DZIEN 1
Po oddaniu cum ruszylismy w dol Kanalu Beagel’a. Niesamowite widoki i odczucia. Plyniemy. Plyniemy na Antarktyde. Miejsce, o ktorym troche slyszelismy, ale nigdy nie myslelismy, ze mozemy tam poplynac. O dotarciu tam zaczelismy myslec jakies 2 tygodnie wczesniej, ale od razu bylo to bardzo intensywne. Zaczelismy zbierac informacje, czytac i tak naprawde zastanawiac sie jak to bedzie. Kiedy w koncu rano, w dzien wyplyniecia, okazalo sie ze mozemy plynac bylismy pijani ze szczescia. Agnieszka nie mogla powstrzymac smiechu, a ja czulem, ze w srodku cos sie dzieje. Wiedzielismy tylko, ze bedziemy plynac na najbardziej niedostepny kontynent, pelen lodu i … pingwinow.
Kiedy dostalismy sie na Explorer’a, nasz statek, bylismy w szoku. Niesamowicie komfortowy, z sala wykladowa i co najwazniejsze bezpieczny, bo zbudowany od podstaw jako statek ekspedycyjny przystosowany do plywania w rejonach polarnych.
DZIEN 2
Drugiego dnia od rana sniadanie i podziwianie ptakow, które szybowaly za rufa. Poczatkowo byly to tylko ‘ptaki’, ale po wykladzie Anny wiedzielismy juz kiedy ogladamy petrele, a kiedy albatrosy. Takie wprowadzenie pomaga i pozwala lepiej zrozumiec to co sie dookola dzieje. Pozniej mielismy koleny wyklad na temat budowy Antatktydy i roznych spraw z tym zwiazanych. Przy okazji dowiedzielismy sie, ze dziura ozonowa zanika! Dokladniej zanika okolo polowy listopada, pojawia sie znowu w sierpniu, a najwieksze rozmiary osiaga pod koniec wrzesnia. Lance (geolog) wyjasnil tez jak powstaje dziura ozonowa i otworzyl wszystkim oczy.
Pozniej znowu posiedzielismy troche na pokladzie. Agnieszka poczula sie troche gorzej, ale mysle ze to kwestia przyzwyczajenia do innych, morskich warunkow. Niektorzy ludzie byli dzisiaj tak bladzi, ze jej brakuje do tego bardzo bardzo duzo.
Robilo sie coraz zimniej i można bylo juz odczuc roznice miedzy wczoraj i dzisiaj. Jeszcze nie przeszlismy ‘antarctic convergence’ (nie mam pojecia jak to sie tlumaczy), a podobno na poludnie od tego styku cieplych pradow polnocnych i zimnych poludniowych zrobi sie naprawde zimno. Chwilami nie moge w to uwierzyc – plyniemy na Antarktyde:)
DZIEN 3
Kolejnego dnia rano ciesnina Drake:a zmienila sie nie do poznania. Coraz wieksze fale i wzmagajacy sie wiatr potwierdzal jej zla reputacje. W ciagu dnia wysokosc fal dochodzila do 8 metrow i naprawde bylo na co popatrzec.
Codziennie w kilku miejscach na statku rozwieszany byl plan dnia. Jakie beda wyklady, gdzie bedziemy ladowac, co zobaczymy itd. Na gorze tego programu byl tez cytat, zwiazany z odwiedzanymi miejscami. Tego dnia przeczytalismy:
;Below the 40th latitude there is no law; below the 50th no god; below the 60th no common sense and below the 70th no intelligence whatsoever”; Kim Stanley Robinson.
Naprawde dobrze oddaje to tutejsza sytuacje. W miedzyczasie obejrzelismy film o wyprawie Shackleton;a. Byl to wstep to pierwszego miejsca, które mielismy odwiedzic – Elephant Island. To tutaj Shackleton wraz ze swymi ludzmi dotarl po opuszczeniu ich statku Endurance i przezimowaniu na lodzie Antarktydy. To wlasnie stad, z Point Wild, Shakleton z 5 ludzmi wyruszyli w niesamowity rejs. Przeplyneli blisko 800 mil morskich przez najniebezpieczniejszy akwen swiata w malej lodzi i dotarli do Poludniowej Georgii – malej wyspy na Oceanie Poludniowym To wszystko dzialo sie w latach 1915 – 16. Bez nowoczesnych technologii, sprzetu, systemow ratunkowych itd. Tylko upor, sila woli i chec przetrwania. Nie bez powodu ten okres nazywa sie czasem kiedy statki byly z drewna, a ludzie z zelaza.
Wieczorem pierwszy raz poplynelismy Zodiakami, czyli pontonami. Lod, pingwiny i spokoj. Niesamowite widoki i problem z ogarnieciem tego wszystkiego.
Po powrocie na poklad wszyscy byli podekscytowani i widac bylo, ze wszystkim sprawia to radosc.
DZIEN 4
Pogoda robila sie coraz lepsza, kiedy plynelismy w kierunku Brown Bluff, pierwszego miejsca gdzie mielismy postawic stope na Antarktydzie. Jeszcze przed ladowaniem Aaron przedstawil nam zasady, które obowiazuja nas w zwiazku z zejsciem na statku. Za kazdym razem, gdy opuszczalismy statek musielismy odznaczyc na specjalnej tablicy, ze juz nie ma nas, zeby przypadkiem nas nie zostawili. Poza tym kwestia czyszczenia butow. Na statku byly wystawione dwie miski ze specjalnym plynem, w ktorym mielismy myc buty, po to by nie przenosic zadnych brudow ze statku na lad. Tak samo bylo w druga strone. Na brzegu, przed powrotem na statek, stala zrobiona kontrukcja ze szczotek, by umyc kalosze.
Po wykladzie dzielily nas tylko minuty od postawienia nogi na Bialym Ladzie. Pingwiny byly w zasiegu naszych rak. Byly ich tysiace. Tego dnia widzielismy dwa rodzaje pingwinow: Gentoo i Adelie. Gentoo maja czerwone dzioby i biale plamki za oczami, a Adelie sa praktycznie cale czarne. Szczerze mowiac to przed tym rejsem pingwin to byl pingwin, i tyle. Bylismy zdziwieni jak blisko mozemy podejsc i obserwowac. W glowach switala nam caly czas mysl: jestesmy tu, jestesmy na Antarktydzie. Uczucie, ktorego nie zrozumie nikt kto tu nie byl.
Po poludniu doplynelismy do kolejnego miejsca, czyli Paulet Island. Jak przed kazdym ladowaniem, Aaron – nasz Expedition Leader, zrobil krotka odprawe na temat miejsca, w ktorym bedziemy ladowac, zwierzat, geologii itd. Znacznie lepiej jest ogladac wszystko wiedzac na co sie patrzy. Znowu tysiace pingwinow. Tysiace gniazd, w ktorych jest tylko jedno jajo, narazone na zimno i ataki ptakow. Ciekawa rzecza sa tez tzw. autostrady, czyli szlaki po ktorych pingwiny maszeruja od kolonii do morza i z powrotem. Nie wolno zachodzic im drogi i straszyc, bo o tej porze roku dostarczanie pokarmu jest bardzo wazne. Anna, nasz biolog, zauwazyla tez kilkanascie fok Weddella. Pelni wrazen wrocilismy na statek i ruszylismy dalej. Po kolacji wszyscy siedzieli na pokladzie podziwiajac niesamowity zachod slonca, który zmienial kolory gor lodowych. Jak na zachod slonca byla to juz dosc pozna godzina, bo dochodzila 22. Przez kolejna godzine nie moglismy sie nadziwic ile roznych kolorow moze rzucic na gory lodowe i wode jeden zachod slonca.
DZIEN 5
;An Antarctic expedition is the worst way to have the best time of your life;
Apsley Cherry Garrard
Dzien zaczal sie bardzo wczesnie. Aaron obudzil nas o 3.30 w nocy, poniewaz okazalo sie, ze na brzegu znajduje sie ok. 10 Emperor Penguins (Cesarskich pingwinow). Tego dnia mielismy doplynac na Snowhill Island (64.20’ pld), ale po odebraniu wiadomosci z innego statku, ze jest prawdopodobienstwo zobaczenia najwiekszych pingwinow Explorer zmienil kurs na polnoc w strone Kinnes Cove na zachod od Joinville Island. Zaspani wyskoczylismy na poklad. Tam czekaly na nas nie tylko pigwiny, ale także niesamowity wschod slonca. Explorer dobil do lodu, tak by można bylo jak najlepiej zobaczec Cesarskie pingwiny. . Nie moglismy uwierzyc, ze mielismy takie szczescie, ze je zobaczylismy. Zaloga mowila, ze po raz pierwszy zdarzylo im sie widziec Emperor Penguins na takiej szerokosci geograficznej, gdyz normalnie trzeba plynac daleko na poludnie by je zobaczyc, co i tak nie jest pewne. Po tym wyrwaniu ze snu stwierdzilismy, ze musimy sie polozyc ponownie spac, bo czekaja nas jeszcze ladowania, które z pewnoscia dostarcza nas znowu wiele emocji.
Po wrazeniach zwiazanych z pingwinami cesarskimi przyszedl czas na ladowanie na Jointville Island. Duza ilosc sniegu nie ulatwiala poruszania sie po wyspie, a caly czas musielismy pamietac, zeby nie zrobic zbyt duzych dziur, bo pingwiny maja problemy z przechodzeniem i szybko sie mecza. Razem z Adamem i Sara poszlismy na szczyt Madder Cliffs (270 metrow). Piekne slonce i widoki na okoliczne wyspy zrekompensowaly nam dosc dlugie podejscie. Niektorzy zeszli, a inni slizgali sie w dol stoku jak pingwiny.
Wieczorem odbyla sie tzw. kolacja kapitanska. Bylo przemowienie kapitana, kolacja, drinki z palemka itd. Niektore pasazerki ubraly nawet szpilki, co bylo juz lekko smieszne. Przez noc oplynelismy Polwysep Antarktyczny i kierowalismy sie na poludnie.
Na tym skonczymy nasz kronikarski opis i skupimy sie na tym co nas tak naprawde urzeklo.
Mysle, ze przede wszystkim nie spodziewalismy sie, ze uda nam sie dotrzec kiedykolwiek w zyciu na Antarktyde, a co dopiero w trakcie tej podrozy. Do ostatniej godziny nie bylismy pewni, czy zdazy dojsc do Ushuaia voucher z Kanady, który byl nasza przepustka do Bialego Ladu.
Dwa tygodnie przed wyplynieciem sciagnelismy z internetu kilka ksiazek na temat Antarktydy, które nie ma co ukrywac jeszcze bardziej podsycili nasza ciakawosc, jak tam wyglada w rzeczywistosci.
Wiele osob twierdzilo, ze jest tam tylko lod, a okazalo sie, ze oprocz lodu, który nigdy nie jest taki sam, jest jeszcze wiele do zobaczenia. Po tym rejsie pingwin nie jest juz tylko pingwinem. Zobaczylismy cztery rodzaje tych bialo – czarnych nielotow, foki, slonie morskie, albatrosy, petrele. Dodatkowo oprocz tego co widzielismy na zywo, dzieki codziennym wykladom i zalodze, dowiedzielismy sie wiele na temat Antarktydy, zycia zwierzat i historii tego niezwyklego miejsca.
Jestesmy szcesliwi, ze udalo nam sie tam dotrzec i wiemy, ze bylo warto.
Pozdrawiamy
Hey this is a good blog I must admit. although i do not concur with every one of the things mentioned here I do agree with the majority of the thigs. Fine blog will visit again. Thanks
your website is not showing up correctly in my browser…