Titicaca, Machu Picchu, Copacabana, La Paz i plany:)

Uros to plemie mieszkajace na plywajacych wyspach na jeziorze Titicaca. Wyspy, domy, lodzie, ozdoby, a nawet niektore potrawy przygotowane sa z trzciny zwanej totora. Na wyspach znajduja sie 3 szkoly i szpital, a dzieci doplywaja na zajecia lodziami. Tylko część wysp dostepna jest dla turystow, poniewaz niektorzy Indianie twierdza, ze np. poprzez zrobienie im zdjecia odbieramy im dusze. Wszyscy mieszkancy posluguja sie jezykiem Aymara i tylko niektorzy mowia po hiszpansku. Ciekawe jest to, ze kazda wysepka ma wysoka wieze, ktora sluzy do komunikacji (tak samo jak znaki dymne), a jezeli ma odbyc sie wazne spotkanie to wywieszana jest peruwianska flaga.

Na wyspie, ktora odwiedzilismy widac bylo komercje i nastawienie na turystow, ale co zrobic. Szczytem wszystkiego byla grupa Indianek tanczacych na brzegu i krzyczacych do odplywajacych na lodzi turystow: ;Hasta la vista, baby;. No jakies granice musza byc… Nie zbyt dobrze zrobil tez mieszkancom prezent od bylego prezydenta Fujimori, który podarowal im baterie sloneczne w zwiazku z czym w chatkach z trzciny sa telefony, telewizony i kto wie co jeszcze.

Z Puno pojechalismy do Cuzco, gdzie przywitala nas kobieta, z ktora Rick umowil sie telefonicznie, ze zabierze nas do jakiegos hostelu. Stwierdzilismy, ze skoro jest taka mozliwosc, a jest ok 04.30 rano to skorzystamy. Po zwiedzeniu 6 hosteli okazalo sie, ze nie ma miejsca i ze pani sie pomysly skonczyly. Powiedzielismy, ze mozemy zaplacic za taksowki (teraz sie towarzystwo taksowkami wozi w Peru:) i pojdziemy szukac sami. Na to kobieta wyskoczyla z jakas kosmiczna cena. My powiedzielismy, ze nie zaplacimy tyle, dalismy po 3 sole (ok 3 zl), czyli tyle ile powinnismy i poszlismy szukac. W koncu sie udalo.

Samo Cuzco jest niezwykle ladnym miastem z wieloma placami, w tym glownym Plaza de Armas, kosciolami i pozostalosciami po inkaskich budowlach. Siedzielismy tam tydzien. Zwiedzanie, chodzenie waskimi uliczkami, odwiedzanie targow, robienie zdjec i spotkania ze znajomymi – tak to wlasnie wygladalo. Byla tez impreza z okazji moich 21. urodzin. A na imprezie: tort z moim imieniem zamowiony przez hostel, drinki z palemka (do ktorych nasze proste polskie organizmy najwyrazniej nie sa przyzwyczajone), granie w bilard itd. Dostalem tez od naszych angielskich znajomych kartke z zyczeniami napisanymi… po polsku!! Szukali pol dnia w internecie:)

Po imprezie przez dwa dni dochodzilismy do siebie, poczatkowo jedzac tylko przecier jablkowy dla dzieci ze sloika i popijajac duzymi ilosciami wody.

W koncu postanowilismy jechac w strone Machu Picchu. Nazwa – symbol. Znane na calym swiecie zaginione miasto Inkow, odnalezione dopiero w 1911 roku. Zdecydowalismy sie na dojazd pociagiem, jednak nie bezposrednio z Cuzco, ale z Ollataytambo gdzie dojechalismy autobusem. W Aguas Calientes, miasta u stop Machu Picchu dojechalismy ok 22. Po jakims czasie ruszylismy stromym podejsciem w strone bramy wejsciowej. Skonczylo sie miasto, skonczyly sie swiatla, a razem z nimi asfaltowa droga. Wyciagnelismy czolowki i w zupelnej ciemnosci szlismy przed siebie. Myslelismy, ze faktycznie jest tak ciemno, ale po chwili okazalo sie, ze to wysokie na 100 – 200 metrow skaly po obu stronach drogi. Lekkie przerazenie typu: troche strasznie, troche fajnie. Po ok. godzinie podejscia zaczelo padac. Najpierw tylko kropilo, nawet na chwile przestalo, ale pozniej z kazda minuta bylo coraz gorzej. Ponad godzine szlismy w ulewie, z czolowkami na glowach i z nadzieja, ze kolo bramy wejsciowej bedzie mozna sie gdzies przespac. W koncu dotarlismy na gore. Okazalo sie, ze jest tam ekskluzywny hotel i kilka sklepow. Na nocleg wybralismy miejsce pod daszkiem, przed glownym wejsciem do restauracji hotelowej. Udalo sie nam zasnac pomimo coraz mocniej padajacego deszczu. Obudzilismy sie ok 4:30 rano. Chcielismy byc pierwszymi, ktorzy wejda na teren zaginionego miasta Inkow. Pakowanie, jedzenie i czekamy. Po jakims czasie przyjechali ludzie obslugujacy park i na nasze pytanie o godzine otwarcia powiedzieli, ze mozemy wejsc dopiero za godzine. Juz bylismy lekko zli, ze nie mozemy wejsc od razu, ale czekalismy. Byla juz 5.55 i tlum ludzi, czekal razem z nami na wejscie. Cztery minuty poznej pani w okienku powiedziala, ze dopiero za minute otworza wiec nie mamy sie co goraczkowac! Szok! Jak mozna w takim stopniu zbiurokratyzowac takie miejsce?! Minuta minela i… nic. Okazalo sie, ze jezeli nie mamy biletow (i chcemy je kupic przy bramie) to musimy poczekac kolejne 20 minut. Tutaj rzucilismy pod adresem pani z okienka i calej tej organizacji kilka ;cieplych slow; i stalismy patrzac jak mijaja nas dziesiatki osob, ktore przyjechaly na miejsce autobusem. Tlumaczylismy obsludze, ze czekamy od 6 godzin i moze laskawie by nas wpuscili, ale nic ich nie ruszalo. W koncu o 6.17 (3 minuty przed czasem – serdeczne podziekowania dla pani z okienka) weszlismy na teren Machu Picchu. Niesamowite tarasy, budowle i samo polozenie tego miejsca sprawiaja, ze jest unikatowe. Od razu ruszylismy w strone Huayna Picchu, szczytu ktory goruje nad calym miastem i jest widoczny na wszystkich ;klasycznych zdjeciach;. Chcielismy dotrzec tam dosc wczesnie, bo tylko 400 osob dziennie moze wejsc na gore. Znowu powtorzyla sie sytuacja sprzed prawie godziny- czekamy na wejscie (otwieraja o 7.00), jest 6.58 i … nic. Pan czeka, ale nie wpusci. Czuje sie panem sytuacji, jest naszym szefem i zapanowal nad grupa Europejczykow, Amerykanow i wszytkich innych nacji. Ruszylismy pod gore, co chwile ogladajac sie za siebie, majac nadzieje wszechobecna mgla uniesie sie i odkryje ruiny. Mimo, ze na szczycie Huayna Picchu spedzilismy prawie 2 godziny nie udalo sie zobvaczyc miasta w calosci. Caly czas, jednak nie moglismy sie nadziwic w jaki sposob kilkaset lat temu zbudowano te wszystkie budynki i z jaka precyzja je zaplanowano. Po zejsciu spotkalismy Dolly i Rick´a, ktorzy wlasnie konczyli trekking szlakiem Inkow (The Inca Trail), ktorego ukoronowaniem jest wizyta na Machu Picchu. Wrazenia: zmeczenie, bol nog, zniechecienie i zupelny brak zainteresowania ruinami. Z relacji wielu ludzi, ktorych znamy, a ktorzy przebyli Szlak Inkow nasuwa sie jedna rzecz: nie warto!!! Trekking po gorach mozna zrobic np. w Cordillera Blanca (duzo taniej i ladniej), a na Machu pojechac pociagiem lub rowerami (tez mozna). My pokrecilismy sie jeszcze troche i postanowilismy wrocic do Aguas Calientes. Okazalo sie, ze autobus na dol kosztuje 20 soli (ok 7$), wiec schodzilismy. Zajelo nam to godzine, a przynajmniej zaoszczedzilismy troche pieniedzy. Po poludniu poszlismy jeszczew wykapac sie w basenach termalnych – swietna sprawa. Nastepnego dnia rano wrocilismy do Cuzco, a wieczorem spotkalismy sie ze znajomymi.

W poniedzialek pakowanie, kolejne pozegnania i poznym wieczorem ruszamy autobusem do Copacabany w Boliwii. Po nocnej jezdzie zatrzymujemy sie w Puno, zeby zmienic autobus i tu okazuje sie, ze kilka osob zostalo okradzionych w autobusie! Co wiecej, ci ludzie siedzieli jeden rzad przed, i za nami wiec mielismy niesamowite szczescie. Aparaty i iPod´y poszly w las i tak naprawde nie ma zadnej nadziei ze sie odnajda. Oczywiscie bylo spisywanie protokolu przez policjantow (ktorzy zazadali ok 12 $ za jego wydanie!!). Jedyne co pozostanie to niesmak na sam koniec wyjazdu z Peru. Oczywiscie kraju i ludzi nie mozna oceniac na podstawie jednej czy kilku osob, ale…

W koncu z duzym opoznieniem ruszylismy do Boliwii. Na granicy bez problemow, wymienilismy pieniadze (1$ to ok 8 Bs – bolivanos) i dojechalismy do Copacabany nad jeziorem Titicaca. Od razu rzucily sie nam w oczy bardzo niskie ceny: za pokoj z lazienka w hotelu ok 3 $ itd itd. Glowna atrakcja tego miejsca jest rejs na Isla del Sol, gdzie narodzilo sie imperium Inkow. Przez pewien czas mielismy pomysl, zeby wynajac zaglowke i wybrac sie w dwudniowy rejs, ale w koncu przeciwny kierunek wiatru i duza fala spowodowaly, ze poplynelismy tam motorowka razem z innymi turystami. Wyspa ladna, wszystko pieknie, ale znowu glowna atrakcja, ktora sciaga tu setki, jak nie tysiace turystow sa… ruiny. Na Isla del Sol jest to czasem kilka kamieni. Wiem, ze powinno sie poznawac obce kultury, poznajac jednoczesnie ich historie, ale naprawde zniechecilismy sie do ruin, pozostalosci, kamieni, muzeow itp. Wolimy poznawac kraje przez poznawanie ich natury, obcowania z nia w miare mozliwosci na wlasna reke. Gory tak, ruiny nie! W drodze powrotnej zlapala nas burza i jezioro Titicaca zmienilo sie w male morze. Poltorametrowe fale, ulewa i blyskawice.

Udalo sie nam jeszcze zalapac na wieczorny autobus do La Paz i do stolicy dojechalismy ok 22. Nastepnego dnia chodzilismy bez konkretnego celu po najwyzej polozonej stolicy na swiecie i okazalo sie, ze jest ladniejsza niz Lima czy Caracas. Idac przez ulice zobaczylem plecak jednej z polskich firm, uslyszalem znajomy jezyk, zagadnalem i w ten sposob poznalismy grupe Polakow podrozujacych z biurem MK Tramping (www.mktramping.pl). Kilkuosobowa grupa prowadzona przez Basie Radwanska, okazala sie swietna. Zaprosili nas na obiad, a pozniej na taras swojego hotelu Milton (nie mylic z tym hotelem na H…), z ktorego podziwialismy La Paz noca. Rozmawialo sie nam tak dobrze, ze do hostelu wrocilismy ok 1 w nocy. Zyczliwosc, zainteresowanie i otwartosc tych ludzi dala nam zupelnie odmienila wizerunek grupy turystycznej, ktory mielismy po spotkaniu z Polakami w Nazca. Dzieki!!

Juz jutro ruszamy na The World´s Most Dangerous Road – zjazd rowerowy o dlugosci ok 70 km i deniwelacji 3000 metrow!! Organizatorem jest firma Gravity Assisted Mountain Biking (www.gravitybolivia.com), ktora w opinii wszystkich ludzi ktorych spotkalismy jest najlepsza i co wazne najbezpieczniejsza. Postaramy sie w poniedzialek napisac na goraco jak bylo:)

Ze spraw bardzo waznych: pod wplywem Dolly i Rick´a (www.rickanddolly.com), a takze Kamila (www.rtw.pl) pojawil sie pomysl poplyniecia na Antarktyde. Prawda jest taka, ze bedac juz tak blisko chcielibysmy sprobowac. Bedzie to wymagalo roznych zabiegow przygotowawczych i co najwazniejsze troche pieniedzy. Byc moze uda sie nam to zrobic bez pomocy z zewnatrz, ale nigdy nie wiadomo. Stad apel: jezeli ktos ma zbyt duzo gotowki lub pomysl jak ja zorganizowac to prosimy o maile:) Pewna koncepcje juz mamy, ale tego nigdy za duzo. Chetnie przyjmiemy tez wszelkie informacje dotyczace samego rejsu, takie jak termin, firma z ktora najlepiej (najtaniej) poplynac itd.

Pozdrawiamy z La Paz

203 Responses to Titicaca, Machu Picchu, Copacabana, La Paz i plany:)

  1. This weblog is superior it has got the entire points i sought after to speak about, it has fulfilled my wisdom, i just appreciated this weblog and that i wish to subscribe so can you please inform while your blog gets up to date and what?s the procedure to subscribe in details.

  2. maxi cosi says:

    Wonderful blog! I truly love how it? s easy on my eyes as well as the data are well written. I am wondering how I can be notified whenever a new post has been made. I have subscribed to your rss feed which need to do the trick! Have a nice day!

  3. Justyna says:

    Interesujace sprawy, dziekuje bardzo za artykul!

Szukasz czegoś?