W Mankorze bylismy dwa dni. Po czym postawilismy pojechac do Huaraz. Nie bylo tam bezposredniego autobusu. Najpierw dojechalismy do Chimbote, gdzie na kolejny autobus czekalismy 5godzin. W koncu o 8.30 rano podjechal nasz autobusik – kolorowy, andyjski autobusik:) Dla mnie byl idealny, poniewaz mieszcze sie w rozmiaraach Peruwianczykow. Gorzej bylo z Jackiem, który zajmowal szerokosc poltora siedzenia, oraz przez 8 godzin drogi rzezbil swoimi kolanami przednie siedzenie. Bylismy jedynymi turystami, reszta wesolego autobusu to Peruwianczycy z mijanych wiosek. Wiekszosc bagazy byla na dachu, a skladalo sie na nie zapas Inka Coli, przerozne siaty i oczywiscie zywe kury:)
Część byla w skrzynkach, a reszta, ktora juz sie nie zmiescila na dachu znalazla sie w srodku autobusu w siatkach. Jedna podczas przystanku uciekla i wlasciciel gonil ja pod siedzeniami – kupa smiechu:) Jechalismy zboczem gory, w dole przepasc, a kierowca gnal jak opetany. Nie pozostawalo nam nic innego jak zaufac mu i wierzyc, ze naprawde dobrze zna droge. Po drodze przejezdzalismy przez ponad 50 tuneli, które dodatkowo przysparzaly nam emocji, poniewaz od czasu do czasu spotykalismy sie w nim z samochodem z naprzeciwka. Wtedy nasz kierowca pokazal, ze On rzadzi na drodze, bo wszyscy sie cofali sie przed nami, a my tylko czekalismy az droga bedzie wolna. Po 8 godzinach wreszcie znalezlismy sie w Huaraz. Znalezlismy hostel i ruszylismy zwiedzac miasto. Jest bardzo podobne do Banos, tylko, ze znacznie wieksze. Na jednej ulicy znajduje sie wiekszosc biur turystycznych, które proponuja poczawszy wszystko od trekkingow, przez wspinaczke skalkowa, lodowa, po jazde konna. Wracajac do hostelu ogladamy przy jednym z takich biur zdjecia. Od razu zostalismy zauwazeni i obrzuceni propozycjami roznych wyjazdow. Interesuje nas trekking, choc sami nie wiemy czy jest sens isc z biurem. Ceny sa dosyc wysokie, co nas troche odstrasza. Poza tym troche zostalismy uziemieni z biletami lotniczymi, poniewaz musielismy we wtorek dzwonic by przedluzyc rezerwacje, chyba ze znalezlibysmy biuro, które sprzedaje bilety Aerolineas Argentinas. Narazie postawilismy nic nie robic, zobaczymy kolejnego dnia. Rano poszlismy na sniadanie do zupelnie przypadkowego miejsca. I co sie okazalo… obok gdzie jedlismy bylo biuro, gdzie sprzedaja bilety lotnicze! Od razu poszlismy sie upewniac, czy na pewno. Udalo sie, juz od dwoch dni mamy bilety w rekach!:)
Jedna sprawa nam sie wyjasnila – nie trzymaja nas juz bielty lotnicze i mozemy isc na trekking kiedy tylko chcemy. Od Pani w biurze, u ktorej kupilismy bilety dowiadujemy sie, ze na trekking 4-dniowy mozemy isc sami, bo droga jest latwa, i jezeli tylko chcemy nosic sami jedzenie i reszte ubran, to nie warto brac przewodnika. Osmiodniowy trekking juz wymaga przewodnika oraz oslow. Trasa by isc tam samotnie jest niebezpieczna. Jeszcze kilka lat temu byla zamknieta ze wzgledu na terrorystow grasujacych w okolicy. W tym momencie wyjasnila nam sie sytuacja – idziemy sami na trekking czterodniowy. Kupilismy jedzenie: platki, makaron, zupki i bakalie na wage, które byly w smiesznej cenie.
Rano pobudka o 5.45. Część rzeczy, ktorych nie potrzebowalismy na trekkingu zostawilismy w hostelu, a sami ruszylismy w poszukiwaniu busa do Caraz. Nie bylo to takie latwe, poniewaz w Huarazach nie ma jednego dworca autobusowego, tylko sa male jakby garaze, w ktorych stoja busy i odjezdzaja dopiero w momencie, gdy zapelni sie ludzmi (tzw. colectivo). Nasz busik (stary VW Transporter) w kulminacyjnym momencie pomiescil 18 osob! Wydawalo nam sie, ze to jest max, ale jak sie pozniej okazalo wcale nie. By dojechac do Cashapampy, w ktorej wchodzilo sie do Parku Narodowego musielismy sie przesiasc. Poczatkowo nie bylo zadnego transportu, ale po 40 minutach przyjechala osobowka (bylismy przygotowani na kolejnego busa, bo czekalo z nami jeszcze kilka osob)! Pomimo naszego zaskoczenia Toyota Carina Combi sprostala wymaganiom Peruwianczykow i pomiescila (UWAGA!): w bagazniku: 5 workow z nawozem (kazdy po 50kg!), siatki z kurami i innymi wynalazkami, mezczyzna; tylne siedzenie: 2 kobiety, dziewczynka i ja Jackowi na kolanach; z przodu: kierowca, mezczyzna, kobieta i dziecko! W sumie 10 osob, a droga do Cashapampy wiedzie po nieutwardzanym , kamienistym i dosc stromym zboczu. Juz po drodze zaczely sie niesamowite widoki, na doline i ciagnace sie w nieskonczonosc gory. Po dojechaniu do wejscia do Parku Narodowego przed nami rozposcieraly sie Andy. Do pierwszego obozu campingu mielismy 5 godzin drogi. Nie tak zle, ale za to w pelnym sloncu. Z jednej strony bylo potwornie goraca, a z drugiej co jakis czas spotykaly nas bardzo silne podmuchy wiatru, które momentalnie nas chlodzily. Na ostatnie pol godziny zaczelo padac, po czym poraz kolejn zaswiecilo slonce. Nad campingiem zrobila sie tecza, na ktorej warto bylo sie wczlapac na wysokosc 3760 m. Drugiego dnia obudzilam sie o 6. Jacek jeszcze spal, a mi zupelnie juz nie chcialo sie lezec. Poszlam sie przejsc. Slonce wstawalo oswietlajac otaczajace nas ok. 300 m sciany. W koncu dosiegnelo i nas, po czym zrobilo sie niesamowicie cieplo i przyjemnie. Wyszlismy o 9 rano. Przez pierwsze 3 godziny szlismy praktycznie po plaskim. Osniezone wierzcholki wylanialy sie za kolejnymi gorami. Po poltorej godzinie od ostatniego przystanku juz nie chcialo mi sie isc. Przez caly dzien szlismy po plaskim, a tu na sam koniec podejscie, ktorego sie nie spodziewalam. Bylam juz zmeczona, a campingu nie bylo widac. Po drodze spotkalismy przewodnika, który powiedzial, ze jeszcze godzina. Wolnym krokiem podchodzilam pod gore, ale czulam, ze przez wysokosc szybciej sie mecze. Za kazdym zakretem licze na to, ze zobacze rozstawione namioty…W koncu! Jest camping na tle osniezonych wierzcholkow! Widok zapierajacy dech w piersiach. Tak dlugo nie moglam sie doczekac tego widoku, tak ciezko wchodzilo mi sie do tego miejsca. Ciesze sie niesamowicie, ze jestem w Andach, ze pomimo zmeczenia dochodza do miesjca, które rekompensuje mi bol. Camping znajduje sie na 4250 m. Po znalezieniu miejsca na namiot klade sie na ziemie. Czulam, ze glowa mnie boli, dodatkowo dzien wczesniej mnie przewialo, katar i kaszel nie dawaly mi spokoju. Pomoglam Jackowi rozbijac namiot, potem nie mogac sie oprzec widokom chwycilam na aparat zapominajac chwilowo o zmeczeniu. Po chwili zaczelo mocniej wiac, wiec schowalismy sie do namiotu. W miedzy czasie Jacek rozstawil kuchenke i zaczelo sie gotowanie:) Na obiad makaron, sos + parowki z puszki. Po chwili przylaczyl sie do nas pies, który najbardziej liczyl na kawalek kielbasy. Przez nasza nieuwage o malo co bysmy sie ich pozbyli, poniewaz juz zaczal sie do nich dobierac. W trakcie jedzenia pies sobie poszedl, ale na jego miejsce pojawila sie krowa:) Wygladala tak jakbysmy zabrali jej miejsce na polanie, bo nieruchomo przygladala nam sie przez dobra chwile. W koncu odwaznym krokiem ruszyla w strone pokrywki od menazki, na ktorej mieszalismy sos. Kilka lizniec i menazka byla juz prawie czysta:) Zostala przegnana, ale nie na dlugo. Odpoczywajac w namiocie zauwazylismy rzekoma krowe stojac 5 m od naszego wejscia. Po prostu stala i patrzyla na nas oblednym wzrokiem. Jacek wyszedl po cos z namiotu, a ja wpatrywalam sie jej gleboko w oczy… Az nagle ruszyla w moja strone… Dlugo sie nie zastanawiajac otworzylam drugie wejscie i ucieklam z namiotu. Ludzie obok mieli naprawde niezly ubaw, ja za to bralam udzial w historii ;troche fajnie, troche strasznie; (bardziej strasznie)
Wieczorem nie bylo problemu z zasnieciem. Rano obudzilam sie i po wystawieniu reki za namiot okazalo sie, ze jest na nim lod! Naszczecie wczoraj bylam tak zmeczona, ze w nocy wystarczyl mi spiwor, do tego by dobrze sie wyspac. Tego dnia czekalo na nas podejscie na przelecz Punta Union (4750 m). Slonce nie moglo sie przebic przez chmury. Bylo strasznie zimno. Dzisiaj jest o niebo lepiej w poroznaniu do wczorajszego dnia. Ide powoli, ale rownym krokiem, przez co sie nie mecze i dluzej moge isc bez przerwy. W trakcie wejscia zaczelo sie przejasniac. Odslonily sie osniezone szczyty. U podnoze najwiekszej gory jest jezioro. Widoki dodaja mi sily by isc w gore, by zobaczyc szlak, po ktorym stawiam noge za noga z perspektywy. Nie moge sie opanowac i zaczynam sie smiac sama do siebie. Jacek tak samo. Jestesmy tak szczesliwi, ze stoimy razem w Andach u podnoza lodowca!! Po dojsciu do Punta Union rozkladamy kuchenke i gotujemy zupe grzybowa. Pyszna, goraca zupa dodaje sil na kolejne godziny zejscia. Szlo nam sie bardzo dobrze. Ostatatecznie doszlismy do campingu na 3300m. Jutro ostatni dzien, ale tylko tego trekkingu. Kolejne na nas czekaja, a jeszcze bardziej my nie mozemy sie doczekac kolejnych przejsc, szlakow, widokow i kilometrow przedreptanych z plecakiem! Ostatniego dnia przeszlismy tylko 3 godziny, gdyz po wyjsciu z parku czyhaly juz Toyoty na turystow:) Poczatkowo chcielismy isc sami, ale to nie mialo sensu, poniewaz samochód byl tani, a szlak prowadzil droga. Po wytargowaniu ceny pojechalismy do Yungay, gdzie jazda zajela ponad 2 godziny. Poczatkowo musielismy sie wdrapac na przelec 4767 m, a potem czekal na nas niesamowity zjazd w dol! Dookola gory, w dole dwa jeziora Llanguanuco. W Yungay zlapalismy busa, w ktorym pobilismy rekord ilosci osob – 20 i 3 plecaki. Po jakis 5 minutach zaczelo sie troszke dymic, ale podobno nic sie nie dzialo. A jednak. Po chwili znow zaczelo sie dymic. Zatrzymalismy sie i wszyscy mieli wyjsc z samochodu. Kierowca i Pan ;krzykacz – lapacz; podniesli przednie siedzenie i wyciagneli kilka palacych sie gabek. Wyrzucili je na pobocze i ze stoickim spokojem oznajmili, ze mozemy jechac dalej. Nie chcialo mi sie w to wierzyc, ale zapewniali nas, ze mozemy jechac i jestesmy bezpieczni. Naszczecie mial racje i bezpiecznie dojechalismy do Huarazach.
Kolejne dwa dni spedzilismy byczac sie i nic (prawie) nie robiac. Prawie, dlatego bo otworzylismy sklep internetowy z koszulkami oraz innymi produktami. Wymyslilismy kilka wzorow ze zdjec zrobionych w trakcie podrozy. Dzięki temu będziemy mogli rozpropagować pomysł naszej wyprawy, pokazać zdjęcia większej liczbie osób, a także być może podreperować nasz budżet.
Link do strony ze sklepem: podstrona SKLEP
Od wczoraj jestesmy w Limie. Mieszkamy w hostelu w Miraflores (najlepsza dzielnica Limy). Jutro idziemy zwiedzac dalej, wiec wiecej informacji o Limie w nastepnym newsie. Pojutrze jedziemy w strone Ici, gdzie chcemy sprobowac sandboardingu.
Pozdrowienia
Zdjecia z trekkingu sa juz w FOTO!
Finally a smart blogger…I adore how you will be considering and writing!
I certainly wouldn’t sneeze at that.
I have read that this is a because you find bums for the job.
It is vital help for you today.
It is advised by mates.
Great post, Just wanted to add that i can not connect to your rss stream, you might want install the right wordpress plugin for that to workthat.
Through what medium do gals get one’s hands on low priced secrets?
I don’t suspect that might happen.
I need to back this up with these facts.
Well, Don’t trust the door to which everybody has a key.
Hello! Is it alright if I go a bit off topic? I’m trying to view your domain on my Mac but it doesn’t display properly, do you have any suggestions? You can always email me at assar@gmail.com Thanks in advance! Omer
I had not wished that I would not shut up about it.
Then again, Finders keepers, losers weepers.
You are posting recent blog entries on twitter as well? If so I would like to know your account, so I can follow you there and be informed.
My Grandpoppa liked this.
I’m wondering why others didn’t see this.
I did a double take even though here I am, uncut and uncensored.
is recognized by many new arrivals as being relevant.
Hi there! Is it alright that I go a bit off topic? I’m trying to read your blog on my Macbook but it doesn’t display properly, any suggestions? You can always email me at offit@gmail.com Thank you for the help I hope! Therese
Excellent post, I will be checking back regularly to look for updates.
I just learn through the entire report of yours and it was very excellent. This is a great posting thank you for sharing this informative facts. I will visit your blog regularly for some latest put up.
Here’s how to quit worrying respecting.
This is just the absolute truth of the matter.
That short cut will work as well.
Venus’ theologiser Richard says, ‘She didn’t music with the bravery of a endorse.
It represented an important breakthrough.
After that your can become your best friend.
Urania Dramatist water to Kim Clijsters when she fails to motion to the time on key points during the ignitor
Freaking thanks for this, would just wannna let u know I subscribed to your blog too…thanks =)
Do not drink alcohol although using Valium. This medicine can enhance the effects of alcohol.
Many divers bang destroyed there lives here due to unseeable caverns and not managing there breathed setup decently. But it is quite for snorkelling.
If you do that you’ll achieve your goal sooner wherever it is part of the new world.
What a ! I have to give you a fair shake.
Did you know that it internet site is broken on IE7 and IE8? Footer is with the middle of the page.
Glenne Baxter is the author of articles relating to activity and leisure in sharm el sheikh .
Fantastic post, I really look forward to updates from you.