmowy o Polsce…Dowiedzielismy sie również dlaczego nie jestesmy w programie Working Holiday, jak wiekszosc naszych sasiadow. Na pozegnanie dostalismy dwie male flagi Polski, które chcemy umocowac na naszej Strzale:) Po ponad 2 godzinach rozmowy pojechalismy do muzeum Te Papa. Jesli ktokolwiek wybiera sie do Nowej Zelandii i bedzie w Wellington niech pojedzie i odwiedzi Polska Ambasade! Nie tylko w momencie gdy bedzie juz bez paszportu, albo bez bagazu…:)

Prosto stamtad pojechalismy do Te Papa. Jest to szesciopietrowe muzeum o historii Maorsow, geologii Nowej Zelandii, sztuce, owcach, produktach nowozelandzich itd. Olbrzymie muzeum, ktorego w jeden dzien nie jest sie w stanie odwiedzic. Wiele ekspozycji jest przedstwionych sposob multimedialny, co sprawia ze wystawy robia sie bardziej interesujace.

O 18 poszlismy z Ciocia Kasia i Charlesem do amatorskiego teatru na monodramat. Byl on dosc specyficzny, ktorego szczerze powiedziawszy trudno bylo go zrozumiec. W kazdym razie aktor musial powiedziec ;it’s the end; 🙂 Po nim poszlismy na kolacje. W drodze powrotnej weszlismy do kina, w ktorym byla premiera Wladcy Pierscieni. Kino robi wrazenie, a szczegolnie lazienki (mamy kilka zdjec, hehe:) Przed dojazdem do domu tym razem udalo nam sie wjechac na Mount Victoria!:) Widok rzeczywiscie niesamowity!

17.01.2007

Od rana wrocilismy do Te Papa by dowiedziec sie wiecej o Maorysach. W srodku, w muzeum, sa zbudowane oryginalne domki Maorysow, do ktorych można wejsc tylko bez butow ze wzgledu na ich kulture i szanowanie ich tradycji. Dowiedzielismy sie również jak wyglada proces przetwarzania welny od momentu strzyrzenia do konca, czyli do tego jak np. powstaja nasze koszulki:) Po muzeum postanowilismy dac w prezencie Cioci Kasi i Charlesowi zdjecie. Troche nam to czasu zajelo, poniewaz nie moglismy znalezc odpowiedniej ramki do rozmiarow zjdecia. Naprawde udalo sie ja znalezc przez totalny przypadek:)

W miedzy czasie naprawilismy komputer, w ktorym znalezli 210 zawirusowanych plikow…Jeszcze przed placeniem wspomnielismy, ze jestesmy w podrozy dookola swiata, obecnie podrozujemy rowerem itd. i zaplacilismy 60% mniej niz mowili na poczatku:)

W domu ostatnia kolacja (tego pobytu, bo wrocimy do Wellington za 1,5 miesiaca), a po niej obejrzelismy wszyscy dwa filmy. Pierwszy ;Whale Rider; o Maorysach, a drugi ;The World’s Fastest Indian; z Anthonym Hopkinsem w roli glownej, który chcial pobic rekord predkosci na motorze. To co najbardziej do nas pasuje to tekst: ;jesli nie bedziesz miec marzen to zostaniesz warzywem…; i wlasnie dlatego, Mamo, Tato, nie ma nas w domu:)

18.01.2007

Ostatni dzien w Wellington. Zanim jeszcze wyjechalismy pojechalismy z Ciocia Kasia do rzeznika, ktoremu Ciocia przetlumaczyla polskie przepisy na angielski jak robic Polska Kielbase i teraz je robi! Pycha:) Codziennie na sniadanie jemy suszona kielbase, ktora Ciocia suszyla dla nas przez ostatnie dwa tygodnie – jeszcze raz pycha!

Jeszcze przed wyplynieciem na poludniopwa wyspe Jacek mial mozliwosc poprowadzenia samochodu. Pierwszy raz od pol roku, kierownica po prawej stronie, biegi w kierownicy…duze wyzwanie, ale dal rade:) Kilka moich piskow, bo prawie scielismy kilka lusterek, ale dojechalismy do domu bezpiecznie!

O 13 wyplynelismy promem do Picton. Zaczyna sie szukanie pracy, a pozniej jazda pod gore na rowerze:)

W czasie przeplywania przez ciesnine Cook;a mielismy piekne widoki. Plynac przez Queen Charlote Sound juz na poludniowej wyspie coraz bardziej nam sie podobalo. W koncu wyladowalismy w Picton. Mala miescina zyjaca dlatego, ze przyplywaja tu promy z Wellington. Jest tez kilka innych atrakcji (gory, rzeki), ale promy i turysci sa najwazniejsi. Znalezlismy nocleg na polu kempingowym i poszukalismy pracy w internecie. Okazalo sie, ze w Blenheim (30 km na poludnie) jest hostel, w ktorym moga zalatwic nam prace. Powiedzieli: ;przyjedzcie to cos znajdziemy;. Nadzieja odzyla, a my mielismy juz plan na nastepny dzien – jedziemy do Blenheim.

19.01.2007

Od rana tylko jeden podjazd i dalej szybkie 30 km do Blenheim. W miasteczku niezawodny I-Site. Znalezlismy hostel, mamy miejsce na namiot. Kiedy kobieta z hostelu zobaczyla, ze podania o Work Permit mamy juz wydrukowane z internetu byla mile zaskoczona. Pomogla nam ze sprawami, ktorych nie bylismy pewni i poszlismy do miasta zeby wyslac dokumenty do Christchurch. Okazalo sie jeszcze, ze musimy zrobic sobie nowe zdjecia, bo nasze paszportowe sa zle i dlatego podanie moze zostac odrzucone. W koncu wyslalismy komplet dokumentow, paszporty itd. do Immigration Office w Christchurch i czekamy. Czekamy na zezwolenie na prace sezonowa. Papiery i odpowiedz maja przyjsc we wtorek. Jezeli je dostaniemy, to najprawdopodobniej nastepnego dnia zaczniemy juz pracowac w winnicy:) Podobno ciezka praca, ale i tak jest latwiej niz przy zbiorze kiwi. Mamy nadzieje, ze wszystko bedzie dobrze. Musimy jeszcze zlozyc wniosek o przyznanie numeru podatkowego i do pracy.

Tymczasem piszemy zalegle maile i przygotowujemy zdjecia. W dziale FOTO jest juz kilka nowych galerii z Am. Pld i Nowej Zelandii. Zapraszamy do ogladania.

Pozdrawiamy

wasi podroznicy

Agnieszka i Jacek

Skydiving

Z Rotorua dojechalismy na rowerze do Taupo. To co sie tu robi to Skydiving. Prostymi slowami: ubieraja cie w uprzaz, wsiadasz do samolotu, lecisz na 3, 4 lub 5 tys metrow i razem z instruktorem (jest sie do niego podpietym) wyskakujesz z samolotu:)
No i … zrobilismy to:) (z 5 tys. metrow – jako jedyni – znaczy maximum – podawali nam nawet tlen z butli w samolocie) Bylo super. Niesamowicie, pieknie. 60 sekund swobodnego spadania. Pozniej szybowanie nad jeziorem i miastem. Bylo swietnie.
Caly dzien dochodzimy do siebie. Mamy zdjecia ktore robil nam specjalny powietrzny fotograf oraz film. Fotki sa ponizej, ale na film bedziecie musieli poczekac.
Jestesmy cali, zdrowi, szczesliwi i … chyba troche walnieci, ale to juz przeciez wiecie.

Z Taupo (gdzie byl ten skok) pojechalismy na poludnie. Po 20 km kolo zaczelo robic sie lekko krzywe – nbaprawilismy ile sie dalo i dalej. Pozniej na zjezdzie od hamowania obrecz rozgrzala sie tak ze poszla detka i rozwalilo opone. Wszystko porzucilismy w krzakach i stopem wrocilismy do miasta. Tam szybka naprawa i znowu stopem po rower. Dalej poszlo juz ok. Spalismy na polu kempingowym.

Wczoraj wyjechalismy z Turangi i jechalismy Desert Road. Powinni zmienic nazwe na cos z gorami, bo przez jakies 35 km mielismy prawie caly czas pod gore. Na zjazdach bez szalenstw bo caly czas padalo. Pozniej jednak wjechalismy na plaskowyz (ok 800 m.n.p.m.) i jechalismy po plaskim i z gorki (max 47 km/h), przez kilka km w ogole nie pedalowalismy.
Dzien byl trudny, ale fajny. Nocleg znalezlismy u wlascicielki kafejki internetowej w ogrodzie, wiec tam rozbilismy namiot. Nie ma tu nawet sklepu wiec musielismy isc do knajpy.

Pogoda nieciekawa, caly czas pada, ale jakos dajemy rade:) Rower zachowuje sie tak jak powinien – jedzie i nie protestuje. Dzisiaj zrobilismy ok 66 km, wiec srednia na dzien (60 km) wyrobiona. Jutro ruszamy dalej na poludnie. Gdzie bedziemy spali i czy bedzie tam internet – nie wiemy, wiec nie denerwujcie sie.

Pozdrawiamy i zapraszamy do ogladania

(lista skoczków)

Mamy rower!!!

Mamy rower!!!

Dwa dni temu kupilismy rower. Nie jest to zwykly rower. To tandem:) Zostal ochrzczony jako Zlota Strzala (Golden Arrow:). Jest duzy i piekny. Zapakowalismy sie do sakw. Jestesmy przygotowani i za 10 minut ruszamy z Rotorua do Taupo (polnocna wyspa).

Wszystko jest ok. Nowa Zelandia jest ciekawa, ale ma swoje slabe strony. Jest drogo, sklepy szybko zamkniete i jezeli chcesz cos zalatwic to trzeba to robic od rana.

Jedziemy po przygode. Bedziemy odzywac sie z trasy.

Ponizej zdjecia naszej Strzaly.
My z rowerem 15 minut temu w hostelu

Strzała gotowa do jazdy

kaski - na specjalną prośbę Rodziców