Wszystkie wpisy, których autorem jest Jacek

Uwaga! Lawiny!

Tak, tak – każdego roku można usłyszeć w mediach opisu wypadków lawinowych z Tatr czy Alp. Bardzo rzadko lawiny „schodzą same”. W większości przypadków to my – turyści, narciarze, wspinacze – im pomagamy.

Pomimo, że trochę wiemy już na ten temat, w połowie stycznia pojechaliśmy na jeszcze jedno szkolenie lawinowe. Tym razem organizowane było przez TOPR i portal Outdoor.org.pl, a odbyło się w schronisku na Polanie Chochołowskiej.

Do Zakopanego dojechaliśmy bardzo wygodnym i całkiem czystym pociągiem z tzw. „tanią kuszetką”. Muszę przyznać, że była to dla mnie duża nowość, bo chyba pierwszy raz w polskim pociągu podróżowałem tak komfortowo. Nie potrzebowaliśmy nawet zatyczek do uszu  (jak zawsze w plecaku), a po niecałych 11 godzinach zameldowaliśmy się w stolicy polskich Tatr.

Plan na piątek był taki, żeby spokojnie dostać się do schroniska. Po spokojnym spacerze w Dolinie Kościeliskiej i przejściu do Chochołowskiej Ścieżką nad Reglami znaleźliśmy się na miejscu. Przy okazji warto wspomnieć, że Ścieżka nad Reglami nie należy do najprzyjemniejszych tras narciarskich, szczególnie przy zjeździe:)

Od popołudnia pojawiały się kolejne znane i mniej znane nam osoby z forum outdoorowego. Szkolenie rozpoczęło się wieczorem krótkim wykładem wprowadzającym, po którym nastąpił równie wprowadzający, ale nieco dłuższy wieczorek zapoznawczy 🙂

Rano jeszcze szybki wykład i mogliśmy pójść „w śnieg”. Zadania polegały na szukaniu jednego albo kilku „zasypanych”, przy czym pozorowaliśmy najróżniejsze warianty, łącznie z zawiśnięciem na drzewie i zakopaniem pod ławką przy szlaku. Bo przecież nigdy nie wiadomo co się stanie.

Szkolenie
Baza ćwiczeniowa

 

Loża szyderców, czyli Agnieszka i Mirek

W trakcie ćwiczeń mogliśmy obserwować co robić i czego unikać, a z każdym znalezionym i odkopanym detektorem wiedziałem coraz bardziej, że to jedne z tych umiejętności, które trzeba ćwiczyć, ćwiczyć i … ćwiczyć.

Po kilku godzinach wróciliśmy do schroniska i rzuciliśmy się w wir wykładów. Lawinoznawstwo to bardzo szeroka dziedzina. Topografia, meteorologia, glaciologia, psychologia i jeszcze inne „logie” składają się na to, że tematów do omówienia jest bardzo dużo. Na szczęście Mirek i Marcin bardzo fajnie przekazywali wiedzę, wspomagając się przykładami we swojej narciarskiej i ratowniczej praktyki.

Wykłady przeszły w dyskusje w podgrupach – było o nartach, lawinach, jaskiniach, podróżach i jeszcze kilku interesujących sprawach.

Odbyła się też tajna sesja zdjęciowa dla jednego z wiodących producentów sprzętu górskiego. Pochwalę się, że byłem modelem 🙂

W niedzielę wybraliśmy się w stronę Rakonia, ale psująca się pogoda nie pozwoliła nam wyjść zbyt wysoko. Tym razem robiliśmy profile śnieżne i tzw. trójkąty Muntera, czyli badaliśmy czy śnieg jest stabilny. Pomimo, że z „trójki” zrobiła się „dwójka” stabilny nie był.

 

Przygotowanie profilu i trójkąta Muntera

Zrobiliśmy co było do zrobienia, przepięliśmy się do zjazdu i siuuuuu, w stronę schroniska. Puchu dużo, więc jazda była przyjemna. Później tylko obiad, w miarę sprawny zjazd do parkingu i piwo w Dworcu (tak, tak – „w” Dworcu… Tatrzańskim u Iny).

Po prawie 10 godzinach w pociągu dojechaliśmy do Poznania. W domu byliśmy ok 7:40, a o 9:00 zwarci i gotowi zameldowaliśmy się w pracy.

I to się nazywa aktywny wypoczynek 🙂

 

Więcej zdjęć znajdziesz znowu w naszej galerii – chyba wracamy do tego dobrego zwyczaju

Karkonoska Orkiestra Turowa

Weekend okołoorkiestrowy to od wielu lat „duże” wydarzenie w Samotni. W zeszłym roku też byliśmy w Karkonoszach, ale to co dzieje się w Samotni to wyjątkowe wydarzenie.

Cały weekend z prelekcjami i spotkaniami z podróżnikami, himalistami, nurkami i innej maści świrami. Już od rana można słuchać o wyprawach w te bliskie i te bardzo dalekie zakątki, a to wszystko zwieńczone jest licytacją różnych gadżetów.

IMG_3629

W sobotni poranek ruszyliśmy z Karpacza żółtym szlakiem (stary tor saneczkowy) w stronę Strzechy Akademickiej i w całkiem niezłym czasie znaleźliśmy się na miejscu. Wszystko zasypane było świeżospadłym śniegiem, więc humory nam dopisywały.

IMG_3670

IMG_3676

 

IMG_3683

Był jeszcze plan przejścia górą do Słonecznika i przez Pielgrzymy do Samotni, ale po wyjściu na tzw. grań karkonoską okazało się, że to zdecydowanie nie jest „ten dzień”. Wiejący w twarz wiatr urywający głowę i widoczność na jakieś 100 metrów skutecznie pokazały, że czas zawrócić.

Okazało się jednak, że na Złotówce (taka trasa narciarska) uruchomili testowo wyciąg i po krótkiej rozmowie z szefem ekipy technicznej mogłem jeździć do woli w górę i śmigać po świeżo ratrakowanym stoku (proporcja ratraków do narciarzy 2:1).

IMG_3694

Wieczór w Samotni dla niektórych przeciągnął się podobno do 6 nad ranem.

IMG_3653

 

IMG_3691

W niedzielę przywitała nas piękna pogoda i widoki z grani były… no zresztą sami zobaczcie 🙂

IMG_3695

IMG_3710

IMG_3709

IMG_3706

IMG_3720

Jeszcze tylko pokaz z kobiecej wyprawy na Newtontoppen i zjechaliśmy do Wang.

Fajny weekend na nartach. Już wtedy wiedzieliśmy, że za 4 dni znowu ruszymy w góry, ale o tym następnym razem.

P.S. Jak się wam podobają większe zdjęcia?

Nowy Rok w Czarnej Górze

Końcówką starego i początkiem nowego roku rozpoczęliśmy sezon narciarski. Wyjazd bardzo rodzinną grupą do Czarnej Góry był dla nas niemałą, ale przyjemną nowością. Zresztą Czarna Góra i Stronie Śląskie, gdzie mieszkaliśmy zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie i jeżeli tylko będzie więcej śniegu – chętnie tam wrócę.

Czarna Góra

 

No właśnie… śnieg. Biała połać (puch to nie był) zalegała jedynie na kilku trasach i powstała z dużą pomocą armatek śnieżnych. W ciągu dnia temperatura dochodziła nawet do 8 st. C, więc to, że w ogóle można było pojeździć należy traktować jako duże osiągnięcie właścicieli.

Poza jazdą na przygotowanych stokach dookoła są podobno bardzo ciekawe tereny na biegówki i tury, więc „my tu jeszcze wrócimy”. Więcej informacji o stacji Czarna Góra znajdziecie tutaj, a w razie potrzeby możemy polecić dobre miejsce noclegowe.

Podsumowując wyjazd: dobre rozpoczęcie sezonu narciarskiego, fajne miejsce na kolejne wycieczki, nawet atestowane fajerwerki nie zawsze są bezpieczne, kulig bez śniegu też jest możliwy, a przy wyjazdach sylwestrowych witanie nowego roku przeważnie nie jest najbardziej huczną imprezą.
Tymczasem my trzymamy kciuki za śnieg w Tatrach, bo już za 2 tygodnie jedziemy tam przypomnieć sobie jak unikać lawin.

Na zakończenie życzymy Wam, żeby ten Nowy Rok był przynajmniej minimalnie lepszy od poprzedniego. Uśmiechnijcie się i myślcie pozytywnie. To przyda się wszystkim!

Grossglockner na weekend

Trzy tygodnie temu dostaliśmy od znajomych z portalu outdoor.org.pl propozycję szybkiego, weekendowego wyjazdu na Grossglockner – najwyższy szczyt Austrii. Okazało się jednak, że Agnieszka wyjeżdża w tym czasie i po gorączkowym analizowaniu prognoz na kilku portalach w czwartek 14 lipca ruszyłem pociągiem do Krakowa. Ok 5 rano z dworca odebrali mnie Michał i Michał (bardziej znani jako semow i gargamel) i po ok 12 godzinach zameldowaliśmy się na parkingu przy Lucknerhaus, skąd startuje się w kierunku szczytu.
Początkowy plan zakładał próbę wejścia przez grań Studl, jednak ze względu na niepewną pogodę zdecydowaliśmy, że droga normalna też będzie zadowalająca.

Podejście, które miało trwać ok 3 godzin zajęło nam połowę tego czasu i znaleźliśmy się przy schronisku Studlhutte (2801 m. n.p.m.). Mieliśmy ze sobą namiot, żeby ewentualnie wyjść wyżej, ale padający deszcz, który po jakimś czasie przekształcił się w regularną śnieżycę skutecznie wybił nam to z głowy.

W schronisku ciepło, czysto (zakaz wchodzenia w butach górskich, ale są darmowe kapcie), drogo (20 euro za noc / 10 euro z kartą OeAV / DAV), no i sprawa uciążliwa dla polskiego turysty: zakaz gotowania w środku. Niewiele się zastanawiając ubraliśmy się ciepło i gotowaliśmy na zewnątrz.

Do środka przepędziła nas burza z piorunami, która nie wróżyła niczego dobrego na kolejny dzień. Ok 22:00 dołączył do nas Jarek, który przyjechał z Monachium i zalegliśmy na przestronnych materacach, wyposażeni w dwa koce każdy.

Pierwsza pobudka o 3 rano. Pogoda – słaba. Śpimy. Drugie podejście ok 4 – jest lepiej, więc spróbujemy. W schronisku jak w ulu – wszyscy szykują się do wyjścia. Ustaliliśmy, że skoro pogoda się poprawia to może jednak spróbujemy pójść przez Studlgrat, jednak kiedy ok 5 stanęliśmy przez wejściem decyzja była dość łatwa – zostawiamy dodatkową linę i część sprzętu, bo wejście granią trzeba zostawić na inny raz.

Szybkie podejście po skalnej ścieżce, zakładamy uprzęże i wchodzimy na lodowiec. Lekko wznosząca się płaszczyzna, tylko dwie ewidentne (widoczne) szczeliny i krok za krokiem poruszamy w górę. Rezygnujemy z wejścia po skałach, ponieważ droga po śniegu wydaje się szybsza i chyba tak właśnie jest.

Dopiero po pewnym czasie wchodzimy na grań doprowadzającą do schroniska Erzherzog Johann Hutte na wysokości 3454 m n.p.m. (są stalowe liny, warto wpiąć się lonżą).

Przy schronisku pogoda już się wyklarowała i po chwili odpoczynku wchodzimy na śnieżne pole, które zakończyło się stromym żlebem prowadzącym na grań Kleinglocknera.

Grań jest pokryta śniegiem, dość wąska, ale po drodze mija się wbite w skałę pręty, z których można dobre asekurować. Po obu stronach kilkaset metrów powietrza, więc chodzenie w linii prostej jest wskazane.

 

Do szczytu w pionie pozostaje stąd niewiele, ale na wszystkich czekają jeszcze 3 atrakcje. Pierwsza to zejście ze skały na platformę o szerokości ok 40 cm – niby nic, a jednak było to dość emocjonujące. Numer 2 to przejście przez równie wąską przełęcz między Klein- i Grossglocknerem, a na koniec dość wdrapywanie się po dość stromej skale na szczyt.

 

Te wszystkie atrakcje dzielimy z dziesiątkami innych osób o mniejszym lub większym doświadczeniu i poziomie inteligencji.

Na szczycie stajemy ok 10:35 w sobotę. Kilka pamiątkowych zdjęć, sms do Agnieszki i rodziców i zaczynamy schodzić, bo od dołu nadciągają gęste chmury. Zejście momentami jest trudniejsze niż wchodzenie, a to przede wszystkim ze względu na lecących złamanie karku przewodników z klientami i kilka zespołów, które postanowiły wyprzedzać innych.

W momencie powrotu na pole śnieżne chmury zasłaniają szczyt, a po niedługim czasie zaczyna latać tam śmigłowiec ratowniczy…

Po zejściu do Studlhutte odpoczywamy, a po ok godzinie z perspektywą ulewy zmierzamy do samochodu. Nad nami nadal krąży helikopter, co wskazuje na dość tragiczne żniwo, które „Dzwonnik” zebrał tego dnia.

Jeszcze tylko kilkanaście godzin w samochodzie, nocleg przy autostradzie, 6 godzin w pociągu z Katowic do Poznania i jestem w domu.

Podsumowując: świetny weekendowy wyjazd, z dobrą ekipą, z udanym i bezpiecznym wejściem. Trudności większe niż na Mont Blanc, ale bez przesady. Czasowo: 24 godziny w górach i 51 godzin w podróży:)

Więcej zdjęć (równie słabej jakości, bo ze starego małego aparatu) – tutaj.

Oko na Maroko – trzy oblicza w tydzień

„A wiecie jaka jest sytuacja w Maroku?” – pytali znajomi jeszcze kilka dni przed naszym wyjazdem, podczas gdy w Tunezji już nieco ucichło, a w Egipcie nadal wrzało.

Z naszych informacji, które uzyskaliśmy od innych znajomych i z doniesień medialnych wynikało, że wszystko jest w porządku (może nie najlepszym) i że nie mamy czego się obawiać.

Sytuacja zmieniła się trochę na 2 dni przed wyjazdem. „Zamieszki w Maroko”, „Ponad 100 osób aresztowanych” itd… Mało optymistyczna wizja, ale gdy znowu pytaliśmy okazało się, że nadal jest spokojnie.

– – –

Jest 1 nad ranem, Terminal nr 2 lotniska Malpensa w Mediolanie. Leżymy na ławce, dookoła przekrój mieszkańców Afryki Północnej i Zachodniej czekających na lot do Dakaru (odlot 2:30) i Marrakeszu (10:15). Od 2 godzin czekamy na lotnisku i od 2 godzin jeździ dookoła nas miły pan na maszynie do czyszczenia podłogi. Robi to z takim spokojem, że aż strach. Po godzinie robi się cicho, ale po kolejnych dwóch godzinach nadjeżdżają we dwójkę – każdy z innej strony naszej ławki. Przypominały mi się sceny z Dnia Świra. Próbujemy spać.

– – –

„Temperature in Marrakech is 18 degrees…” – ta informacja przekazana przez kapitana samolotu zniżającego się do lądowania nad naszym miastem docelowym wzbudzała uśmiech na naszych twarzach. Gdy wyjeżdżaliśmy z Poznania dzień wcześniej było ok -10, a może nawet mniej.

Krążąc na miastem zobaczyliśmy coś, co w kontekście ostrzeżeń o możliwych zamieszkach, spowodowało że uśmiech na trochę zniknął – słup gęstego dymu unosił się z centrum.

Na szczęście to był tylko niegroźny pożar.

– – –

Pierwszego dnia w Marrakeszu ruszyliśmy w głąb mediny, czyli starego, otoczonego równie starymi murami centrum, w którym ulokowała się większość straganów, sprzedawców, knajpek, kramów i hoteli. Po pewnym czasie przystąpił do nas jakiś gość i po standardowym wstępie (dobry, dobry, skąd, dokąd, jak się macie?) stwierdził, że „dzisiaj i tylko dzisiaj, bo tylko raz w tygodniu możecie zobaczyć słynną farbiarnię skór, gdzie Berberowie farbują skóry” itd itd. Zaproponowałem Agnieszce, że puścimy pana wolno, żeby znalazł innych jeleni. Koniec końców ruszyliśmy z panem, Agnieszka rozmawiała po francusku, a ja snułem się krok z tył i oglądałem tzw. okoliczności przyrody. Po 20 minutach meandrowania po ulicach i uliczkach faktycznie dotarliśmy do rzeczonej farbiarni.

[farbiarnia]

Opowieści o skórach, o tradycyjnych metodach, recepturach i procesie, do tego trochę fotek i idziemy na drugą stronę ulicy. Tam dalsza część prezentacji, zupełnie „przypadkowe” przejście przez sklep z wyrobami skórzanymi i wchodzimy na podwórko, gdzie kilku mężczyzn pracuje przy obróbce skór.

No i w tym momencie dochodzimy do punktu kulminacyjnego: „No dobrze to teraz zapłaćcie mi za zwiedzanie i opowiadanie. To są pieniądze dla ludzi, którzy tu pracują i dla mnie”.

W tym momencie otoczyło nas pięciu facetów z naszym „przewodnikiem” na czele i zaczął się teleturniej „100 pytań (oraz żądań) do…”.

„Musicie nam dać 400 dirhamów (ok. 40 euro). To i tak mniej niż inni, bo inni dają po 500”.

„Po prostu bajka, jeszcze trochę i nam dopłacą” pomyślałem, ale sytuacja nie była bardzo wesoła.

„Nie umawialiśmy się na żadne opłaty, a poza tym powiedziałeś, że zaprowadzisz nas tutaj za darmo, więc nie zapłacimy” – opowiedziałem całkiem pewnie, ale nie będąc przekonanym co do wyniku tej próby.

 

Od tego miejsca zaczęła się słowna przepychanka (zresztą przepychanie też było – tzn. oni mnie) i rozmowy w stylu: „Jeżeli macie więcej niż 400 to możemy wydać wam resztę” albo „Jeżeli macie kartę to możemy iść do bankomatu”. To pokazywało poziom desperacji naszych rozmówców, a my oboje, ze spokojem tłumaczyliśmy, że nie mamy kasy, nie mamy karty, nie mamy 50 dirhamów, ani nawet 20. Po tym nastąpiło pokazywanie zawartości kieszeni, z których Agnieszka wyciągnęła 2 zł (panowie rzucili się, ale po odkryciu swojego błędu odpuścili), a ja kawałek plastikowego worka.

Trochę mniej zabawnie było, gdy zapytali ile kosztuje ten aparat (ten, czyli nasz, którym robiliśmy zdjęcia w farbiarni), ale jakoś odpuścili, gdy równie spokojnie powiedziałem, że nie jest na sprzedaż.

Cały czas mieszało się we mnie poczucie lekkiego strachu, z optymizmem i świadomością niedorzeczności tej sytuacji.

W końcu rozmawiając między sobą po polsku ustaliliśmy, że „spokojnie wychodzimy” i tak też zrobiliśmy. Gdy wychodziliśmy doszedł do nas „przewodnik” twierdząc, że skoro nie chcemy dać kasy jego kolegom, to chociaż jemu się coś należy. Ruszyliśmy jednak przed siebie i po kilkudziesięciu metrach pan dał sobie spokój z pogonią.

Pierwszy dzień był obfity w atrakcje – Agnieszka miała pierwszą lekcję z cyklu „kraj arabski w pigułce”, a ja przypomniałem sobie jak to jest.


[minaret meczetu El Kotoubija]

– – –

„Ile za taksówkę do Imlil?” „Aaaa, do Imlil, no to… no normalnie to jest 600 dirhamów, ale dla was to będzie 350.” Uśmiechnęliśmy się lekko i pan szybko zrozumiał, że aż tak łatwo to nie przejdzie. Kilka minut później luźniejsi o 250 dirhamów (200 dla kierowcy i 50 dla naganiacza) jechaliśmy we dwoje starym mercedesem w piaskowym kolorze w stronę Imlil – miejscowości, z której zaczyna się podejście pod Jebel Toubkal – najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego.

Podejście całkiem spokojne, na początku przez miasto rozłożone na zboczu, dalej przez szerokie, wyschnięte koryto rzeki w lewo i potem cały czas lekko pod górę. Ścieżka czytelna, słońce świeci (chociaż pali to chyba lepsze słowo), a widoki dookoła są niesamowite. Z gorącego miasteczka widać ośnieżone szczyty, które w Afryce wyglądają bardzo osobliwie.

 

Drepczemy spokojnie pod górę, bo dzięki taksówce pokonaliśmy już ok 1200 metrów przewyższenia, a pieszo czeka nas tego samego dnia kolejne 1500 metrów. Drepczemy tak w pięknym, afrykańskim (!) słońcu – a ja poruszam się w koszulce z krótkim rękawem, a jako osobnik znany z niechęci do wszelkich kremów idę „saute”, bez żadnej ochrony – no ok, miałem okulary i coś na głowie.

W końcu, po ponad 5 godzinach doszliśmy do schroniska położonego na wys. 3200 m n.p.m. W zasadzie są tam trzy schroniska, ale jakoś tak wyszło, że w schr. Muflones całkiem dobrze poszło nam targowanie się i właśnie tam spaliśmy. Było jedno, małe ALE – miałem poparzone ręce. Czerwone, piekące i przypominające o przyjętej dawce słońca przy każdym ruchu. Po raz który się to powtarza?? Po prostu lubię słońce, ale nie lubię kremów – ot, konflikt tragiczny.

– – –

Rano wstaliśmy dość późno i po 8 ruszyliśmy w stronę Jebel Toubkal. Początek w cieniu i po dość stromym odcinku, ale w gdy przy pierwszej wiszącej dolinie uderzyło nas słonce zdjęliśmy kurtki i dalej podchodziliśmy w najpiękniejszej górskiej pogodzie – śnieg pod nogami i słońce nad głową. Gdy niedaleko przełęczy (ok. 4000 m n.p.m.) skończył się śnieg, zdjęliśmy raki i do samego szczytu poruszaliśmy się już piarżystymi zakosami.

Zarówno w schronisku, jak i podczas podejścia spotkaliśmy znacznie więcej narciarzy niż piechurów, więc szczyt dzieliliśmy głównie z posiadaczami dwóch desek. Zwieńczenie Toubkala, na które dotarliśmy po nieco ponad 3 godzinach od wyjścia ze schroniska jest dość płaskie, a najbardziej charakterystycznym punktem jest piramidalna konstrukcja oblepiona naklejkami ze wszystkich stron świata i z napisami w stylu „Kocham Krysię” i „Ty byłem – Tony Halik”.

[na szczycie Jebel Toubkal – 4167 m n.p.m.]

Słońce świeciło, wiał lekki wiatr, a my rozłożeni na kamieniach wcinaliśmy bakalie kupione na Jemma el Fna. Na szczycie spędziliśmy prawie dwie godziny.

W drodze powrotnej zobaczyliśmy, że po przeciwnej stronie przełęczy kilka osób znajduje się na kolejnym szczycie. Chwila zastanowienia i ruszyliśmy. W ten sposób, w ciągu jednego dnia udało się nam wejść na dwa czterotysięczniki – Jebel Toubkal (4167) i jego mniejszego brata.

Zejście było łatwe, ale rozmiękły śnieg i prażące słońce nie sprzyjały, a cień pojawił się dopiero przy samym schronisku.

Po pewnym czasie zrobiło się jakieś zamieszanie, kilka osób złapało plecaki, raki, czekany i gdzieś pobiegło. Nieco ponad godzinę później wszystko było jasne. Jeden z Hiszpanów pojechał ok 400 metrów w dół stoku (nie wiemy jakiego). Znieśli go do schroniska, gdzie okazało się, że transport na mule nie wchodzi w grę, bo facet miał uszkodzoną miednicę. Rano zabrał go śmigłowiec wojskowy. Niby takie łatwe góry dookoła …

– – –

„Good morning, hello. Marrakesz?” – to były pierwsze słowa jakie usłyszeliśmy po zejściu do Imlil. Ustaliliśmy, że „Marrakesz”, ale oczywiście musieliśmy jeszcze uzgodnić za ile. W międzyczasie zahaczył nas miejscowy sprzedawca pytając czy jesteśmy z Polski. Gdy potwierdziliśmy, wyciągnąć z portfela 20 zł banknot i zapytał czy możemy mu wymienić, bo on tu nic nie kupi. Ciekawe kto mu to wcisnął?:)

 

„Transport? Marrakesz?” .”Marrakesz, a za ile?”. „A ile zapłacicie?”. No i tutaj poniosła nas ułańska fantazja, bo stwierdziliśmy, że podamy cenę, za którą chyba niewielu udało się pokonać tę trasę. „Sto pięćdziesiąt dirhamów. Za tyle przyjechaliśmy tu z Marrakeszu dwa dni temu, tylko we dwoje i to z Jemma el Fna”. Ta informacja powodowała, że wszyscy kierowcy byli zbici z tropu. Zastanawiali się pewnie nad tym, który z ich „kolegów” w tak bestialski sposób popsuł rynek i przywiózł tu kogoś za tak śmieszne pieniądze. Jedni odmawiali, inni gratulowali dobrego interesu i dopiero potem odmawiali, ale jedno było pewne: zaciekawiło ich to.

 

W miejscu, z którego miały odjeżdżać tzw. taxi collectivo (kilka osób pakuje się do samochodu i cena na osobę jest niższa) okazało się, że taxi będzie, jednak nie wiadomo kiedy (jak to collectivo – tak samo jak w Ameryce Południowej). „Collectivo nie ma, ale za 300 dirhamów możemy jechać od razu i tylko wy dwoje”. „Ale my przyjechaliśmy tu za 150” itd. itd. itd.

Siedzieliśmy spokojnie czekając, ciesząc się wejściem na szczyt, pięknym słońcem i całą sytuacją, w której się znaleźliśmy.

„Możemy jechać za 250, a jeżeli nie chcecie to ostrzegam, że collectivo może nie odjechać.”. Podziękowaliśmy za informację i troskę. „No, jak chcecie. W razie czego mam tutaj hotel – też za 250 za noc”. Poziom desperacji wyraźnie rósł.

 

Po 10 minutach podszedł jeden z kierowców. „Ok, Marrakesz za 50 za osobę”. No i to była dobra propozycja. Oczywiście było to collectivo, w którym jechaliśmy z Agnieszką we dwoje na przednim siedzeniu pasażera, ale było tak jak chcieliśmy – tanio:)

– – –

Miejscem, które odwiedzają wszyscy turyści przyjeżdżający do Marrakeszu jest Jemma el Fna (pisowni jest tyle ilu piszących). Wielki plac, stosunkowo pusty w ciągu dnia, nabiera życia ok 17-18. Wtedy zjeżdżają na niego sprzedawcy, właściciele budek z jedzeniem, artyści, hochsztaplerzy, zaklinacze węży, wróżki, muzycy i wszelkiej maści kombinatorzy. Jedno jest pewne – po zapadnięciu zmroku to miejsce buzuje. Jest to coś pociągającego, jednak pod osłoną egzotyki kryje się dobrze zaplanowana (chociaż nie centralnie) machina gospodarcza nastawiona na dostarczanie wszystkiego dla ducha i ciała („Hello, nice restaurant with wine?” wypowiadane konspiracyjnym szeptem).

 

Przechodząc przez plac prawie zawsze zatrzymywaliśmy się przy „naszym” straganie z sokiem pomarańczowym (nr 36), a wieczorami zajadaliśmy tehan albo tajin w miejscowych knajpach i przy straganach. Im więcej Marokańczyków, tym lepiej – bo to oznaczało, że miejsce było sprawdzone i z dobrymi cenami.

Jemma el Fna ma też jeszcze jedno oblicze – gdy oglądaliśmy go z dachu jednego z otaczających budynków, patrząc na tłum i zachodzące słońce za minaretem meczetu El Kotoubija miałem wrażenie, że to ul albo mrowisko, w którym wszystko jest chaotyczne, ale w gruncie rzeczy dobrze przemyślane.

– – –

Były góry, była egzotyka – przyszedł czas na orzeźwienie… nad oceanem. Wybraliśmy się do Essauoiry (czy. Essajury). Szybkie kupowanie biletów, pan bagażowy, który chciał wydębić od nas kilka dirhamów za „ponadwymiarowy plecak” i pięć spokojnych godzin w autobusie.

 

Oto jesteśmy na dworcu autobusowym. No i co? No i nic, bo niczego na temat tego miasta nie wiemy.

Nie wiemy, w którym punkcie miasta jesteśmy, gdzie mamy iść, co warto obejrzeć… no nic 🙂

Sto metrów w lewo – nie, dwieście metrów w prawo – o, jest ulica! I znowu: próba w lewo, powrót, próba w prawo, skrzyżowanie i tak dalej. Nagle wyrasta przed nami brama, główna brama mediny. Nasze wewnętrzne kompasy znowu nie zawiodły.

Włóczymy się wąskimi uliczkami i pierwsza rzeczy, którą bardzo wyraźnie czuć to spokój w porównaniu do Marrakeszu. Oczywiście są kramy, są sprzedawcy, ale mimo wszystko jest jakoś luźniej. Może wynika to z tego, że w Essaouirze znajduje się piękna plaża i przyjeżdżają tu surferzy, windsurferzy i kite’ciarze z całego świata.

Dobę, którą spędziliśmy w tym mieście wykorzystaliśmy na odpoczywanie. Berber whiskey (słodka miętowa herbata) w ilościach hurtowych, czytanie książek i oglądanie ludzi – to tak w dużym skrócie.

Ostatni dzień w Maroku to powrót do Marrakeszu, krążenie po soukach w poszukiwaniu pamiątek dla rodziny i znajomych. Dla siebie też, bo dotychczas rzadko udawało nam się coś przywieźć z podróży.

[knajpa „U Hassana”, Jemma el Fna, Marrakesz]

– – –

Maroko okazało się świetną alternatywą dla narciarskich wakacji. Było dokładnie tak jak zaplanowaliśmy – ciepło, górsko, oceanicznie i egzotycznie (ha, ale rym). Jeżeli chodzi o termin to chyba też dobrze wybraliśmy, bo latem mogłoby być zdecydowanie za gorąco.

Dziękujemy za uwagę:)

foto: Agnieszka i Jacek

Reszta zdjęć tutaj:

Publikacje, bilety do Maroka i Nowy Rok 2011

Listopad i grudzień były jakieś szalone i stąd lekki poślizg w aktualizacji strony.

W listopadzie wybrałem się samotnie w Karkonosze. Pierwszy raz sam, bez Agnieszki i było jakoś dziwnie. Jedynym plusem było zupełnie przypadkowe zlądowanie w Samotni na jakimś festiwalu górskim i długie rozmowy z Anną Czerwińską, Piotrem Snopczyńskim i jeszcze kilkoma ciekawymi „ludźmi gór”. Zawsze dużo różnych myśli pojawia się po takim weekendzie… 🙂

Już 1 grudnia w sklepach można było kupić nowy numer magazynu ROWERTOUR, w którym ukazał się nasz artykuł o Nowej Zelandii i zwiedzaniu jej na tandemie. Publikacja rodziła się w bólach, bo tekst był gotowy już w kwietniu zeszłego roku, ale warto było czekać. Może uda się Wam jeszcze gdzieś kupić ten archiwalny numer. No nasza wina, że nic tutaj nie napisaliśmy, ale jakoś tak wyszło.

Z kolei na weekend 11-12 grudnia pojechaliśmy z Piotrkiem (kuzynem Agnieszki) w Karkonosze, żeby rozpocząć sezon skitourowy. Udało nam się podejść na Szrenicę w zamieci, a następnego dnia zejść / zjechać (też w „pięknej, słonecznej pogodzie”) przez schronisko pod Łabskim Szczytem i Puchatka z powrotem do Szklarskiej. Trochę się pobawiliśmy i w końcu mogliśmy się trochę rozruszać.

(podejście na Szrenicę)

(schronisko na Szrenicy)


(od lewej: Piotrek, Agnieszka, Jacek) – więcej zdjęć TUTAJ

W tzw. międzyczasie zdecydowaliśmy, że wyjazd narty przekształcimy w coś innego i w ten sposób 15 grudnia kupiliśmy bilety lotnicze do Maroka (Maroko?). Miejsce nowe dla nas obojga, a do tego Agnieszka postawi stopę na kolejnym, szóstym kontynencie. Planem głównym jest próba wejścia na Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) czyli najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego. Co dalej? Zobaczymy na ile co czas pozwoli, ale cieszymy się jak dzieci:)

Grudzień to też miesiąc, w którym ukazał się nasz inny tekst. Tym razem opis naszego letniego wejścia na Mont Blanc znalazł się w Gazecie Studentów UAM UNIKAT (tutaj można przeczytać). Czyste szaleństwo medialne:)

Plany na 2011 rok nadal dość mocno niesprecyzowane, ale jedno jest pewne – planów i pomysłów nie brakuje!

Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!

Góra jedna i pół z dreszczykiem emocji czyli Gran Paradiso i Mont Blanc 2010

Pomysł wyjazdu do Francji i próba wejścia na Mont Blanc kiełkowała w naszych głowach od dawna. Po drodze były jeszcze inne pomysły i realizacje, ale z Mont Blanc zawsze jakoś nie wychodziło. W końcu zdecydowaliśmy, że w tym roku to będzie nasz cel na krótkie wakacje.
W pewnym momencie, w czasie przeglądania Outdoor.org.pl okazało się, że tam też kilka osób jest zainteresowanych wyjazdem i koniec końców ekipa zrobiła się czteroosobowa – Michał, Marcin, Agnieszka i ja. Od początku ustaliliśmy, że dzielimy się na dwa zespoły linowe i po różnych przygotowaniach, głównie sprzętowych umówiliśmy się na spotkanie 25 sierpnia w Poznaniu. Dzień wcześniej Agnieszka wróciła z Krakowa, a Marcin przyjechał wieczorem. Kładąc się na kanapie zdążył jeszcze zbić szklany świecznik, ale … zdarza się:)

Czytaj dalej Góra jedna i pół z dreszczykiem emocji czyli Gran Paradiso i Mont Blanc 2010