Ostatnie dni w Nowej Zelandii i Tajlandia
2nd kwiecień, 2007 | Dookoła Świata, Nowa Zelandia, Tajlandia | 181 komentarzy »Ostatnie dni w Nowej Zelandii spedzilismy w polnocno – wschodniej czesci polnocnej wyspy, na polwyspie Coromandel. Ladne plaze i zielone pagorki – tak mozna to w skrocie opisac. W Whitianga spotkalismy Monike – Polke mieszkajaca w Anglii.
Stamtad pojechalismy do Papamoa, zeby spotkac sie z Tony;m (kuzynem Agnieszki) i Kiri (jego zona). Spedzilismy z nimi ostatnie 3 dni w kraju kiwi i bylo super. Plywalismy na kajakach po oceanie, jezdzilismy na rowerach, a wieczorek pozegnalny w Auckland zakonczylismy wyscigami na wozkach sklepowych po miejscowym parkingu. Bylo super. Nastepnego dnia zwiedzilismy jeszcze Auckland, a na koniec Tony i Kiri zawiezli nas na lotnisko. Wielkie dzieki!
Od tego miejsca zaczyna sie pamietnik Agnieszki, z ktorego dowiecie sie jak minely nam pierwsze dni w Tajlandii. Mamy nadzieje, ze spodoba sie Wam taki rodzaj newsa.
Niedziela, 25.03.2006 Bangkok
Lot z Auckland do Bangkoku minal nam bardzo dobrze. Lecielismy liniami Emirates, które wszystkim bardzo polecamy! W pewnym momencie nie moglismy sie opanowac i zrobilismy kilka zdjec, gdy zaserwowano nam kilka salatek, kurczaka, deser, wino itp.:)
W kazdym razie do Bangkoku dolecielismy o 1 w nocy i informacja o pogodzie nas zaskoczyla – na zewnatrz 29st C! Cala noc siedzielismy na lotnisku, gdzie czekalismy na Nan, zone wujka Agnieszki, ktora rano odebrala nas z lotniska. Po wyjsciu na umowione miejsce z klimatyzowanego lotniska zastal nas po prostu skwar, lepkie powietrze i wiaterek, który powodowal, ze po 5 minutach jest sie oblanym potem.
Nan zawiozla nas do siebie do domu. Jest to troszke pod Bangkokiem, ale naprawde swietny dom. Mieszka z mama i poltoraroczna coreczka – Ada.
Po prysznicu i sniadaniu zdecydowalismy sie pojechac na najwiekszy targ w Bangkoku – Chuchatak. Ponad 15000 straganow i srednio 200000 klientow. Cos niesamowitego. Spedzilismy kilka godzin krecac sie po alejkach targu. W koncu temperatura, zmeczenie i halas wygnaly nas stamtad. Pojechalismy na plac Siam – centrum Bangkoku. To wlasnie tu znajduja sie najwieksze domy towarowe, a wiekszosc marek, które sa tu prezentowane nie ma nawet w Polsce – bylyby zbyt drogie. Nie zawitalismy tam dlugo – z wiadomych wzgledow:)
Pokrecilismy sie jeszcze troche po miescie i wrocilismy do Nan lokalnymi autobusami, w ktorych bylismy jedynymi turystami i wzbudzalismy nie male zainteresowanie.
Poniedzialek, 26.03.2007 dom Nan – Bangkok
Dzisiaj byl drugi dzien w Tajlandii. Znow strasznie goraco, jest potwornie wilgotno i duszno. Czasem jest ciezko oddychac, ale na szczescie na kazdym kroku można kupic wode, wiec pomaga nam to przezyc.
Dzisiaj wyjechalismy z domu o 7.30 razem z Nan, ktora jechala do pracy. Bardzo sie przejmuje czy nigdzie sie nie zgubimy. Napisala nam na kartce jak trafic do niej do domu autobusami, nazwy po tajsku, tak bysmy mogli pokazac miejscowym. Tak samo dzisiaj rano zawiozla nas na ulice, ktora prowadzila w strone ambasady laotanskiej, zatrzymala taksowke i powiedziala kierowcy gdzie ma nas zabrac. Wize dostalismy bez problemu. Skorzystalismy w drozszej wersji “express” i wyrobienie wizy trwalo tylko 30minut!!!
Mielismy maly problem zeby sie stamtad wydostac. Taksowkarze widzac nas od razu wylaczali liczniki i podawali swoja chora cene, w momencie gdy my podawalismy im swoja oni odmawiali. Naszczescie podczedl do nas jakis biznesman, który mowil po angielsku i powiedzial, ze najlepiej wziac taksowke do najblizszego metra i wyjdzie to najtaniej. Tak zrobilismy i rzeczywiscie bylo tanio. Metrem akurat dojechalismy na stacje kolejowa, gdzie sprawdzilismy mozliwosci polaczenia z miejscem w ktroym bedziemy prekraczac granice z Kambodza. Jest pociag o 5.50 rano, 48B za 5 godzin jazdy!!!! – smiech na sali!!!
Chcielismy zalapac sie na lodke, ktora rozwozila turystow i miejscowych po najwiekszych swiatyniach Bangkoku, ale nie moglismy do niej trafic. Po spytaniu sie kilku ludzi i otrzymaniu od kazdej osoby innego wskazania drogi, oraz po informacji, ze dzisiaj zadne lokalne lodki nie plywaja i trzeba wziac tour boat za 1200 bathow oraz moim obrazeniu sie (odwrocenie sie na piecie i marsz w przeciwna do Jacka strone- wrr, niestety:() dogadalismy sie i pojechalismy wreszcie tuk-tuk;iem do miejsca gdzie lodka przyplynela. Przed zwiedzaniem obiad, oczywiscie u miejscowych, razem z nimi przy jednym stole – pyszne jedzenie, choc moze samo miejsce przechowywania i przygotowywania nie nastraja.
Grand Palace i kilka swiatyn, które robia olbrzymie wrazenie. Sa cale pokryte zlotem i maja niesamowite ksztalty. Zeby wejsc do swiatyn trzeba miec zakryte kolana oraz ramiona. Oczywiscie buty trzeba zostawiac przed wejsciem. W jednej ze swiatyn ludzie sie modlili, w innej turysci biegali z aparatami i robili mnostwo zdjec. W pierwszej ze swiatyn widzielismy malego Budde siedzacego na szczycie swiatyni ze zlota (oczywiscie zapomnialam nazwy, bardzo popularny). Miejsce naprawde warte odwiedzenia – wstep 250B. Czas ograniczony – mozliwosc zwiedzania do 15.30 i upal zlozyly sie na to, ze skonczylismy zwiedzanie Palacu i poszlismy do jeszcze jednej swiatyni (Wat Pho) by obejrzec posag lezacego Buddy. Jeden z najwiekszych na swiecie – 46m dlugosci i 15 wysokosci. Jest olbrzymi, ledwo miesci sie w swiatyni, lezy na boku z podparta reka pod glowa. Naprawde podziwiam ludzi ktorzy tworzyli takie cuda w 18 i 19 wieku.
Jeszcze raz wzielismy lodke i poplynelismy do pierwszej stacji dla lodek i ostatniej dla Sky Train. Dwoma liniami dojechalismy do Mo Chit skad przez prawie 2 godziny jechalismy do domu. Wrocilismy ok. 20.
Juz jest 22 wiec lece spac, bo jutro nie wstane.
Wtorek, 27.03.2007 Bangkok
Jednak udalo sie wstac:) Rano zdecydowanie nie chcialo mi sie wstawac. Wczoraj przesadzilismy z chodzeniem w upale. Mimo wszystko zabralismy sie z Nan. Najpierw pojechalismy na dworzec, zeby kupic bilet do Chiang Mai – nie bylo zadnego problemu. Ludzie na dworcu sa tak mili i pomocni, ze naprawde bardzo to uderza. Nawet dziewczynki sprzedajace wode, sprzedawcy biletow mowia po angielsku. Zastanawialismy sie jak to jest w Poznianiu, czy turysta dogadalby sie z lokalnymi po angielsku…no nie jestem do konca przekonana…Potem podjelismy kolejna probe odnalezienia przystanku nr 4 dla lodek. Niestety po raz kolejny przeoczylismy go i trafilismy bezposrednio do nr 3. Jednak po drodze przechodzilismy przez niesamowite miejsca – cale ulice silnikow samochodowych, psy zywiace sie smarem itp. I po raz kolejny okazalo sie, ze osoby nie znajace jezyka najbardziej pomagaja w odnalezieniu wlasciwej drogi. Potem odnalezlismy przystan nr 4 patrzac z lodki. Jest to chyba tylko stop dla wojskowych, bo zadnego turysty tam nie bylo, ale za to sami mundurowi. Bylo strasznie goraco, wiec tempo dzisiaj mielismy wolniejsze. Przeplynelismy na druga strone rzeki do kolejnej swiatyni – Wat Arun (Swiatynia Poranka). Jest to jedna z najwyzszych swiatyn w Bangkoku – 64 metry wysokosci. Zdobiona porcelana, ktora zostala przywieziona na statkach chinskich jako balast. Dlugo niestety tam niezabawilismy, poniewaz jakos zmeczenie po dniu wczorajszym dawalo sie we znaki. Potworny upal, duchota nie do wytrzymania i niewyspanie spowodowaly ze przeplynelismy z powrotem na druga strone rzeki, gdzie zjedlismy obiad – znowu ze straganu:) Ryz i kurczak plus makaron i cos z morza:) Pyszotka:)
Potem postanowilismy wrocic do Nan, co i tak nam zajelo nam sporo czasu. Po drodze wysiedlismy ze Sky Train robiac jeszcze zdjecia polu golfowemu w centrum miasta.
Na jutro nie mamy konkretnego planu. Wieczorem jedziemy na dworzec, skad o 19.35 jedziemy do Chiang Mai. 14 godzin w pociagu – mamy kuszetki!! za 700B (ok 22$):). Przed poludniem nie mamy nic specjalnego do robienia, wiec zostajemy w domu.
Ide wziac prysznic:)
Sroda, 28.03.2007 pociag z Bangkoku do Chiang Mai
Kolejny dzien z serii nic nie robienie. Postanowilismy nie zrywac sie rano by jechac z Nan, lecz zostac w domu.
Rano nie moglismy sie zebrac. Wylegiwalismy sie do 10, po czym zaczelismy wykonywac powolne ruchy w strone lazienki.
Zupelnie nie chcialo mi sie pakowac. Dzien byl tak leniwy, ze moglabym caly przespac. Na sniadanie zeszlismy ok 12. Mama Nan nie mowi w zadnym innym jezyku niz tajski, dlatego oprocz slow ;dzien dobry i do widzenia; nasz pobyt na dole minal nam na miczeniu.
O 15.30 Mama Nan zadzwonila po melexa, który zawiozl nas do bramy glownej, gdzie kierowca zlapal dla nas taksowke. Gdy powiedzielismy mu, ze chcemy jechac do Mo Chit, on pokiwal glowa, ze rozumie i ruszylismy. Po pewnym czasie zorientowalismy sie, ze jedzie dookola. Nic nie powiedzielismy, ale gdy zatrzymal sie i zaczal nam mowic, ze to jest Mo Chit, to po prostu sie wkurzylismy. Powiedzielismy, ze ma nas natychmiast zawiezc do wlasciwego Mo Chit i nie zaplacimy mu ani batha wiecej niz cena, ktora w danej chwili byla na liczniku. Nic nie mowiac pognal we wlasciwe miejsce. Za kazdym razem gdy chcemy wziac tuk-tuk;a lub taksowke to chca nam wmowic zle miesjce wysiadki, albo cene wzieta z kosmosu. Jest to naprawde irytujace, jesli upieraja sie dlugo przy swoim, zdajac sobie sprawe, ze klamia!
Po dojechaniu na dworzec ciagle mielismy 1,5 godziny do pociagu. Jako, ze znajdujemy sie w nowym miejscu musielismy sprobowac tutejszego piwa:) Zasiedlismy przy straganie i wypilismy duza Singhe:)
Teraz jedziemy juz w pociagu. Wprawdzie wyjechalismy godzine pozniej, ale do tego jestesmy juz przyzwyczajeni. Mamy kuszetki, ale znacznie wygodniejsze niz w Polsce. można na nich siedziec bez wyginania kregoslupu. Mamy lampke (ktora dziala!), wieszak i maly woreczek na drobiazgi.
Padam na twarz. Do jutra.
Czwartek, 29.03.2007 Chiang Mai
Pociag byl niesamowicie wygodny. Moze troszke za mocno wlaczyli klimatyzacje, ale ogolnie bylo naprawde przyjemnie. Niestety rano zamiast o 9.45 bylismy po 10. Na dworcu w Bangkoku prawie nic nie zjazdlam, co spowodowalo moje oslabienie nad ranem. Czulam sie slabo, ale Jacek zalatwil mi sniadanie. Poczatkowo w ogole nie moglam spojrzec na to jedzenie, bo tak mocno mialam skurczony zoladek, ale w koncu wcisnelam w siebie kanapke, banana i sok pomaranczowy. Trzeba bylo wziac do pociagu cos do jedzenia zamiast 4 butelek wody…
Na dworcu w Chiang Mai od razu przypomniala nam sie Ameryka Poludniowa, gdy stado wylapywaczy staralo sie przekanac kazdego turyste do skorzystania z jego oferty. My wybralismy hotel za 150B (4$ za dwie osoby!), bez prysznica, tylko z wiatrakiem i na 7 pietrze (nie ma windy), ale za to jest basen:)
W Chiang Mai, pomimo tego co mowila Nan, ze jest tu 40st, nie odczuwa sie tego az tak bardzo jak w Bangkoku.
Po przyjezdzie, nie wiem dlaczego, ale nawet bez prysznica, poszlismy sie przejsc po miescie. Czasem wydaje mi sie kapiel przy takiej pogodzie jak obecnie jest calkowicie zbedna, poniewaz zanim zdaze wyjsc spod prysznica, jestem juz totalnie spocona.
Praktycznie caly dzien zlecial na zwiedzaniu miasta.. Wieczorem kapiel w basenie i spotkanie w sprawie wycieczki do dzungli nastepnego dnia. Nie bylismy do niej calkowicie przekonani, ale po dogadaniu wszystkiego z przewodnikiem zdecydowalismy sie na dwudniowy trekking.
Nasz hotel (Royal Guest House) znajduje sie bardzo blisko od Night Market, który slynie z tego, ze nie wraca sie z niego z pustymi rekami (zreszta jak wiekszosc targow w Tajlandii!). Kilka ulic zapelnionych straganami, tysiace turystow, miliony podrobek i minimum 40% zbijanie ceny:) Tak w skrocie można opisac Night Market. Ja wzbogacilam sie o 2 koszulki na naramkach, a Jacek o jeden t-shirt.
Do hotelu wrocilismy dosc pozno, a jutro poudka o 7.40 i jedziemy na trekking.
Piątek, 30.03.2007
O 9.30 rozpoczal sie trekking. Cala ekipe turystow (Anglik. Kolumbijka. Australijczycy, Francuzi, Szwedzi i my) wsadzili do samochodu i pojechalismy 40 minut na polnoc od Chiang Mai na targ, zeby kupic jedzenie na dzisiaj i jutro. Potem kolejne 30 minut i dojechalismy do wodospadu, w ktorym moglismy sie wykapac. Najlepsza rzecz, ktora moze spotkac czlowieka w takim upale jak dzis.
Zaplacilismy po 200B za wejscie do parku narodowgo i zaczelismy 3-godzinne podejscie. Wydaje mi sie, ze nawet chodznie po Andach bylo latwiejsze niz chodzenie w takim upale. Pot lat sie z nas ciurkiem, a kazde zatrzymywanie sie przewodnika by powiedziec nam cos o dzungli bylo na wage zlota:) Pierwsze minuty byly najgorsze, bo zupelnie nie moglam sie przyzwyczaic do chodzenia w takim upale. Jednak z kazda chwila bylo coraz lepiej. W koncu po 3 godzinach doszlismy do miejsca, gdzie moglismy miec nocleg. Jednak Soskin (przewodnik) powiedzial, ze mozemy pojsc jeszcze godzine i dojdziemy do miejsca, z ktorego bedziemy jutro jechac na sloniach jako pierwsza grupa. Wszyscy, pomimo goraca i zmeczenia, postanowilismy isc dalej, bo to oznaczalo, ze jutro juz nie bedziemy musieli w ogole chodzic. Nie minela nawet godzina, a my juz bylismy na miejscu naszego noclegu. Odnosnie drogi, ktora przeszlismy dzisiejszego dnia, to potwierdzilo sie to, co mowila Nan o pozarach w okolicach Chiang Mai. Przechodzilismy obok terenow, które byly juz wypalone, albo takich, które sie wciąż tlily. Przewodnik mowil, ze podpalenia sa kontrolowane, ale naprawde po niektorych miejscach zupelnie tego nie bylo widac. Soskin mowil tez o kontrolowaniu pozarow tak by nie naruszac drzew, a to często mijalo sie z rzeczywistoscia.
Pierwsza rzecza jaka zrobilismy po dojsciu na miejsce, bylo wskoczenie do rzeki:) Pysznie! Potem pomoglismy budowac bambusowe tratwy na nastepny dzien.
Nocleg mielismy w wiosce plemienia Karen. Mielismy chatke, w ktorej bylo kilka materacy z moskitierami.
Dzi (nie wiem jak sie to pisze po tajsku) – nasz kucharz/tragarz przygotowal gore pysznego tajskiego jedzenia. Jak zwykle przesadzilam z iloscia i Jacek zjadal po mnie resztki:) (normalne). W miedzyczasie w wiosce nie male zamieszanie zrobil szczur, który zagryzl jedna z kur. Poczatkowo nie chcielismy wierzyc, ale gdy uslyszelismy strzal z pistoletu i w nastepstwie zabitego szczura – uwierzylismy:) Szczur wg mnie byl olbrzymi, jednak miejscowi zarzekali sie, ze byl to jeden z mniejszych.
Po tych przezyciach rozpalilismy ognisko i zaczelismy grac i Ping-peng-pong!:) Usiedlismy w kregu, tak by kazdy kazdego mogl widziec. Gra polegala na tym, ze pierwsza osoba mowi ping, kolejna po lewej mowi peng, a kolejna osoba, ktora mowi pong, musi roznoczesnie wskazac inna osobe, ktora musi zaczac od slowa ping…Wszystko trzeba robic bardzo szybko. Byla kupa smiechu, bo kazdy, który sie pomylil musial wypic lyka wodki ryzowej – moon chai:) Potem do lyka wodki doszla kreska sadzy na twarzy za jeden blad. Ten kto mial 10 kresek, ten przegrywal, oraz pozostali gracze mieli prawo do zrobienia jednej kreski na twarzy przegranego. Przegral…Jacek:) Potem szybko po zrobieniu sobie zdjec, pobieglismy do rzeki by sie umyc. Niestety poczatkowo jak usmoleni gornicy, ale po uzyciu odpowiednio duzej ilosci mydla domylismy sie i poszlismy spac.
W nocy oprocz tego, ze wydawalo mi sie, ze caly czas pod nasza chatka biega szczur, to o 3 w nocy kury, koguty, piskleta postanowily dac alarm do wstawania, który trwal do samego rana…:/
Sobota, 31.03.2007
Od rana porobilismy troche zdjec z bannerami. Probowalismy tez przeniesc rzeczywiste kolory na zdjecia, ale bylo to niemozliwe. Niektore zdjecia wychodzily przeswietlone, inne z kolei niedoswietlone. Coraz czesciej dochodze do wniosku, ze widoki na zdjeciach oddaja tylko maly procent tego co my widzimy.
W miedzy czasie przyprowadzono slonie z dzungli. Olbrzymie zwierzeta. A tajskie slonie i tak nie sa najwieksze. Sa niesamowite, monstrualne, jednak nie wyczawalo sie (przynajmniej przy tych sloniach) zagrozenia z ich strony, które tak naprawde moglyby kazdego zmiazdzyc jedna noga.
Siedzielismy na drewnianych podwojnych siedziskach umocwanych na grzbiecie slonia. Nasz ;przewodnik-kierowca; siedzial na glowie naszego transportu. Pozniej my zajelismy jego miejsce. Skora slonia jest strasznie szorstka, a wloski tak sztywne, ze wrzynaly sie w moje uda. Siedzenie na glowie slonia wymaga utrzymania rownowagi. Nie ma sie czego chwycic, a czasem slon portafi wykonac niespodziewany zwrot, który powoduje strumien potu na plecach pasazera:)
Na sloniu jechalismy przez 1,5 godziny po czym przesiedlismy na bambusowe tratwy, ktore budowalismy wczoraj.
Poczatkowo rzeka nie byla wymagajaca, jednak z kazdym zakretem zaczynaly sie coraz trudniejsze odcinki, podczas ktorych osoby, które nie posiadaly kija sterujacego (nie wiem jak to opisac:/) musialy zejsc z tratwy i przejsc do miejsca, gdzie nie bylo zagrozenia wypadniecia.
Po 2 godzinach doplynelismy do miejsca, z ktorego odbieral nas samochód.
Po powrocie do Chiang Mai i kapieli spotkalismy sie z ludzmi z trekkingu na piwie i powloczylismy sie troche po miescie.
Niedziela, 1.04.2007 Chiang Mai
Caly dzien lenistwo. Przygotowywalismy zdjecia, pisalismy pamietniki i newsa. Jedyne przerwy to poszukiwanie straganu z miejscowym jedzeniem i kapiel w hotelowym basenie. Wieczorem znowu spotykamy sie z ludzmi z trekkingu i idziemy razem na coniedzielny targ. Jutro chyba zlapiemy pociag z powrotem na poludnie.
Poniedzialek, 2.04.2007 Chiang Mai
Wlasnie siedzimy w kafejce i dopisujemy te slowa. Wreszcie udalo sie nam wrzucic wszystkie zdjecia, poczawszy od ostatnich dni w Nowej Zelandii do trekkingu na polnoc od Chiang Mai. (koniec pamietnika)
Mamy tez rozwiazanie zagadki z ostatniego newsa. Mimo wielu spekulacji wszystko jest ok. Wracamy do Polski z Bangkoku (samolotem) 17 maja. Zobaczylismy juz naprawde duzo, rodzice tesknia, my jestesmy chyba lekko przeladowani wrazeniami, a poza tym, jak to mowi moja (Jacka) siostra: czego sie nie najesz, tego sie nie nalizesz. Mamy dopiero 21 lat, duzo czasu przed nami.
Chetnych do stworzenia ekipy powitalnej zapraszamy na lotnisko miedzynarodowe w Dusseldorfie 17. maja ok. godz. 19.
Pozdrowienia z Chiang Mai
A & J
P.S. Jeszcze raz przypominamy o zdjeciach.
You made great points there. I made a search on the topic and found most peoples will agree with your blog. I have never even had so much as a flicker with my antique floor lamp and it is still in pristine condition.
See, it’s like this. If Kim Kardashian releases a tape of her doing stuff, then she’s a “porn star”. If Kim Kardashian has a private tape that she just couldn’t stop from being released, then she’s a celebrity with a “sex tape”. The fact that she gets paid for stuff on film either way doesn’t seem to matter for some reason.
I wanted to thank you for this great read!! I definitely enjoying every little bit of it I have you bookmarked to check out new stuff you post
Thank you for taking the time to write this brilliant article. I’ll be sure to share this with my friends. Thank you!
That is some interesting information there; never really viewed it that way; i think more discussion on articles like this make the article more credible.
Hey, I really enjoyed visiting your website, and it looks outstanding. If you get a chance you should check my website as well. I hope you have a great day!
Site very interesting. People have really stolen up the decent. I will necessarily come here again
Formula for success: Rise early, perform challenging, strike oil.
I believe this is helpful and do not see posted frequently. It is wonderful info.
Thank you for this useful article; makes a change not to see content that is complete mindless trash.
Even if there is no deterrence, just keeping them away from others for a while will certainly cut down on the problems.I tend to place a lot of blame on socioeconomic circumstances (and culture) too, but until we have a better science of psychology, some sort of punishment (or the threat of it) is still neccessary.
I am quite new to the net and needed to read up on this subject. Thought it was a fantastic blog very well written and informative. I will surely be coming back to your website to read more posts as i adored this one..
I haven’t had a cig in 10 years. The most terrible aspect regarding stopping smoking is going to be initial week. Fortunately that part didn’t last and things improved every day thanks to the e-cigarette. You shouldn’t stop trying. Simply just keep trying and you are going to succeed forever.
I smoked for several years and stopping seemed to be almost impossible. I tried using the many stopping hints yet none helped me. Then I came across the e-cigarettes. The e-cigarette uses a nicotine juice that is made of just nicotine. Virtually no toxic chemicals in the least. They have already in a literal sense improved my life.
I have not had a cig in for many years. The ugliest thing about stopping would be the initial week. Fortunately that those effects didn’t last and things got easier daily on account of the electric cigarette. Don’t toss in the towel. Simply keep at it and you inevitably you will live a healthier life once and for all.
Fantastic yet one more great story. So can realize your stance . Always makes a change I read so much published by men and women that ought keep definitely clear of a portable computer key board.Continue the superb publishing
I started using tobacco when I was in my teens. That appears to be the biggest wrong move I’ve made. Today I’m much older and I’ve got emphysema. Whilst attempting to give up smoking, I discovered the electronic cigarette and i intend to give it a try. With any luck, it is going to help me with this particular terrible habit.
I now know kicking the habit is actually very hard. I introduced myself to cancer sticks while I was in my teens. It was the biggest mistake I’ve made. Now I’m older and I have COPD. I experimented with a pile of the quitting techniques yet none helped me stop. My last try is the e cigarettes in the end.
Good read … headline catchy … good points, some of which I have learned along the way as well (humility, grace, layoff the controversial stuff). Will share with my colleagues at work as we begin blogging from a corporate perspective. Thanks!
I located this on page 15 in Google which is certainly a shame. I am no authority still what you are posting right here makes good sense. Way more folks ought to be aware of it.
usually don’t usually post on many Blogs,but I love your blog, I often read here, still I just has to say thank you… keep up the amazing work.
Finally quitting working on the dumb wireless router.. Too complicated for me.. At least I have cable Internet now.. Just not wireless lol
Thanks for sharing. Share is caring after all.
I smoked cigarettes for a very long time. I realize it damages my overall health so I wish to stop smoking though it’s been very hard. None of the stopping scams worked for me. Then I came across the e cigs. It’s literally made all the difference. No more inhaling toxic substances feels great!
I stopped cold turkey a week ago and it’s beginning to make me feel crappy now. My girl friend keeps saying I will not be able to handle it however I’m so serious of this I won’t fail. Today I began having pains inside my tummy and I truly am craving a cigarette. I wont give in because I am quitting for my kid. I’m fortunate to have the e cig. It’s been incredibly helpful in my opinion.
I have not had a cigarette in since I was divorced. The ugliest aspect regarding kicking the habit in considered the 1st week. The good news is that those effects didn’t last long and things improved day-to-day because of the smokeless cigarette
I smoked cigarettes for a very long time and quitting tobacco had been almost impossible. I tried each of the stop smoking tools but not a thing did the trick. Then I stumbled upon the cigarette electric. The electric cigarette uses a nicotine liquid that is made of nothing but nicotine. Not any toxic substances at all. They have already in a literal sense saved my life.
Good Morning, Great job on the blog, it looks outstanding. I am going to bookmark it and will make sure to check often
If you don’t mind my asking, do you make good money from this blog?
Is that true? I’ll spread this facts. Anyway, good post
thanks about your publish. quite gud.