Belem, Amazonka, Manaus, dżungla

15th sierpień, 2006 | Brazylia, Dookoła Świata | 252 komentarzy »

Z Rio wyjechalismy we wtorek (1.08.), prawie 2 tygodnie temu. Na autobus zdazylismy w ostatniej chwili. Przed nami bylo 50 godzin jazdy na polnoc do Belem. Pierwsze godziny minely nam calkiem szybko, ale po pierwszych 24 godzinach zrobilo sie naprawde nudno. Sytuacje ratowaly zmieniajace sie za oknem krajobrazy i postoje, na ktorych moglismy sie wyprostowac i kupic cos do jedzenia. W koncu po 53 godzinach bylismy na miejscu. Nastepnego dnia rano ruszylismy na najwiekszy w Belem targ, Vercado – o – Mer, zeby kupic hamaki i moskitiery i oczywiscie znalezc statek, który zabierze nas do Manaus.

Zakupy zrobilismy calkiem szybko i w cenach, które naprawde smiesza (np. moskitiery: cena poczatkowa: 19R$ za jedna, my kupilismy dwie za 22R$). Targ robi niezwykle wrazenie, a ilosc owocow, warzyw, przypraw i owocow morza jest oszalamiajaca.

(owoce na targu)


(krewetki w Belem)


(rower transportowy – butle z gazem wazyly 52 kg!!)

W koncu zaczelismy szukac statku i okazalo sie, ze mozemy plynac tego samego dnia albo dopiero w poniedzialek, bo w weekendy statki stoja w porcie. Zdecydowalismy, ze lepiej bedzie plynac od razu i po 3 godzinach bylismy juz na pokladzie N/M CISNE BRANCO. Jedyne wolne miejsce na dwa hamaki bylo obok lazienek, silnika, rury wydechowej, zbiornika z woda i umywalek, czyli generalnie nieciekawie.


(Agnieszka w hamaku)

Oczywiscie jeszcze gorzej mieli ludzie spiacy na najnizszym pokladzie, gdzie halas, temperatura i zapach naprawde moga utrudnic zasniecie.


(Belem zostalo za nami)

Juz po kilkugodzinach poznalismy turystow plynacych razem z nami. W sumie bylo nas dziewiecioro: Clarie i Valerie z Anglii, Christine i Garren (Szkocja, Irlandia), Tim z Australii, Carlos z Wenezueli i Isabelle z Hiszpanii. Swietni ludzie, z ktorymi bardzo dobrze sie dogadujemy. Bardzo ciekawie wygladal nasz rozklad dnia. Okolo 6 rano – generalna pobudka przy pomocy dzwonka. Juz od 4:30 ludzie krazyli przy umywalkach, ale po pobudce tlum Brazylijczykow rzucal sie na lazienki. Wszyscy chcieli zdazyc przed sniadaniem, które skladalo sie z … uwaga … bulki (slownie: jedna bulka mleczna) z margaryna, a do tego slodka kawa z mlekiem. To wszystko. Naprawde ciezko nam bylo w to uwierzyc i siedzielismy przy stole czekajac na cos wiecej, ale okazalo sie, ze to wszystko. Po tym obfitym sniadaniu trzeba bylo znalezc sobie jakies zajecie, ale przypadkiem niezbyt wyczerpujace, bo nastepne jedzenie (posilki wyznaczaly rytm dnia) bylo ok 10:40. Znowu dzwonek i ludzie ustawiaja sie w kolejki do stolow, przy ktorych za jednym razem moze usiasc ok 20 osob, a pasazerow bylo prawie 150. Po odstaniu ok 30 minut dostalismy cos co bylo wczesnym lunchem – ryz, makaron, sos z czerwonej fasoli i wolowina. Do tego można dosypac tzw zageszczacza, czyli suszonego manioku. Jedzenie bylo naprawde dobre.


(Amazonka)

Do kolacji można bylo smazyc sie gornym pokladzie (ok. 45 st C.), popijajac dowolne napoje, albo zalegac w hamaku. Kolacja byla podobna do lunchu z ta roznica, ze nie bylo makaronu. Wszystko bylo bardzo zabawne przez pierwsze 2 dni, ale kiedy trzeciego dnia rano na sniadanie dostalismy krakersy z margaryna i kawa (slodka i z mlekiem, oczywiscie) zrobilo sie naprawde groznie. Przyzwyczailismy sie do bulki, ale zeby krakersy na sniadanie…? Przypomnial mi sie Viktor Navorsky, grany przez Tom;a Hanks;a, w Terminalu. On tez zywil sie kanapkami robionymi z krakersow, musztardy, majonezu i ketchupu. Powoli tez nudzil nam sie repertuar lunchowo-obiadowy i kiedy po 3 dniach doplynelismy w Santarem kupilismy w miescie duzo owocow.

Postoj w Santarem trwal jakies 10 godzin. W tym czasie część ludzi schodzila ze statku, a nowi pasazerowie rozkladali hamaki.


(transport bananow w Santarem)

Pozegnalismy tez Isabelle, ktora przyplynela tam zeby odwiedzic znajomych. Kolejne wieczory mijaly nam na graniu w karty i rozmowach w ekipe ;gringo;, jak nazywani sa przez Brazylijczykow cudzoziemcy (a czasem nawet Brazylijczycy z innej czesci kraju). W koncu po 6 dniach wieczorem doplynelismy do Manaus.


(ekipa ;gringos; na pokladzie N/M CISNE BRANCO)

Nastepnego dnia wczesnie rano zeszlismy ze statku i pojechalismy cala grupa do miasta. Część ludzi zostala w hotelu, a my z Carlosem pojechalismy do jego kolezanki, Rosildy. Powiedziala, ze mozemy u niej spac na hamakach albo w namiocie. Dzieki temu poznalismy kolejna osobe, zaoszczedzilismy pieniadze i co bardzo wazne, poszlismy do sklepu kupic jedzenie, które nie mialo nic wspolnego z krakersami, ryzem, makaronem, fasola i wolowina. Tego samego dnia po kilku godzinach poszukiwan wybralismy agencje, z ktora pojedziemy na 3 dni do dzungli. O 7 rano wyjechalismy z hotelu w strone rzeki. Tam czekala na nas pierwsza atrakcja – spotkanie dwoch rzek: Rio Solimoes i Rio Negro. Roznia sie one kolorem, predkoscia (R. Solimoes jest o 4 km/h szybsza niz R. Negro), temperatura i kwasnoscia. To wszystko powoduje, ze na odcinku 14 km ich wody sie nie mieszaja.


(kolorowe rzeki)

Po przybiciu do brzegu wsiedlismy w busy i pojechalismy Ruta Transamazonas (prowadzaca do Porto Vehlo) na poludnie. W kilku miejscach nie bylo asfaltu, a co chwile przejezdny byl tylko jeden pas. Po 30 minutach wjechalismy na jeszcze gorsza droge, ktora wygladala jak zaorane pole.


(droga w Amazonii)

W koncu dotarlismy do miejsca, gdzie czekala na nas lodz, ktora poplynelismy w dol rzeki. Tropikalna roslinnosc robi ogromne wrazenie. Zielen w setkach odcieni, najrozniejsze drzewa i krzewy, no i zwierzeta, które glownie slychac. Kiedy doplynelismy do naszego ;obozu; zaczelismy lowic piranie.

(Amazonia)

Nic w tym dziwnego gdyby nie to, ze lowilismy je w miejscu gdzie 15 minut wczesniej wszyscy sie kapalismy! Bylo to jednak zupelnie bezpieczne, bo piranie nie atakuja nieprowokowane, a tym bardziej jezeli plywa w wodzie cos duzo wiekszego niz one. Poza tym najchetniej rzucaja sie na cos co krwawi. Po 20 minutach mielismy juz na koncie 3 sztuki, w tym najwieksza zlapana przez Agnieszke. Pozniej poplynelismy lowic w inne miejsce, ale delifiny (tak, w Amazonii sa delfiny: szare i rozowe) przepedzily prawie wszystkie piranie (bo udalo mi sie zlapac jedna) i zostalo nam ogladanie ich wybrykow.


(pirania zlowiona przeze mnie:)

Wracajac do piranii to maja dosc dobre uzebienie i prawde mowiac nie chcialbym sie z nim blizej zapoznac. Przezylismy tez jedna nieplanowana przygode. Inna grupa natknela sie przypadkowo na … anakonde. Byl to dzidzius mierzacy jedynie 3-4 metry. Jeden z przewodnikow postanowil, ze wyciagniemy ja na lodz.


(wyciagamy anakonde)

Po 20 minutach ostroznego wyciagania na powierzchni pojawila sie glowa. Zrezygnowalismy jednak kiedy jedna z wyciagajacych osob (zreszta z winy przewodnika) zostala ugryziona. Anakonda nie ma jadu, wiec nie bylo sie czym przejmowac, ale i tak zobaczylismy i przezylismy juz dosyc. Dziwne bylo to, ze skora byla calkowicie sucha, a wszystkim weze kojarza sie z obslizglymi plazami. Wieczorem, kiedy zrobilo sie juz zupelnie ciemno, poplynelismy ogladac kajmany i krokodyle. Udalo sie nam zobaczyc i dotknac 2 z nich (maly i duzy).


(Agnieszka z kajmanem)

Okazuje sie, ze krokodyl nie zaatakuje jezeli podejdzie sie od przodu, poniewaz nie widzi przeciwnika. Jezeli jednak, np. Ryba przeplywa obok to dzieki specjalnemu sensorowi krokodyl wyczuwa zaklocenie w otaczajacej go wodzie, oderza ofiare ogonem i dopiero atakuje zebami. W czasie gdy podziwialismy krokodyle stalo sie cos czego sie obawialismy – zepsul sie nasz aparat. Migawka sie zacina i mozemy teraz zrobic jedno, dwa zdjecia i trzeba odkrecac obiektyw i poprawic migawke. Podjelismy decyzje, ze sprobujemy to sami naprawic. Po ponad godzinie grzebania okazlo sie, ze nic z tego. Musimy poczekac, az dojedziemy do Caracas, czego tak naprawde nie planowalismy. Tam wlasnie jest najblizszy serwis Canon;a. Mamy nadzieje, ze uda sie naprawic nasz aparat, a do tego czasu musimy korzystac z drugiego, wysluzonego Canon;a, jednak nie mamy do niego dobrego obiektywu.

Nastepnego dnia po wschodzie slonca wzielismy we czworke czolno indianskie i poplynelismy w gore rzeki. Okazalo sie, ze plywanie jest bardzo latwe i szybkie. Wplynelismy w srodek lasu. Drzewa wyrastajace z wody i duze rosliny zupelnie schowane pod powierzchnia robia niesamowite wrazenie. Po sniadaniu poszlismy na trekking po dzungli. W tym czasie jeden z przewodnikow pokazywal nam rosliny, z ktorych wytwarzane sa lekarstwa, mleko dla dzieki, jezeli matka nie ma pokarmu i wiele innych. Ciekawe byly ;drzewa telefoniczne;. Nazywaja sie tak dlatego, poniewaz jezeli ktos zgubi sie w dzungli moze uderzajac w pien wezwac pomoc. Dźwięk jest tak donosny, ze slychac go dobrze nawet z odleglosci 2 km. Po kolejnej wycieczce czolnem poplynelismy w inny rejon dzungli, zeby spedzic w niej noc. Zabralismy troche jedzenia, wode, hamaki i maczety. Na miejscu zebralismy drewno na opal, zbudowalismy palenisko, rozwiesilismy hamaki i zaczelismy robic kolacje – kurczaka pieczonego nad ogniem. Po jedzeniu, juz po zmroku poszlismy w glab lasu w poszukiwaniu zwierzat. Okazalo sie, ze nasz przewodnik byl ;lekko; nieprzygotowany (zapomnial baterii do latarek) i nasze czolowki uratowaly troche sytuacje. Skonczylo sie na tym, ze zobaczylismy duuzego pajaka i wrocilismy do obozu skad wyplynelismy, zeby zobaczyc rozne gatunki zab i ropuch zyjacych w tym rejonie. Slyszelismy je bardzo blisko, ale zadnej nie udalo sie zobaczyc. Noc w dzungli byla … czarna. Takiej czerni naprawde ciezko szukac gdziekolwiek indziej. Nic nie widac i naprawde ciezko jest mi sobie wyobrazic jak musi sie czuc osoba, ktora spedzila tam samotna noc. Rano zwinelismy oboz i poplynelismy z powrotem. Na miejscu okazalo sie, ze do obozu zawital leniwiec. Teraz juz wiemy dlaczego te zwierzeta sie tak nazywaja – otwarcie paszczy zajmuje mu jakies 30 sekund, a ruch lapa trwa wiecznosc. Na koniec naszego pobytu w dzungli odwiedzilismy jeszcze wioske miejscowych ludzi, gdzie zobaczylismy m.in. Jak rosna ananasy (na niskich krzakach) i jak przetwarza sie maniok.


(Indianie w lodziach)

W koncu wrocilismy do Manaus i zaczelismy swietowac 21. urodziny Agnieszki!! Bylo swietnie, ludzie ktorych poznalismy na statku z Belem, sa niesamowici, no i miejsce na obchodzenie urodzin tez niczego sobie. Jutro chcemy pojechac na polnoc do Presidente Figeredo, a pozniej do Boa Vista i w koncu do Santa Elena de Uarien po wenezuelskiej stronie granicy.

Dziekujemy za wszyskie komentarze i maile

Pozdrawiamy

252 Responses to “Belem, Amazonka, Manaus, dżungla”

  1. nice! i can tell this was important! good job!

  2. I’d like to write like this too

Leave a Reply

Spam Protection by WP-SpamFree