Miała być zima, a zimy ni ma

Po kilku krótszych wyjazdach w październiku, w tzw. listopadowy długi weekend znowu wybraliśmy się w Tatry. Raki i czekany do plecaków, zimowe buty i jedziemy. To znaczy chcieliśmy jechać pociągiem, ale radosna atmosfera dworca PKP w Poznaniu („pociąg … do Zakopanego jest opóźniony o 90 min, jednocześnie informujemy, że opóźnienie może ulec zmianie” – czytaj spóźni się jeszcze bardziej) postanowiliśmy pojechać samochodem. Zgarnęliśmy jeszcze 3 osoby z peronu (też w Tatry, a jednej chłopak do Krakowa) i ruszyliśmy przed siebie, przez noc.

Rano zameldowaliśmy się u Iny z małym co nieco w postaci rogali marcińskich, a po śniadaniu podjechaliśmy busem do Kościeliskiej. Dookoła piękna jesienna pogoda, słońce, temperatura bardzo dodatnia i tylko duża warstwa szronu na drzewach pokazywała, że gdzieś tu już była zima w tym roku.

Podchodziliśmy w stronę Czerwonych Wierchów, ale nie mieliśmy jakichś sportowych planów, bo naszym celem było schronisko na Hali Kondratowej. Długa, nieplanowana jazda samochodem i ogólne zmęczenie dawało o sobie znać więc często zajmowaliśmy się tzw. podziwianiem widoków.

Po wejściu na grań, widok z Ciemniaka na zachód był niesamowity. Podobno jeszcze dwa tygodnie wcześniej w Tatrach było sporo śniegu, po którym teraz zostały tylko porozrzucane łaty w zacienionych miejscach.

(Czerwone Wierchy i Tatry Wysokie)

Do schroniska na Kondratowej dotarliśmy już po zmroku, a wewnątrz przywitał nas tłum ludzi czekających na … wolne miejsce w pokoju. Okazało się, że jakaś duża grupa ma rezerwację i jeżeli nie przyjdą do 21-22 to łóżka będą wolne. Tak też się stało i w konkursie kto pierwszy ten lepszy wylosowaliśmy wygodne miejsce do spania.

Rano, 12 listopada ruszyliśmy zakosami w stronę Przełęczy pod Kondracką Kopą i stamtąd na Kasprowy. Pogoda nadal nas rozpieszczała, a zagęszczenie ludzi wzrastało odwrotnie proporcjonalnie do odległości, która dzieliła nas od najwyżej położonej pizzerii w Polsce 🙂

(tak tak, my tam byliśmy)

(widok z przeł. Świnickiej na zachód)

Podejście na Świnicę zaczęło się bardzo spokojnie, a informacje o dużej warstwie zalegającego śniegu wyparowały z naszych głów, gdy schodząc minął nas ok. 10 – letni chłopiec z tatą.

W drodze pod górę minęła nas z kolei lekko wyposażona para i muszę przyznać, że trochę z zazdrością patrzyłem jako pomykają. Czar prysł, gdy pojawiła się łata lodu i śniegu, a nasi wyścigowcy przysiedli bezradnie. Spotkaliśmy się później na szczycie (ok. 14:30) i dziewczyna zagaduje: „Przepraszam, a do Morskiego Oka to daleko stąd?”. „No jakieś 4 – 5 godzin”. „Ooo, to niemożliwe, chyba bliżej”. No i tak sobie pogadaliśmy. Za chwilę okazało się, że są pierwszy raz w życiu w górach innych niż Karkonosze, a w dodatku taką półzimową porą roku, no i wszystko ich nieco przerosło.

(po lewej na dole przeł. Zawrat widziana od Świnicy)

Przejście w stronę Zawratu przywitało nas kilkoma plamami śniegu, a potem już „tylko” nad „ulubiony” niebieski szlak do schroniska w Dol. Pięciu Stawów. Na miejscu, jak przystało na długi weekend dziki tłum, ale tego akurat spodziewaliśmy się.

(Dol. 5 Stawów Polskich)

Rozlokowaliśmy się na noc w kuchni turystycznej, ale spotkała nas miła niespodzianka i pewien Dobry Człowiek sprawił, że noc spędziliśmy w świetnych warunkach.

Niedziela znowu pokazała, że jesień w Tatrach potrafi być piękna i poszliśmy na Krzyżne. Stamtąd mieliśmy już schodzić w dół, ale przeszliśmy jeszcze przez Granaty, gdzie ostatni raz byliśmy podczas pierwszych wspólnych wakacji … 7 lat temu.

Pomimo tego, że ludzi nie było praktycznie w ogóle, a temperatura w nocy była zdecydowanie poniżej zera, skały kruszyły się i leciały dość mocno i jestem pewien, że przy kolejnej zaplanowanej wizycie na Orlej Perci weźmiemy kaski.

 

Jeszcze tylko ostatni widok w stronę Piątki i uciekamy w kierunku Murowańca. Potem do Kuźnic, jedzenie „gdzieś”, bo Kolibecka przy rondzie Kuźnickim akurat w remoncie i do domu.

Fajna tatrzańska wycieczka, która zamiast zimy pokazała nam jesienne uroki Tatr.