3 miesiące i 4 dni po porodzie – sezon triathlonowy otwarty i zarazem zamknięty!

W niedzielę otworzyłam swój sezon triathlonowy zawodami, które były ostatnimi w tym roku na mapie Polski. Za mną Kórnik Triathlon, który spadł mi po prostu z nieba:-)

IMG_6795

Ale od początku. 

W zeszłym roku wystartowałam dwukrotnie w triathlonie. Szczęśliwie ukończyłam zawody w Poznaniu i Chodzieży. Zaczęłam tę przygodę za namową Jacka, który jak wiecie z jego wpisów wpadł w nie po uszy:) 

Wypełnił za mnie formularz i powiedział, że ja mam “tylko” kliknąć. No i kliknęłam. 

Wszystkie starty, nie tylko triathlon, ale i zwykłe biegi, dawały mi ogromną radość, poczucie, że można bić swoje rekordy, mieć cele i do nich dążyć, niekonieczne w męczarniach, a z poczuciem zadowolenia i bijącymi endorfinami wokół. 

Zaczęłam marzyć o kolejnym sezonie…

Ale w między czasie tak zwana jesienna faza roztrenowania przyniosła fantastyczne wiadomości, że na początku czerwca 2015 roku urodzi się Jasiek:-)

Skłamię, jeśli napiszę, że nie pomyślałam o “straconym sezonie”. Tak bardzo chciałam wystartować. Myślałam, liczyłam dni i tygodnie, których będę potrzebować by po porodzie dojść do siebie i jako tako przygotować się do startu. Wydawało mi się to ciężkie do realizacji, ale nie niemożliwe. 

Jasiek urodził się w połowie czerwca. Boski, mały i uśmiechnięty chłopak. Zaczęłam odliczać 6 tygodni by zacząć biegać, albo chociaż trochę intensywniej się ruszać. Dni mijały bardzo szybko, bo chyba nie lubimy pustki wokół nas:) Jacek realizował kolejne kroki przygotowań do startu w Malborku. Jeździliśmy wspólnie na zawody, kibicowaliśmy mu, ale oprócz satysfakcji, że  bije swoje czasy z poprzedniego roku coś się we mnie kołatało…Każdy kto stał po stronie kibica, ale także kiedykolwiek startował to wie, że jedno i drugie jest wciągające, ale to drugie, to coś magicznego, coś co sprawia, że energia w środku rozpiera…

I tak też podczas zawodów w Bydgoszczy rozmawialiśmy o startach i nowych zawodach wokół Poznania i wtedy Marcin powiedział o dystansie 1/10IM w Kórniku. Bliżej być nie mogło, a dystans niby krótki, ale patrząc na sytuację to i tak było wyzwaniem;)

Wróciliśmy do domu, a ja postanowiłam, że dam radę, powoli zacznę biegać, ale łatwiej będzie mi się zmobilizować mając gdzieś w perspektywie zawody, słysząc huk startera i widząc strefę zmian. Tak, to jest adrenalina, która mnie tak nakręca. 

28 lipca weszłam na stronę triathlonu w Kórniku, a tam w zakładce aktualności informacja: zwiększamy limit uczestników na trasie 1/10 IM – tak, tak – to był znak. Nie ma na co czekać. Ciach – tym razem sama wypełniłam formularz i zapłaciłam. To był dobry bodziec do pójścia biegać:)

I tu powinna zacząć się opowieść o moich codziennych biegach, treningach pływackich, rowerowych, ale nie. Tego było. 

Przyszły upały, a ja się rozleniwiłam:P

Mój pierwszy bieg zakończył się powiedzeniem z żalem Jackowi, że gdzieś się podziały moje czasy sprzed roku. Gdzieś zniknął ten spokój i lekkość… Przebiegłam 4km i brzuch miałam ściśnięty, w telefonie Pani z aplikacji mówiła “6:15 minut na kilometr”, a ja nie mogłam się zmusić do szybszego ruszania nogami. To nie wyglądało dobrze. 

Jednak nie był to też powód do odwrotu. 

Po dwóch tygodniach od zapisania się na zawody miałam urodziny i tu należą się WIELKIE PODZIĘKOWANIA wszystkim osobom, które wiedziały, że rower szosowy to marzenie, do którego przymierzałam się już rok wcześniej, ale jakoś nie było mi dane. Dostałam piękną białą strzałę, która jest kolejnym powodem by zapisywać się na zawody:) 

Strzała pojechała z nami do Bukowiny na wakacje i po raz pierwszy od roku usiadłam na rowerze, by jeździć po jakże “płaskich” terenach wokół Łysej Polany i Bukowiny;-) Niby można by narzekać, że górki, dołki, zimno, ale nie – lepszego miejsca na pierwsze jazdy na szosówce, po rocznej przerwie nie ma! Wsiadłam dwukrotnie na rower w tym, raz tylko i wyłącznie dzięki opanowaniu i spokoju Jacka, który wstał ze mną o 5 rano, przezwyciężył wszystkie niepowodzenia na drodze z 3 piętra do samochodu i powiedział: “Jedź. Już wszystko jest ok. Dam radę z dziećmi. Zależy mi, żebyś pojechała”.

20150821_070018

Potem przyszedł IronMan Jacka, po którym miał odpoczywać, a ja miałam wejść w „ostatnią” fazę treningów. Plan wyglądał dobrze: basen, bieg, rower – zmobilizować ciało do większego wysiłku. Plan utrzymał się przez 12 godzin. We wtorek wieczorem, dzień po powrocie z Malborka, dokładnie 2 tygodnie przed moim startem, schodząc na śpiąco z antresoli, poleciałam. Spadłam z połowy wysokości schodów na sam dół obijając przy tym potwornie żebra. Jacka nie było w domu, mi rozładował się telefon i jedyne na co mnie było stać to położyć się na brzuchu i walczyć z myślami “Co Ty zrobiłaś?? Nie ma szans. Nie wystartuję. Głupia. Bez sensu. Po co??” itp. W nocy nie byłam w stanie podnieść Jaśka z łóżeczka i zaczęły się moje psychiczne wzloty i upadki. Od całkowitej rezygnacji, do pełnej mobilizacji: “Przestań się użalać nad sobą. Skończ myśleć i zacznij coś robić.” 

Raz poszłam na basem. W wodzie było ok, mogłam płynąć. Po wyjściu trochę gorzej, ale ruszałam się. Oddychałam płytko, żeby nie bolało. Codzienna kalkulacja, czy start w ogóle ma sens, nic na siłę, z drugiej strony “byłoby fajnie ukończyć taki bieg. To by mi dało kopa do dalszych treningów…”. 

W między czasie, gdy znów głośno analizowałam swój stan pod kątem tego czy pójść na rower czy nie, Jacek mnie zmotywował tekstem: “Pain is temporary, winning lasts forever”. Uśmiechnął się, a mi znów nie pozostało nic innego jak tylko ubrać się rzucając z uśmiechem pytanie, czy to reklama środków przeciwbólowych?;-) 

Ostatnie dwa tygodnie to była właściwie walka z myślami. Startować czy odpuścić. Bardzo chciałam, ale podświadomie wiedziałam, że nie jestem przygotowana i porywam się z motyką na słońce. Z drugiej strony potrzebowałam tego startu do dalszej motywacji, do uwierzenia w siebie, że jak się czegoś bardzo pragnie to mimo przeciwności można to zrealizować. 

I z takimi myślami w niedzielę rano pojechaliśmy całą rodzinką do Kórnika. Mania i Jacek w koszulkach Boogie Woogie Support Team, z głośników motywująca muzyczka i już wiedziałam, że to była dobra decyzja. Wszystkie myśli, które początkowo mnie gdzieś blokowały zostały odsunięte na bok, a zamiast nich pojawił się szeroki uśmiech. Niczego więcej nie potrzeba oprócz Jacka i dzieci, które widzą jak rozwijamy swoje pasje, dzielą je z nami i wspierają podczas przygotowań. Nic tak nie cieszy jak uśmiech Mani, która na nasz widok podczas wychodzenia z domu mówi: “Idziesz biegać?” lub “Pływasz?”. Nie ma płaczu, jest uśmiech na jej twarzy:)

IMG_6824

Emocje podczas zawodów są zawsze. Czy to bieg na 5km, czy maraton czy IM. Zawsze jest to pozytywne poddenerwowanie i niewiadoma jak to dzisiaj będzie. 

Rower odstawiony do strefy zmian, pianka na grzbiet i idziemy w stronę pomostu, z którego jest wejście do wody. Zawodnicy mieszają się z kibicami, wszyscy się uśmiechają i nawzajem poklepują i motywują słowami, że będzie dobrze. Ktoś mówi, że woda zimna, inni, że trzeba robić swoje i nie zwracać uwagi na przeciwności. Rzutem na taśmę na pomost wpadają rodzice, ostatnie buziaki i w drogę. 

IMG_6812IMG_6820

Woda faktycznie nie najcieplejsza, ale tragedii nie było. Pianka skutecznie chroni ciało przed dostaniem się wody. Pierwsze ruchy to było jedno wielkie przyzwyczajanie się do wyporności spowodowanej pianką. Nagle głośne odliczanie kibiców 3 2 1 – start. Żabka – kraul – żabka – raz nawet piesek jak dostałam w bark, ale potem spokojnie swoim tempem mijałam kolejną bojkę, byle do wyjścia z wody. Potem już nic mnie nie zatrzyma:) 

Dobieg do strefy zmian przypomniał mi dlaczego starty sprawiają mi taką radość. Tata z wielkim transparentem “Boogie Woogie jest z Tobą”, obok Mania krzycząca “Mama, mama”, Jacek pytający jak tam, gdzieś z boku Mama z Jasiem, który właśnie się obudził.

IMG_6950

Kask, skarpetki, buty i rower – 18km dookoła Jeziora Bnińskiego z dozwolonym draftingiem, czyli jazdą za innym zawodnikiem bez zachowania specjalnej odległości.

IMG_6916

O plecach nie pomyślałam ani razu. Pochyliłam się wygodnie na kierownicy i kręciłam. Schować się za kimś i jechać w tunelu – tak jechałam przez pierwsze 5km, ale potem jedni jechali trochę poniżej moich możliwości, a inni byli za szybcy i nie byłam w stanie utrzymać ich tempa. W związku z tym przemierzyłam samotnie większość trasy. Gdy zza budynków ukazała się wieża ratusza wiedziałam, że już 2/3 trasy za mną i teraz wszystko się okaże. 

12050989_996632443700485_142723702_o

Strefa zmian poszła gładko, jedno motywacyjne uderzenie rękoma w uda z gadką motywacyjną by mnie nie zawiodły. 4,2km czekały na mnie. Wiedziałam, że Jacek chciał biec ze mną i tak też się stało. Mania i Jasiek zostawieni u rodziców, a on biegł przy mnie cały czas wołając, że jest super i mam trzymać tempo. Pierwszy kilometr ciągnął się dość długo, ale gdy zobaczyłam, że tempo mam takie, o którym nawet nie myślałam po moich treningach w okolicach 6min/km było dużo lepiej. “Trzymaj tempo, jest super, biegnij, zaraz Cię dogonię” dodawały mi sił i wiedziałam, że ukończę, że jest dobrze. 

IMG_7012

Po nawrocie Jacek jeszcze dodał, że Mania już czeka i tu już nie mogłam się cofnąć. Jedynie mogłam wykrzesać z siebie odrobinę energii by szybciej ją przejąć od Taty, który przełożył Manię przez barierki i razem wbiegłyśmy na metę. Z moją małą Manią, dzięki której tak naprawdę zaczęłam biegać, bo ile można było chodzić tylko na spacery?;-)

12020691_996673907029672_1587740873_o

IMG_7039

Było i jest pięknie. Jasiek idealnie wyczuł moment, bo prawie przy samochodzie się obudził na karmienie, Mania padła z emocji w drodze powrotnej, a my z Jackiem, już wspólnie, możemy planować przyszłoroczny sezon:-) A potencjał jest, bo wracając do domu dostałam smsa, że zajęłam 4 miejsce w kategorii K30, a wśród kobiet 11:) W tym roku zamiast fazy roztrenowania zaczynam treningi i byle do przodu z kolejnymi celami i wsparciem ze strony najbliższych przyszłość wygląda bardzo obiecująco!:-)

IMG_7084

 P.S. Zdjęcia Jacek i Andriy Malenko z Zakład Fotograficzny

Przepis na Ironmana: marzenie + determinacja + ogromne wsparcie najbliższych [Castle Triathlon Malbork 2015]

W przypadku każdego marzenia, najważniejsze jest to, żeby bardzo chcieć je zrealizować. To nie może być takie zwykłe „chciałbym”. To musi być potężne „ja tego chcę i zrobię to, będę tym żył, będę o tym myślał, dążył do tego i będę zarażał innych optymizmem, żeby oddali mi go trochę, gdy mi będzie gorzej”. O! Tak to musi wyglądać. Tak właśnie było w przypadku mojego marzenia o Ironmanie.

Po zeszłorocznym starcie w 1/2 IM w Poznaniu zaczęła kiełkować we mnie myśl, że może ten ironman jest do zrobienia, że to przecież dla ludzi. Druga fala przemysleń przyszła w we wrześniu albo październiku po Forest Run kiedy pierwszy raz przebiegiem ponad 40 km i okazało się, że jest to w moim zasięgu.

Wystarczyło dodać do tego prawie 4 km pływania i 180 km na rowerze. Brzmi to jak żart i też tak o tym wtedy myślałem, ale cały czas tzw. pełny dystans wracał mi do głowy.

Po wielu poszukiwaniach znalazłem ciekawie wyglądające i co równie ważne, dość tanie, zawody w Malborku – Castle Triathlon Malbork. Najpóźniejszy ironman w sezonie – 6 września 2015. Chodziłem wokół tego tematu na pies wokół jeża. Trenażer na stałe zagościł w domu, dłuższe bieganie przychodziło jakby łatwiej, ale cały czas nie było decyzji.

IMG_6436

W grudniu zapytałem Agnieszkę, co sądzi o moim pomyśle startu w ironmanie. Odpowiedziała pozytywnie i to było bardzo budujące. Mimo wszystko chyba jeszcze nie czuła tego aż tak jak ja. Decyzja w mojej głowie już zapadła, a klamka zapadła w Sylwestra, przed samą imprezą. Zarejestrowałem się, zapłaciłem i już.

Pierwszego stycznia poszedłem biegać po pagórkowatych ścieżkach Kotliny Kłodzkiej (no bo impreza imprezą, ale IM czeka!) i tego samego dnia coś mnie zaczęło boleć w kolanie. Tak jakby organizm powiedział: „chyba sobie gościu jaja robisz z tym ajronmenem”.

Oszczędzę wam opisu wzlotów i upadków, treningów, litrów wylanego potu i okresów, w których nie mogłem się ruszać (tak, takie okołokontuzyjne też były). Osiem miesięcy przygotowań, w czasie których pojawił się na świecie Jasiu, mieliśmy trochę rodzinnych przebojów zakończonych happyendem i różnych wyzwań to był bardzo intensywny czas. Bardzo mało startowałem, ale za namową Agnieszki od czerwca to się zmieniło. Wiedziałem, że chcę choć raz pokonać żelazny dystans każdej z dyscyplin, żeby psychicznie zmierzyć się z tym co czeka mnie w Malborku. Bieganie miałem już zaliczone i to zdecydowanie była moja najmocniejsza strona. Z pływaniem rozprawiłem się w czerwcu podczas zawodów w Poznaniu, a na rowerze… mi nie wyszło. Najdłuższy trening miał ok. 100 km.

Mocno podbudowała mnie jednak życiówka w półmaratonie i zdecydowanie lepsze niż w zeszłym roku wyniki w 1/4 i 1/2 IM. Historię o złamanym widelcu już znacie. Po ENEA Challenge Poznań miałem 6 tygodni na przejście z trybu 1/2 do 1 🙂 W końcu nadszedł czas wyjazdu do Malborka.

Wyobraź sobie ciemną noc, majaczący w oddali wielki krzyżacki zamek stojący nad czarną rzeką, wrześniowy chłód i szum silnego wiatru, pomimo którego w głowie masz ciszę. Tak właśnie czułem się przed 5 rano, kiedy szedłem do strefy zmian. Reflektory oświetlające tylko część terenu, ten przyjemny harmider i poczucie, że wszyscy są tutaj, żeby powalczyć – o rekord, wynik albo po prostu o przecięcie mety. Zawodnicy stojący przed rowerami i wyglądający jakby modlili się, a w rzeczywistości odtwarzający sekwencję, którą będą wykonywać po wyjściu z wody i powrocie z roweru. To wszystko po to, żeby upewnić się, że kask (!) jest na miejscu, a buty nie zostały w samochodzie.

Jeszcze tylko krótka przebieżka, żeby rozruszać organizm i wprowadzić serce na wyższe obroty. Potem wciśnięcie się w piankę i 15 minut czekania na brzegu. Robiło się coraz jaśniej, ale wiejący wiatr wskazywał na to, że to nie będzie najłatwiejszy dzień.

IMG_6370
Ubieranie pianki

 

IMG_6374

IMG_6380

Pływanie poszło mi mniej więcej tak jak się spodziewałem. Wbrew pozorom prąd nie był zbyt silny, więc należało po prostu płynąć swoje. Dla mnie był to etap, który traktowałem trochę po macoszemu, bo wolałem skupić się na treningu biegowym i rowerowym. Czas ok.1:27 był przeciętny i na pewno można tu sporo poprawić.

malborkironman_2015_00329
Rycerze czuwali, żeby wszystko było w porządku!

 

W strefie zmian (T1) pianka powędrowała do worka, sucha koszulka na grzbiet (chyba nie przekonam się do trisuit’ów), Tomkowe rękawki na ramiona, toi-toi i bieg z rowerem. W tzw. międzyczasie zamieszałem się jeszcze w obsłudze zegarka i straciłem trochę czasu. Miałem tydzień na zaprzyjaźnienie się z nim (zegarkiem), ale w obliczu 180 kilometrów, które mnie czekały, chyba po prostu zapomniałem co i jak miałem przyciskać.

IMG_6416
Szybkie ubieranie i w drogę

malborkironman_2015_07587

No i zaczęło się. Sześć pętli po 30 kilometrów. Pętli, ale nie okrągłych, tylko takich z nawrotami, które po euforii jazdy z wiatrem ustawiały wszystkich do pionu wiejąc w pysk w prędkością (podobno) do 60 km/h. Założenie było proste – utrzymać średnią 30 km/h i zamknąć etap rowerowy w 6 godzin. Asfalt był świetny, trasa płaska, więc w normalnych warunkach (bez wiatru albo przynajmniej z wiejącym słabiej) było to spokojnie w moim zasięgu. Tym razem okazało się za trudne. No, ale zanim tak się okazało to spędziłem na siodełku ponad 6 godzin i miałem sporo czasu na myślenie.

Na początku jest euforia, wola walki i zachłyśnięcie nowościami. „Super, robię etap rowerowy na dystansie IM, nigdy nie przejechałem tyle w jeden dzień. Daję radę, dobrze się czuję” itd. Później przychodzą myśli typu: „O, jeszcze 4 razy będę dzisiaj w tym miejscu. Tak to będzie za 120 km”. Jeszcze w innym momencie wewnętrzna gadka motywacyjna. Czasem w wersji soft (najczęściej jadąc z wiatrem): „Dajesz, jest super. Aaaaa euforia. Jak te koła pięknie się toczą”, a czasem w wersji hard (pod wiatr): „Chcesz być ajronmenem, to musisz to k**** wydrzeć, samo nie przyjdzie, nikt za ciebie tego nie zrobi”. Wiem, że motywacja, a szczególnie automotywacja w sporcie ma olbrzymie znaczenie. Potrafię uzyskać taki efekt np. słuchając odpowiedniej muzyki. Z tym, że na zawodach tri najczęściej używanie słuchawek jest zabronione ze względów bezpieczeństwa. Zatem jedziesz sobie na rowerze już 3,5 godziny, w uszach masz ciągłe „pssssszzzzzzz, psssssszzzzzz” (głośny szum wiatru i opływającego cię powietrza) i musisz jakoś sobie pomóc. No i wtedy te różne motywacyjne myśli krążą po głowie.

IMG_6460
Chyba po 4 kółku czyli 120 kilometrów w nogach

www.maratomania.pl

malborkironman_2015_08260

IMG_6427

Są też chwile kompletnego rozłączenia – po prostu pedałujesz i ciśniesz przed siebie. Zadnego kombinowania, planowania, zastanawiania. Nic. Po prostu przed siebie.

No i są też chwile absurdalno-humorystyczne. Jakieś 115 km za mną, a tu nagle do głowy z hukiem wpada Anna Maria Jopek i śpiewa: „… jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę … a jakiś bies wciąż powtarza mi pędzej …” Wszystko na miejscu 🙂 Jest śmiesznie.
Czasem podśpiewuję Boogie Woogie (hit od Mańki ze żłobka), a czasem nucę dźwięki z filmów, które pojawiają się na YouTube, gdy wpisze się „ironman motivation”. To wszystko to elementy tej świadomej i nieświadomej wizualizacji, którą uprawiałem przez ostatnie miesiące biegając, kręcąc na trenażerze, jeżdżąc na rowerze czy po prostu odpoczywając na kanapie. To jest niesamowita siła!

/od tego miejsca piszę po raz drugi, bo napisany wczoraj wpis poszedł w …. skasował się/

Olbrzymim źródłem energii byli Moi Kochani Kibice – Agnieszka, Mania, Jasiu, moi Rodzice, rodzice Agnieszki i Magda. Byli ze mną od samego rana, czekali po każdym okrążeniu, przygotowali niesamowite transparenty, krzyczeli i dopingowali. Zorganizowali nawet megafon, przez który napędzili mnie do walki na rowerze. Do tego mogłem liczyć na to, że dostanę bidon z magicznym napojem elektrolitowym albo po prostu dobre słowo. Czasem nie reagowałem, ale doskonale słyszałem wszystko co do mnie mówili i bardzo mnie to niosło.

IMG_6442
Najlepsi Kibice na Świecie!
IMG_6527
Kibic nie wielbłąd… 🙂

IMG_6443

IMG_6446

IMG_6535

IMG_6637

Wyjeżdżając na ostatnie kółko czułem, że to co się dzieje jest niezwykłe. Od pewnego momentu cały czas przekraczałem granicę tego co znałem w wcześniejszych zawodów czy treningów. Jeszcze tylko podziękowanie dla sędziów i wolontariuszy, ostatnie piątki przybite z dzieciakami wołającymi „a nie ma pan pustego bidona?” i jazda do mety tego etapu. W tzw. międzyczasie przypałętał się deszcz. Zrobiło się siwo i razem z wiatrem zaczęły wirować szybkie krople. Wtedy pomyślałem sobie, że każde doświadczenie na coś się przydaje. Tych wiele razy, kiedy w górach była zła pogoda i ogólny syf spowodowało, że ten rowerowy deszcz przyjąłem dość spokojnie. Po prostu pada, a ja jadę. Tyle. Bez marudzenia. Takie zebrane doświadczenia mają duże znaczenie, bo np. jakbym był zmęczony i bolało by mnie wszystko to mógłbym w obliczu tego deszczu zatrzymać się i powiedzieć, że jest mi ciężko i mam to wszystko gdzieś.

W końcu licznik pokazał coś w okolicach 180 km (!),a ja zbliżyłem się do belki oznaczającej koniec etapu rowerowego. Po ponad 6 godzinach byłem przygotowany na lekki skurcz w udzie podczas schodzenia z roweru. Przełożyłem nogę, zrobiłem kilka chwiejnych kroków i … nic. Biegnę do strefy zmian i jest świetnie. Aż trudno w to uwierzyć. Odwieszam rower, zmieniam buty, zakładam pas z bidonem, czapkę w biegu, banana w rękę i go! Jeszcze Tata biegnie obok mnie i pyta jak jest, a ja z uśmiechem odpowiadam, że super i że teraz jeszcze tylko 42 kilometry. To bardzo ważne – NIE maraton, a po prostu 42 kilometry. Takie zagrywki psychologiczne 🙂
Okazało się, że w drugiej strefie zmian (T2) miałem 18. czas wśród wszystkich zawodników – zebrałem się nawet szybciej niż zwycięzca.

IMG_6570
Przytulak wzmacniający po zejściu z roweru

Już wcześniej zaplanowałem sobie ten bieg po zdrowie, ale na rowerze jeszcze raz powtórzyłem taktykę: zaczynam nie szybciej niż 5:30 min/km (11 km/h) i biegnę przynajmniej półmaraton, a potem się zobaczy. Efekt był taki, że po półmaratonie miałem średnią ok. 6 min /km (10 km/h) i było naprawdę fajnie. Oczywiście na początku nogi były rozpędzone pedałowaniem i chciały szybciej, ale robiłem co mogłem, żeby zwolnić. Trasa wiodła przez asfalt, kocie łby, trawę i szutr, a to wszystko wzdłuż Nogatu, no i oczywiście pod murami zamkowymi. Ludzi na trasie sporo, więc można było porozmawiać.

IMG_6623
No i kto ma taką teściową, żeby z nim maraton podczas IM biegła? Hę?

malborkironman_2015_10362

Po każdym kółku (a było ich znowu 6) witała mnie grupa Moich Kibiców z Manią na czele, która przesyłała mi buziaki i dopingowała tak, że energia płynęła szerokim strumieniem. Cały czas dbałem też o energię w płynie i stałą, bo miałem za sobą już jakieś 10 godzin ruchu. W ramach rozszerzania menu spróbowałem batona PowerBar – połówkę zjadłem w ciągu 10 minut, a resztę wyrzuciłem i drożdżówki – po kilku minutach wytworzyłem z niej drożdżową kulę, którą mogłem podzielić się z okolicznymi wędkarzami. To tylko upewniło mnie, że sprawdzone banany, żele i moje batony są dobrym wyborem i w ten sposób żywiłem się dalej.

Czasem zastanawiałem się czy nadejdzie jakaś ściana, niemoc, załamanie czy inny kryzys. Nic takiego nie stanęło na mojej drodze. To chyba był po prostu „ten dzień”, kiedy miałem zadebiutować na żelaznym dystansie. W okolicach 25 kilometra jedna kostka nadała jakiś sygnał ostrzegawczy, ale chwilę porozmawialiśmy sobie w zaciszu i ustaliliśmy, że czeka nas jeszcze robota do wykonania i nie ma co się wygłupiać. Po chwili odpuściła.

Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale w zasadzie to wszystko przestawało się liczyć.  Wiedziałem, czułem, że będę dzisiaj na mecie i dotrę tam o własnych siłach. Po pierwszych 3 kółkach, pomimo gorszego niż zakładany, czasu na rowerze ostrzyłem sobie zęby na złamanie 12 godzin, ale kolejne 21 kilometrów biegu zweryfikowało moje zapędy 🙂

Gdy zostało mi do zrobienia ostatnie kółko, zacząłem czuć jakąś dziwną ulgę i radość. Rodzice kibicowali, zagrzewali do biegu, a inni zawodnicy widząc już 5 opasek na nadgarstku życzyli powodzenia. Biegłem, a ostatnie 1,5 kilometra to ciągłe przyspieszanie z mocnym finiszem. Biegnąc już w okolicy strefy zmian przywitał mnie Tata, ukłonił się w pas, rozemocjonowany przybił mi piątkę i pognał wzdłuż taśmy. Odebrałem ostatnią opaskę potwierdzającą przebiegnięcie całego dystansu i pędziłem do mety z rękoma w górze. Ta mieszanka uczuć była niesamowita i naprawdę ciężko to opisać. Kilkanaście metrów przed metą odebrałem jeszcze Manię i razem przecięliśmy linię mety – bardzo mi na tym zależało.

IMG_6658
Finisz i uczucie, że to naprawdę to zrobiłem
malborkironman_2015_04959
Chwila radości. Wielkiej Radości
IMG_6694
Z Manią na mecie

 

Stało się – po 12 godzinach 28 minutach 50 sekundach zostawiłem 226 kilometrów trasy za sobą. Wydarłem się tak, że aż Mania chyba się przestraszyła, ale od razu przytuliliśmy się mocno. Odebrałem medal i ruszyłem do Kibiców. Uściskom i gratulacjom nie było końca. To był piękny moment. Jak się później okazało zameldowałem się w pierwszej połowie stawki zajmując 80 miejsce na 172 osoby, które ukończyły i 18 w kategorii M30.

Gdy rozmawiałem z Kibicami, podszedł do mnie Marcin Waniewski – współorganizator zawodów i komentator – i zapytał o wrażenia (chyba dlatego, że mieliśmy z Manią efektowny finisz). Nie wiem czy to dokładny cytat, ale powiedziałem chyba tak:

Ten medal dedykuję Agnieszce i naszym dzieciom: Mani i Jasiowi, bo bez nich nie byłoby mnie tutaj, mojej Mamie, która wygrała w tym roku ze straszną chorobą i jest dla mnie niesamowitą inspiracją i mojego bratu Tomkowi, który gdyby tylko mógł byłby tutaj ze mną.”

Nawet teraz, tydzień po tamtej chwili mam łzy w oczach. To była dla mnie duża sprawa, bo po raz kolejny uświadomiłem sobie, że sam nie dałbym rady skończyć ironmana.

IMG_6708
Krótki wywiad z Marcinem Waniewskim

 

Po tym tygodniu przygotowałem sobie taką grafikę, która to wszystko oddaje i myślę, że będzie mi jeszcze długo przypominać o tej niezwykłej drodze i niesamowitym dniu:

ironman6

W tym miejscu dziękuję wszystkim, który wspierali mnie przed zawodami i w trakcie nich przez smsy, maile, Facebook’a i rozmowy. Poza już wymienionymi przede wszystkim dziękuję mojej siostrze Marysi, Witkowi, Jackowi i Tosi. Następnym razem jedziecie z nami!

TriRodzina w komplecie
TriRodzina w komplecie

To co było dalej nie ma już znaczenia. Spełniłem ogromne marzenie i osiągnąłem największy sportowy sukces w życiu.

Wiem, że mi się to podoba i chcę jeszcze tego spróbować, bo przecież tyle pięknych tras czeka na świecie, no i te 12 godzin jest w moim zasięgu. Teraz już to wiem.

Mam dla Was jeszcze opowieść o tym co zdarzyło się następnego dnia, ale to już w następnym wpisie.

P.S. A tak dla jasności – to był mój piąty triathlonowy start w życiu 🙂 #copowiedzątrenerzy ?

Marianna i Jaś w podróży

W wakacje, oprócz różnych atrakcji weekendowych, postanowiliśmy wybrać się do Bukowiny Tatrzańskiej.

Do Rodziny i miejsca, do których od najmłodszych lat jeździłam z rodzicami, tak jak moja babcia i jej rodzice. Tym razem wzięliśmy Manię i Jasia:-)

Krótka relacja z naszego wyjazdu tym razem w formie filmu:)

Zapraszamy!