Archiwum kategorii: Bez kategorii

Podkoziołek – przedłużające się myślenie…(i troszkę o bieganiu)

Podstawowe pytanie podczas pisania newsa powinno dotyczyć tematu, na który chce się pisać.

No właśnie.

Od wczoraj za mną chodzi temat: Podkoziołek. I to wszystko. Piękny dzień na imprezę, ostatki przed postem.

A u nas Mania padła o 19 (!sic), Jasiek chwilę później, ja przeziębiona, a Jacek z planami sportowymi. Jak żyć? 19:40 byłam w łóżku z planem czytania, oglądania, pisania itp. itd.

Nie wyszło nic z wyjątkiem kilku dziwnych rysunków na kartce, które bazgrałam podczas myślenia co zrobić najpierw.

A dlaczego nic nie wyszło?

Nie wyszło, ponieważ zasnęłam podczas myślenia nad kolejnością zadań…

I dzięki temu mój Podkoziołek sprawił, że jedno z postanowień wielkopostnych brzmi: nie myśleć za dużo. A dotyczy to bardzo wielu spraw.

Nie myśleć a robić. Nie planować a realizować.

Realizować rzeczy, które denerwują, które sprawią, że ich realizacja polepszy mi humor, że moja lista będzie się kurczyć, a nie powiększać. Nie robić list, które powodują, że myślę co robić w danym momencie, po czym mija X czasu i powodują frustrację, że jeszcze nie zostały zrobione.

Brać na barki tyle ile mogę udźwignąć w danym momencie.

Cieszyć się, że wyszło tyle ile wyszło, a nie zamartwiać się ile nie wyszło. Szklanka do połowy pełna…jak łatwo powiedzieć.

Ale był podkoziołek i dzisiaj jakoś mi łatwiej. W szklance jest woda;-)

Ale, żeby nie było tak miło powstało jeszcze jedno postanowienie – pisać newsy, sprawić by strona żyła. Pisać o wszystkim o czym się chce.

Więc piszę.

Pozdrawiam;-)

P.S. Z codziennych rzeczy, takich mniej filozoficznych to jest ok;) Biegamy, dużo biegamy, a potem odpoczywamy:) Comiesięczny City Trail, gdzie oprócz nas Mańka stawia swoje pierwsze zawodnicze kroki.

IMG_7865

IMG_7879

Ostatnio był też Forest Run, czyli 23 km po Wielkopolskim Parku Narodowym.

Fantastyczna impreza, zorganizowana przez świetnych ludzi z pasją. Czuć to jak  obserwowaliśmy przygotowania zawodów i podczas samego biegu. Nie wspominając o zorganizowanym rekonesansie trasy, tak po prostu – by żyło się lepiej:)

Forest Run to zawody, które były moją ostatnią imprezą biegową przed zajściem w ciążę z Jasiem, rok 2014. Od tamtego czasu biegałam krótsze dystanse, po maksymalnie 8km, aż do czasu, kiedy Jacek nie namówił mnie na rekonesans w WPNie. Zimno, ale słonecznie. Duże wyzwanie, trochę zbyt duże, ale w dobrym towarzystwie trasa pokonana! Moje pierwsze 23km od prawie 16 miesięcy! Od rekonesansu minęły 3 tygodnie i przyszedł dzień startu. Jak to ja intensywnie prowadziłam dialog wewnętrzny czy biec, ale po raz kolejny decyzja była na tak:) Nie żałowałam! Słońce przebijające się przez drzewa w parku, odbijało się w jeziorach tylko dodawało sił i przybliżało do mety by po 2 godzinach i 2 minutach stanąć na mecie i cieszyć się, że kolejny krok w przód zrobiony.

12666422_10154083614654610_373179605_n

Kolejny krok, który przybliża do lepszej kondycji by osiągać lepsze wyniki oraz wspierać Jacka w biegnięciu na Śnieżkę…A jest nad czym pracować, bo Jacek ciśnie i jego 1:46:02 dają mi do myślenia:)

3 miesiące i 4 dni po porodzie – sezon triathlonowy otwarty i zarazem zamknięty!

W niedzielę otworzyłam swój sezon triathlonowy zawodami, które były ostatnimi w tym roku na mapie Polski. Za mną Kórnik Triathlon, który spadł mi po prostu z nieba:-)

IMG_6795

Ale od początku. 

W zeszłym roku wystartowałam dwukrotnie w triathlonie. Szczęśliwie ukończyłam zawody w Poznaniu i Chodzieży. Zaczęłam tę przygodę za namową Jacka, który jak wiecie z jego wpisów wpadł w nie po uszy:) 

Wypełnił za mnie formularz i powiedział, że ja mam “tylko” kliknąć. No i kliknęłam. 

Wszystkie starty, nie tylko triathlon, ale i zwykłe biegi, dawały mi ogromną radość, poczucie, że można bić swoje rekordy, mieć cele i do nich dążyć, niekonieczne w męczarniach, a z poczuciem zadowolenia i bijącymi endorfinami wokół. 

Zaczęłam marzyć o kolejnym sezonie…

Ale w między czasie tak zwana jesienna faza roztrenowania przyniosła fantastyczne wiadomości, że na początku czerwca 2015 roku urodzi się Jasiek:-)

Skłamię, jeśli napiszę, że nie pomyślałam o “straconym sezonie”. Tak bardzo chciałam wystartować. Myślałam, liczyłam dni i tygodnie, których będę potrzebować by po porodzie dojść do siebie i jako tako przygotować się do startu. Wydawało mi się to ciężkie do realizacji, ale nie niemożliwe. 

Jasiek urodził się w połowie czerwca. Boski, mały i uśmiechnięty chłopak. Zaczęłam odliczać 6 tygodni by zacząć biegać, albo chociaż trochę intensywniej się ruszać. Dni mijały bardzo szybko, bo chyba nie lubimy pustki wokół nas:) Jacek realizował kolejne kroki przygotowań do startu w Malborku. Jeździliśmy wspólnie na zawody, kibicowaliśmy mu, ale oprócz satysfakcji, że  bije swoje czasy z poprzedniego roku coś się we mnie kołatało…Każdy kto stał po stronie kibica, ale także kiedykolwiek startował to wie, że jedno i drugie jest wciągające, ale to drugie, to coś magicznego, coś co sprawia, że energia w środku rozpiera…

I tak też podczas zawodów w Bydgoszczy rozmawialiśmy o startach i nowych zawodach wokół Poznania i wtedy Marcin powiedział o dystansie 1/10IM w Kórniku. Bliżej być nie mogło, a dystans niby krótki, ale patrząc na sytuację to i tak było wyzwaniem;)

Wróciliśmy do domu, a ja postanowiłam, że dam radę, powoli zacznę biegać, ale łatwiej będzie mi się zmobilizować mając gdzieś w perspektywie zawody, słysząc huk startera i widząc strefę zmian. Tak, to jest adrenalina, która mnie tak nakręca. 

28 lipca weszłam na stronę triathlonu w Kórniku, a tam w zakładce aktualności informacja: zwiększamy limit uczestników na trasie 1/10 IM – tak, tak – to był znak. Nie ma na co czekać. Ciach – tym razem sama wypełniłam formularz i zapłaciłam. To był dobry bodziec do pójścia biegać:)

I tu powinna zacząć się opowieść o moich codziennych biegach, treningach pływackich, rowerowych, ale nie. Tego było. 

Przyszły upały, a ja się rozleniwiłam:P

Mój pierwszy bieg zakończył się powiedzeniem z żalem Jackowi, że gdzieś się podziały moje czasy sprzed roku. Gdzieś zniknął ten spokój i lekkość… Przebiegłam 4km i brzuch miałam ściśnięty, w telefonie Pani z aplikacji mówiła “6:15 minut na kilometr”, a ja nie mogłam się zmusić do szybszego ruszania nogami. To nie wyglądało dobrze. 

Jednak nie był to też powód do odwrotu. 

Po dwóch tygodniach od zapisania się na zawody miałam urodziny i tu należą się WIELKIE PODZIĘKOWANIA wszystkim osobom, które wiedziały, że rower szosowy to marzenie, do którego przymierzałam się już rok wcześniej, ale jakoś nie było mi dane. Dostałam piękną białą strzałę, która jest kolejnym powodem by zapisywać się na zawody:) 

Strzała pojechała z nami do Bukowiny na wakacje i po raz pierwszy od roku usiadłam na rowerze, by jeździć po jakże “płaskich” terenach wokół Łysej Polany i Bukowiny;-) Niby można by narzekać, że górki, dołki, zimno, ale nie – lepszego miejsca na pierwsze jazdy na szosówce, po rocznej przerwie nie ma! Wsiadłam dwukrotnie na rower w tym, raz tylko i wyłącznie dzięki opanowaniu i spokoju Jacka, który wstał ze mną o 5 rano, przezwyciężył wszystkie niepowodzenia na drodze z 3 piętra do samochodu i powiedział: “Jedź. Już wszystko jest ok. Dam radę z dziećmi. Zależy mi, żebyś pojechała”.

20150821_070018

Potem przyszedł IronMan Jacka, po którym miał odpoczywać, a ja miałam wejść w „ostatnią” fazę treningów. Plan wyglądał dobrze: basen, bieg, rower – zmobilizować ciało do większego wysiłku. Plan utrzymał się przez 12 godzin. We wtorek wieczorem, dzień po powrocie z Malborka, dokładnie 2 tygodnie przed moim startem, schodząc na śpiąco z antresoli, poleciałam. Spadłam z połowy wysokości schodów na sam dół obijając przy tym potwornie żebra. Jacka nie było w domu, mi rozładował się telefon i jedyne na co mnie było stać to położyć się na brzuchu i walczyć z myślami “Co Ty zrobiłaś?? Nie ma szans. Nie wystartuję. Głupia. Bez sensu. Po co??” itp. W nocy nie byłam w stanie podnieść Jaśka z łóżeczka i zaczęły się moje psychiczne wzloty i upadki. Od całkowitej rezygnacji, do pełnej mobilizacji: “Przestań się użalać nad sobą. Skończ myśleć i zacznij coś robić.” 

Raz poszłam na basem. W wodzie było ok, mogłam płynąć. Po wyjściu trochę gorzej, ale ruszałam się. Oddychałam płytko, żeby nie bolało. Codzienna kalkulacja, czy start w ogóle ma sens, nic na siłę, z drugiej strony “byłoby fajnie ukończyć taki bieg. To by mi dało kopa do dalszych treningów…”. 

W między czasie, gdy znów głośno analizowałam swój stan pod kątem tego czy pójść na rower czy nie, Jacek mnie zmotywował tekstem: “Pain is temporary, winning lasts forever”. Uśmiechnął się, a mi znów nie pozostało nic innego jak tylko ubrać się rzucając z uśmiechem pytanie, czy to reklama środków przeciwbólowych?;-) 

Ostatnie dwa tygodnie to była właściwie walka z myślami. Startować czy odpuścić. Bardzo chciałam, ale podświadomie wiedziałam, że nie jestem przygotowana i porywam się z motyką na słońce. Z drugiej strony potrzebowałam tego startu do dalszej motywacji, do uwierzenia w siebie, że jak się czegoś bardzo pragnie to mimo przeciwności można to zrealizować. 

I z takimi myślami w niedzielę rano pojechaliśmy całą rodzinką do Kórnika. Mania i Jacek w koszulkach Boogie Woogie Support Team, z głośników motywująca muzyczka i już wiedziałam, że to była dobra decyzja. Wszystkie myśli, które początkowo mnie gdzieś blokowały zostały odsunięte na bok, a zamiast nich pojawił się szeroki uśmiech. Niczego więcej nie potrzeba oprócz Jacka i dzieci, które widzą jak rozwijamy swoje pasje, dzielą je z nami i wspierają podczas przygotowań. Nic tak nie cieszy jak uśmiech Mani, która na nasz widok podczas wychodzenia z domu mówi: “Idziesz biegać?” lub “Pływasz?”. Nie ma płaczu, jest uśmiech na jej twarzy:)

IMG_6824

Emocje podczas zawodów są zawsze. Czy to bieg na 5km, czy maraton czy IM. Zawsze jest to pozytywne poddenerwowanie i niewiadoma jak to dzisiaj będzie. 

Rower odstawiony do strefy zmian, pianka na grzbiet i idziemy w stronę pomostu, z którego jest wejście do wody. Zawodnicy mieszają się z kibicami, wszyscy się uśmiechają i nawzajem poklepują i motywują słowami, że będzie dobrze. Ktoś mówi, że woda zimna, inni, że trzeba robić swoje i nie zwracać uwagi na przeciwności. Rzutem na taśmę na pomost wpadają rodzice, ostatnie buziaki i w drogę. 

IMG_6812IMG_6820

Woda faktycznie nie najcieplejsza, ale tragedii nie było. Pianka skutecznie chroni ciało przed dostaniem się wody. Pierwsze ruchy to było jedno wielkie przyzwyczajanie się do wyporności spowodowanej pianką. Nagle głośne odliczanie kibiców 3 2 1 – start. Żabka – kraul – żabka – raz nawet piesek jak dostałam w bark, ale potem spokojnie swoim tempem mijałam kolejną bojkę, byle do wyjścia z wody. Potem już nic mnie nie zatrzyma:) 

Dobieg do strefy zmian przypomniał mi dlaczego starty sprawiają mi taką radość. Tata z wielkim transparentem “Boogie Woogie jest z Tobą”, obok Mania krzycząca “Mama, mama”, Jacek pytający jak tam, gdzieś z boku Mama z Jasiem, który właśnie się obudził.

IMG_6950

Kask, skarpetki, buty i rower – 18km dookoła Jeziora Bnińskiego z dozwolonym draftingiem, czyli jazdą za innym zawodnikiem bez zachowania specjalnej odległości.

IMG_6916

O plecach nie pomyślałam ani razu. Pochyliłam się wygodnie na kierownicy i kręciłam. Schować się za kimś i jechać w tunelu – tak jechałam przez pierwsze 5km, ale potem jedni jechali trochę poniżej moich możliwości, a inni byli za szybcy i nie byłam w stanie utrzymać ich tempa. W związku z tym przemierzyłam samotnie większość trasy. Gdy zza budynków ukazała się wieża ratusza wiedziałam, że już 2/3 trasy za mną i teraz wszystko się okaże. 

12050989_996632443700485_142723702_o

Strefa zmian poszła gładko, jedno motywacyjne uderzenie rękoma w uda z gadką motywacyjną by mnie nie zawiodły. 4,2km czekały na mnie. Wiedziałam, że Jacek chciał biec ze mną i tak też się stało. Mania i Jasiek zostawieni u rodziców, a on biegł przy mnie cały czas wołając, że jest super i mam trzymać tempo. Pierwszy kilometr ciągnął się dość długo, ale gdy zobaczyłam, że tempo mam takie, o którym nawet nie myślałam po moich treningach w okolicach 6min/km było dużo lepiej. “Trzymaj tempo, jest super, biegnij, zaraz Cię dogonię” dodawały mi sił i wiedziałam, że ukończę, że jest dobrze. 

IMG_7012

Po nawrocie Jacek jeszcze dodał, że Mania już czeka i tu już nie mogłam się cofnąć. Jedynie mogłam wykrzesać z siebie odrobinę energii by szybciej ją przejąć od Taty, który przełożył Manię przez barierki i razem wbiegłyśmy na metę. Z moją małą Manią, dzięki której tak naprawdę zaczęłam biegać, bo ile można było chodzić tylko na spacery?;-)

12020691_996673907029672_1587740873_o

IMG_7039

Było i jest pięknie. Jasiek idealnie wyczuł moment, bo prawie przy samochodzie się obudził na karmienie, Mania padła z emocji w drodze powrotnej, a my z Jackiem, już wspólnie, możemy planować przyszłoroczny sezon:-) A potencjał jest, bo wracając do domu dostałam smsa, że zajęłam 4 miejsce w kategorii K30, a wśród kobiet 11:) W tym roku zamiast fazy roztrenowania zaczynam treningi i byle do przodu z kolejnymi celami i wsparciem ze strony najbliższych przyszłość wygląda bardzo obiecująco!:-)

IMG_7084

 P.S. Zdjęcia Jacek i Andriy Malenko z Zakład Fotograficzny

Przepis na Ironmana: marzenie + determinacja + ogromne wsparcie najbliższych [Castle Triathlon Malbork 2015]

W przypadku każdego marzenia, najważniejsze jest to, żeby bardzo chcieć je zrealizować. To nie może być takie zwykłe „chciałbym”. To musi być potężne „ja tego chcę i zrobię to, będę tym żył, będę o tym myślał, dążył do tego i będę zarażał innych optymizmem, żeby oddali mi go trochę, gdy mi będzie gorzej”. O! Tak to musi wyglądać. Tak właśnie było w przypadku mojego marzenia o Ironmanie.

Po zeszłorocznym starcie w 1/2 IM w Poznaniu zaczęła kiełkować we mnie myśl, że może ten ironman jest do zrobienia, że to przecież dla ludzi. Druga fala przemysleń przyszła w we wrześniu albo październiku po Forest Run kiedy pierwszy raz przebiegiem ponad 40 km i okazało się, że jest to w moim zasięgu.

Wystarczyło dodać do tego prawie 4 km pływania i 180 km na rowerze. Brzmi to jak żart i też tak o tym wtedy myślałem, ale cały czas tzw. pełny dystans wracał mi do głowy.

Po wielu poszukiwaniach znalazłem ciekawie wyglądające i co równie ważne, dość tanie, zawody w Malborku – Castle Triathlon Malbork. Najpóźniejszy ironman w sezonie – 6 września 2015. Chodziłem wokół tego tematu na pies wokół jeża. Trenażer na stałe zagościł w domu, dłuższe bieganie przychodziło jakby łatwiej, ale cały czas nie było decyzji.

IMG_6436

W grudniu zapytałem Agnieszkę, co sądzi o moim pomyśle startu w ironmanie. Odpowiedziała pozytywnie i to było bardzo budujące. Mimo wszystko chyba jeszcze nie czuła tego aż tak jak ja. Decyzja w mojej głowie już zapadła, a klamka zapadła w Sylwestra, przed samą imprezą. Zarejestrowałem się, zapłaciłem i już.

Pierwszego stycznia poszedłem biegać po pagórkowatych ścieżkach Kotliny Kłodzkiej (no bo impreza imprezą, ale IM czeka!) i tego samego dnia coś mnie zaczęło boleć w kolanie. Tak jakby organizm powiedział: „chyba sobie gościu jaja robisz z tym ajronmenem”.

Oszczędzę wam opisu wzlotów i upadków, treningów, litrów wylanego potu i okresów, w których nie mogłem się ruszać (tak, takie okołokontuzyjne też były). Osiem miesięcy przygotowań, w czasie których pojawił się na świecie Jasiu, mieliśmy trochę rodzinnych przebojów zakończonych happyendem i różnych wyzwań to był bardzo intensywny czas. Bardzo mało startowałem, ale za namową Agnieszki od czerwca to się zmieniło. Wiedziałem, że chcę choć raz pokonać żelazny dystans każdej z dyscyplin, żeby psychicznie zmierzyć się z tym co czeka mnie w Malborku. Bieganie miałem już zaliczone i to zdecydowanie była moja najmocniejsza strona. Z pływaniem rozprawiłem się w czerwcu podczas zawodów w Poznaniu, a na rowerze… mi nie wyszło. Najdłuższy trening miał ok. 100 km.

Mocno podbudowała mnie jednak życiówka w półmaratonie i zdecydowanie lepsze niż w zeszłym roku wyniki w 1/4 i 1/2 IM. Historię o złamanym widelcu już znacie. Po ENEA Challenge Poznań miałem 6 tygodni na przejście z trybu 1/2 do 1 🙂 W końcu nadszedł czas wyjazdu do Malborka.

Wyobraź sobie ciemną noc, majaczący w oddali wielki krzyżacki zamek stojący nad czarną rzeką, wrześniowy chłód i szum silnego wiatru, pomimo którego w głowie masz ciszę. Tak właśnie czułem się przed 5 rano, kiedy szedłem do strefy zmian. Reflektory oświetlające tylko część terenu, ten przyjemny harmider i poczucie, że wszyscy są tutaj, żeby powalczyć – o rekord, wynik albo po prostu o przecięcie mety. Zawodnicy stojący przed rowerami i wyglądający jakby modlili się, a w rzeczywistości odtwarzający sekwencję, którą będą wykonywać po wyjściu z wody i powrocie z roweru. To wszystko po to, żeby upewnić się, że kask (!) jest na miejscu, a buty nie zostały w samochodzie.

Jeszcze tylko krótka przebieżka, żeby rozruszać organizm i wprowadzić serce na wyższe obroty. Potem wciśnięcie się w piankę i 15 minut czekania na brzegu. Robiło się coraz jaśniej, ale wiejący wiatr wskazywał na to, że to nie będzie najłatwiejszy dzień.

IMG_6370
Ubieranie pianki

 

IMG_6374

IMG_6380

Pływanie poszło mi mniej więcej tak jak się spodziewałem. Wbrew pozorom prąd nie był zbyt silny, więc należało po prostu płynąć swoje. Dla mnie był to etap, który traktowałem trochę po macoszemu, bo wolałem skupić się na treningu biegowym i rowerowym. Czas ok.1:27 był przeciętny i na pewno można tu sporo poprawić.

malborkironman_2015_00329
Rycerze czuwali, żeby wszystko było w porządku!

 

W strefie zmian (T1) pianka powędrowała do worka, sucha koszulka na grzbiet (chyba nie przekonam się do trisuit’ów), Tomkowe rękawki na ramiona, toi-toi i bieg z rowerem. W tzw. międzyczasie zamieszałem się jeszcze w obsłudze zegarka i straciłem trochę czasu. Miałem tydzień na zaprzyjaźnienie się z nim (zegarkiem), ale w obliczu 180 kilometrów, które mnie czekały, chyba po prostu zapomniałem co i jak miałem przyciskać.

IMG_6416
Szybkie ubieranie i w drogę

malborkironman_2015_07587

No i zaczęło się. Sześć pętli po 30 kilometrów. Pętli, ale nie okrągłych, tylko takich z nawrotami, które po euforii jazdy z wiatrem ustawiały wszystkich do pionu wiejąc w pysk w prędkością (podobno) do 60 km/h. Założenie było proste – utrzymać średnią 30 km/h i zamknąć etap rowerowy w 6 godzin. Asfalt był świetny, trasa płaska, więc w normalnych warunkach (bez wiatru albo przynajmniej z wiejącym słabiej) było to spokojnie w moim zasięgu. Tym razem okazało się za trudne. No, ale zanim tak się okazało to spędziłem na siodełku ponad 6 godzin i miałem sporo czasu na myślenie.

Na początku jest euforia, wola walki i zachłyśnięcie nowościami. „Super, robię etap rowerowy na dystansie IM, nigdy nie przejechałem tyle w jeden dzień. Daję radę, dobrze się czuję” itd. Później przychodzą myśli typu: „O, jeszcze 4 razy będę dzisiaj w tym miejscu. Tak to będzie za 120 km”. Jeszcze w innym momencie wewnętrzna gadka motywacyjna. Czasem w wersji soft (najczęściej jadąc z wiatrem): „Dajesz, jest super. Aaaaa euforia. Jak te koła pięknie się toczą”, a czasem w wersji hard (pod wiatr): „Chcesz być ajronmenem, to musisz to k**** wydrzeć, samo nie przyjdzie, nikt za ciebie tego nie zrobi”. Wiem, że motywacja, a szczególnie automotywacja w sporcie ma olbrzymie znaczenie. Potrafię uzyskać taki efekt np. słuchając odpowiedniej muzyki. Z tym, że na zawodach tri najczęściej używanie słuchawek jest zabronione ze względów bezpieczeństwa. Zatem jedziesz sobie na rowerze już 3,5 godziny, w uszach masz ciągłe „pssssszzzzzzz, psssssszzzzzz” (głośny szum wiatru i opływającego cię powietrza) i musisz jakoś sobie pomóc. No i wtedy te różne motywacyjne myśli krążą po głowie.

IMG_6460
Chyba po 4 kółku czyli 120 kilometrów w nogach

www.maratomania.pl

malborkironman_2015_08260

IMG_6427

Są też chwile kompletnego rozłączenia – po prostu pedałujesz i ciśniesz przed siebie. Zadnego kombinowania, planowania, zastanawiania. Nic. Po prostu przed siebie.

No i są też chwile absurdalno-humorystyczne. Jakieś 115 km za mną, a tu nagle do głowy z hukiem wpada Anna Maria Jopek i śpiewa: „… jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę … a jakiś bies wciąż powtarza mi pędzej …” Wszystko na miejscu 🙂 Jest śmiesznie.
Czasem podśpiewuję Boogie Woogie (hit od Mańki ze żłobka), a czasem nucę dźwięki z filmów, które pojawiają się na YouTube, gdy wpisze się „ironman motivation”. To wszystko to elementy tej świadomej i nieświadomej wizualizacji, którą uprawiałem przez ostatnie miesiące biegając, kręcąc na trenażerze, jeżdżąc na rowerze czy po prostu odpoczywając na kanapie. To jest niesamowita siła!

/od tego miejsca piszę po raz drugi, bo napisany wczoraj wpis poszedł w …. skasował się/

Olbrzymim źródłem energii byli Moi Kochani Kibice – Agnieszka, Mania, Jasiu, moi Rodzice, rodzice Agnieszki i Magda. Byli ze mną od samego rana, czekali po każdym okrążeniu, przygotowali niesamowite transparenty, krzyczeli i dopingowali. Zorganizowali nawet megafon, przez który napędzili mnie do walki na rowerze. Do tego mogłem liczyć na to, że dostanę bidon z magicznym napojem elektrolitowym albo po prostu dobre słowo. Czasem nie reagowałem, ale doskonale słyszałem wszystko co do mnie mówili i bardzo mnie to niosło.

IMG_6442
Najlepsi Kibice na Świecie!
IMG_6527
Kibic nie wielbłąd… 🙂

IMG_6443

IMG_6446

IMG_6535

IMG_6637

Wyjeżdżając na ostatnie kółko czułem, że to co się dzieje jest niezwykłe. Od pewnego momentu cały czas przekraczałem granicę tego co znałem w wcześniejszych zawodów czy treningów. Jeszcze tylko podziękowanie dla sędziów i wolontariuszy, ostatnie piątki przybite z dzieciakami wołającymi „a nie ma pan pustego bidona?” i jazda do mety tego etapu. W tzw. międzyczasie przypałętał się deszcz. Zrobiło się siwo i razem z wiatrem zaczęły wirować szybkie krople. Wtedy pomyślałem sobie, że każde doświadczenie na coś się przydaje. Tych wiele razy, kiedy w górach była zła pogoda i ogólny syf spowodowało, że ten rowerowy deszcz przyjąłem dość spokojnie. Po prostu pada, a ja jadę. Tyle. Bez marudzenia. Takie zebrane doświadczenia mają duże znaczenie, bo np. jakbym był zmęczony i bolało by mnie wszystko to mógłbym w obliczu tego deszczu zatrzymać się i powiedzieć, że jest mi ciężko i mam to wszystko gdzieś.

W końcu licznik pokazał coś w okolicach 180 km (!),a ja zbliżyłem się do belki oznaczającej koniec etapu rowerowego. Po ponad 6 godzinach byłem przygotowany na lekki skurcz w udzie podczas schodzenia z roweru. Przełożyłem nogę, zrobiłem kilka chwiejnych kroków i … nic. Biegnę do strefy zmian i jest świetnie. Aż trudno w to uwierzyć. Odwieszam rower, zmieniam buty, zakładam pas z bidonem, czapkę w biegu, banana w rękę i go! Jeszcze Tata biegnie obok mnie i pyta jak jest, a ja z uśmiechem odpowiadam, że super i że teraz jeszcze tylko 42 kilometry. To bardzo ważne – NIE maraton, a po prostu 42 kilometry. Takie zagrywki psychologiczne 🙂
Okazało się, że w drugiej strefie zmian (T2) miałem 18. czas wśród wszystkich zawodników – zebrałem się nawet szybciej niż zwycięzca.

IMG_6570
Przytulak wzmacniający po zejściu z roweru

Już wcześniej zaplanowałem sobie ten bieg po zdrowie, ale na rowerze jeszcze raz powtórzyłem taktykę: zaczynam nie szybciej niż 5:30 min/km (11 km/h) i biegnę przynajmniej półmaraton, a potem się zobaczy. Efekt był taki, że po półmaratonie miałem średnią ok. 6 min /km (10 km/h) i było naprawdę fajnie. Oczywiście na początku nogi były rozpędzone pedałowaniem i chciały szybciej, ale robiłem co mogłem, żeby zwolnić. Trasa wiodła przez asfalt, kocie łby, trawę i szutr, a to wszystko wzdłuż Nogatu, no i oczywiście pod murami zamkowymi. Ludzi na trasie sporo, więc można było porozmawiać.

IMG_6623
No i kto ma taką teściową, żeby z nim maraton podczas IM biegła? Hę?

malborkironman_2015_10362

Po każdym kółku (a było ich znowu 6) witała mnie grupa Moich Kibiców z Manią na czele, która przesyłała mi buziaki i dopingowała tak, że energia płynęła szerokim strumieniem. Cały czas dbałem też o energię w płynie i stałą, bo miałem za sobą już jakieś 10 godzin ruchu. W ramach rozszerzania menu spróbowałem batona PowerBar – połówkę zjadłem w ciągu 10 minut, a resztę wyrzuciłem i drożdżówki – po kilku minutach wytworzyłem z niej drożdżową kulę, którą mogłem podzielić się z okolicznymi wędkarzami. To tylko upewniło mnie, że sprawdzone banany, żele i moje batony są dobrym wyborem i w ten sposób żywiłem się dalej.

Czasem zastanawiałem się czy nadejdzie jakaś ściana, niemoc, załamanie czy inny kryzys. Nic takiego nie stanęło na mojej drodze. To chyba był po prostu „ten dzień”, kiedy miałem zadebiutować na żelaznym dystansie. W okolicach 25 kilometra jedna kostka nadała jakiś sygnał ostrzegawczy, ale chwilę porozmawialiśmy sobie w zaciszu i ustaliliśmy, że czeka nas jeszcze robota do wykonania i nie ma co się wygłupiać. Po chwili odpuściła.

Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale w zasadzie to wszystko przestawało się liczyć.  Wiedziałem, czułem, że będę dzisiaj na mecie i dotrę tam o własnych siłach. Po pierwszych 3 kółkach, pomimo gorszego niż zakładany, czasu na rowerze ostrzyłem sobie zęby na złamanie 12 godzin, ale kolejne 21 kilometrów biegu zweryfikowało moje zapędy 🙂

Gdy zostało mi do zrobienia ostatnie kółko, zacząłem czuć jakąś dziwną ulgę i radość. Rodzice kibicowali, zagrzewali do biegu, a inni zawodnicy widząc już 5 opasek na nadgarstku życzyli powodzenia. Biegłem, a ostatnie 1,5 kilometra to ciągłe przyspieszanie z mocnym finiszem. Biegnąc już w okolicy strefy zmian przywitał mnie Tata, ukłonił się w pas, rozemocjonowany przybił mi piątkę i pognał wzdłuż taśmy. Odebrałem ostatnią opaskę potwierdzającą przebiegnięcie całego dystansu i pędziłem do mety z rękoma w górze. Ta mieszanka uczuć była niesamowita i naprawdę ciężko to opisać. Kilkanaście metrów przed metą odebrałem jeszcze Manię i razem przecięliśmy linię mety – bardzo mi na tym zależało.

IMG_6658
Finisz i uczucie, że to naprawdę to zrobiłem
malborkironman_2015_04959
Chwila radości. Wielkiej Radości
IMG_6694
Z Manią na mecie

 

Stało się – po 12 godzinach 28 minutach 50 sekundach zostawiłem 226 kilometrów trasy za sobą. Wydarłem się tak, że aż Mania chyba się przestraszyła, ale od razu przytuliliśmy się mocno. Odebrałem medal i ruszyłem do Kibiców. Uściskom i gratulacjom nie było końca. To był piękny moment. Jak się później okazało zameldowałem się w pierwszej połowie stawki zajmując 80 miejsce na 172 osoby, które ukończyły i 18 w kategorii M30.

Gdy rozmawiałem z Kibicami, podszedł do mnie Marcin Waniewski – współorganizator zawodów i komentator – i zapytał o wrażenia (chyba dlatego, że mieliśmy z Manią efektowny finisz). Nie wiem czy to dokładny cytat, ale powiedziałem chyba tak:

Ten medal dedykuję Agnieszce i naszym dzieciom: Mani i Jasiowi, bo bez nich nie byłoby mnie tutaj, mojej Mamie, która wygrała w tym roku ze straszną chorobą i jest dla mnie niesamowitą inspiracją i mojego bratu Tomkowi, który gdyby tylko mógł byłby tutaj ze mną.”

Nawet teraz, tydzień po tamtej chwili mam łzy w oczach. To była dla mnie duża sprawa, bo po raz kolejny uświadomiłem sobie, że sam nie dałbym rady skończyć ironmana.

IMG_6708
Krótki wywiad z Marcinem Waniewskim

 

Po tym tygodniu przygotowałem sobie taką grafikę, która to wszystko oddaje i myślę, że będzie mi jeszcze długo przypominać o tej niezwykłej drodze i niesamowitym dniu:

ironman6

W tym miejscu dziękuję wszystkim, który wspierali mnie przed zawodami i w trakcie nich przez smsy, maile, Facebook’a i rozmowy. Poza już wymienionymi przede wszystkim dziękuję mojej siostrze Marysi, Witkowi, Jackowi i Tosi. Następnym razem jedziecie z nami!

TriRodzina w komplecie
TriRodzina w komplecie

To co było dalej nie ma już znaczenia. Spełniłem ogromne marzenie i osiągnąłem największy sportowy sukces w życiu.

Wiem, że mi się to podoba i chcę jeszcze tego spróbować, bo przecież tyle pięknych tras czeka na świecie, no i te 12 godzin jest w moim zasięgu. Teraz już to wiem.

Mam dla Was jeszcze opowieść o tym co zdarzyło się następnego dnia, ale to już w następnym wpisie.

P.S. A tak dla jasności – to był mój piąty triathlonowy start w życiu 🙂 #copowiedzątrenerzy ?

Zmiana nagłówka cz.2. :)

Cześć dzieciaki i wszystkim, którzy od czasu do czasu tu zaglądacie;)

Maniu i Jasiu – dzięki za ostatni wpis! Świetnie opisaliście nasze ostatnie wyczyny oraz odczytaliście to, że jesteśmy bardzo szczęśliwymi rodzicami:) To w dużej mierze Wasza zasługa, bo jak widać po wpisie bardzo nam pomagacie, a czasem zastępujecie, jeśli zwyczajnie my nie mamy czasu lub siły:)

Odpowiadając na Wasze wątpliwości i nie do końca zrozumiane sytuacje to tak:

  1. Macie rację pisząc, że “chyba rodzice są szczęśliwi”: Jesteśmy NAJszczęśliwszymi rodzicami, bo jesteśmy we czwórkę, dogadujemy się w na spacerach, w kawalerce, w naszym mieszkaniu, na wakacjach itp. itd. Jakoś nam się to udaje i oby tak dalej;)
  2. Lekko zdenerwowana mama w Bydgoszczy – podczas zawodów Taty faktycznie myślałam o tym, żeby już zacząć biegać z Wami, bo też to bardzo lubię, ale już niedługo będziemy trenować we czwórkę z czego bardzo się cieszę! Poza tym każdy start Taty przeżywam, bo to jednak spory wysiłek, ale jak widać Taty treningi nie idą na marne:)
  3. Bardzo głośne krzyczenie – Tak – krzyczałam bardzo mocno jak już Tata dobiegał do mety, bo miał bardzo dobry czas, nawet lepszy o 6 minut w stosunku do tego co sobie rozpisał. (Na pewno to dzięki Waszemu i Dziadków dopingowi na zakręcie jak Tata jechał rowerem).

Co dalej?

Przede wszystkim zmieniliśmy nagłówek! Dookoła Świata – Agnieszka Jacek Marianna Jaś!

banner1

Teraz jest pięknie:) Dzięki, że nas zmobilizowaliście.

A teraz zbierajcie siły, bo już w najbliższy weekend znowu czeka nas świetna zabawa. Najpierw w sobotę lecimy kibicować Wujkom podczas startu na dystansie olimpijskim, a w niedziele…Tak, tak – znowu będzie potrzebne wsparcie naszego zespołu Boogie Woogie, bo Tata biegnie na dystansie ½ IM. To będą dłuższe zawody, ale damy radę!!:)

W zastępstwie rodziców:)

Chyba się nie doczekam na kolejny artykuł pod tytułem “kolejna zmiana nagłówka”, bo minął już miesiąc odkąd pojawiłem się na świecie, a rodzice jakoś nie pchają się do dodania mojego imienia na naszej stronie:)

IMG_4801 copy

Wpadłem więc na pomysł, że jak oni nie chcą zmienić nagłówka to po prostu napiszę co się u mnie działo w ostatnim okresie. Poproszę jeszcze Manię, żeby mi pomogła, bo ona to już potrafi prawie pisać i trochę liczyć, omijając wprawdzie 6 i 7, ale i tak jestem z niej dumny:)

A zatem – cześć i czołem – tu Mania i Jasiek 🙂

IMG_4397

Jesteśmy już we dwójkę, więc trochę życie stanęło na głowie, ale rodzice mimo wszystko wydają się szczęśliwi. Aż czasem się z Manią im dziwimy, bo lubimy razem się cieszyć, ale też płakać. Jak ja płacze to Mania najpierw mówi “Jasiu NIE płaaacz”, a potem jak jej nie słucham to zaczyna mi wtórować i dopiero wtedy jest naprawdę głośno:)

Rodzice jednak nie mogą narzekać. Przez miesiąc po moim porodzie mieszkaliśmy w kawalerce i było świetnie. Wszyscy na kupie, fajnie się zgraliśmy, Mania spisała się na medal witając mnie w domu, a ja też nie wchodziłem jej zbytnio w drogę, żeby się nie denerwowała. Przez ten miesiąc zrobiliśmy troche wycieczek, ale najczęstszymi były te o nazwie “do panów”, czyli chodziliśmy do naszego starego mieszkania, żeby zobaczyć czy dobre ściany zostały wyburzone, bo czasem był taki huk, że mama myślała, że coś nam zleci na głowę. Na szczęście nic takiego się nie stało i już od dwóch dni szczęśliwie mieszkamy w nowym miejscu. Jest super! Widać, że rodzice są szczęśliwi, Mania też, bo ma swój pokój, do którego niedługo ja także się wprowadzę:)

Poza tymi krótkimi byliśmy z Mania na kilku dłuższych wycieczkach, bo rodzice chcieli przetestowac nasz nowy pojazd, do którego możemy wsiadać we dwójkę. Jest niezła zabawa, chociaż przyznaję, że większość w nim śpię, bo mam wygodny hamak, który bardzo szybko mnie usypia. Marianna za to podziwia świat i czasem chwyta mnie za rękę licząc czy na pewno mam wszystkie palce;) Jak na razie wszyscy jesteśmy z niego zadowoleni, bo sprawdza się nad jeziorem, w parkach i nawet przy pałacach:)

IMG_4603

Przez tydzień byłem sam z rodzicami, bo Mania pojechała na wakacje do dziadków. Z tego co opowiada to było fajnie, bo jeździła ciuchcią, była na basenie, w ZOO, a dodatkowo mogła jeść mnóstwo owoców prosto z drzewa, w tym czereśnie jeszcze przed śniadaniem!

Jak się w końcu spotkaliśmy to ruszyliśmy w jak dotąd najdalszą wycieczkę – do Bydgoszczy. Wreszcie zrozumiałem, dlaczego tata czasem wychodzi w nocy w krótkich spodenkach, albo nie ma go jak się budzę i Mania mówi, że “tata jest rybą”. W tym mieście, o trudnej nazwie, były zawody, gdzie było pełno ludzi, którzy chodzili z rowerami, ale także w takich śmiesznych strojach, przez które Mania nazywa tate rybą. Pojechaliśmy dzień przed zawodami, żeby się przygotować, a „nie biegać o 5 rano i jechać na łeb na szyję” (usłyszałem dyskusję rodziców). Fajnie, że byliśmy wcześniej, bo byli także Ciocie i Wujkowie, którym to bieganie też sprawia radość, bo wszyscy się cały czas uśmiechali. 

IMG_4871

Wieczorem na rowerach pojechałam z Tatą odstawić jego rower do takiego specjalnego miejsca, gdzie je wszyscy wieszali na takiej specjalnej rurze.

DSC_0220~2

Czekal tam na tate do rana, jak już wyjdzie z wody. Jasiek jechał w wózku, który prowadziła mama. Potem spotkaliśmy się i jeszcze przeszliśmy trasę, żeby Mama wiedziała, którędy sprawnie przebiec z nami, byśmy mogli klaskać i krzyczeć “Go Tatusiu!”. 

W nocy starałem się być cichutko, żeby tata mógł się wyspać i prawie mi się to udało:) Obudziłem się dopiero jak Mania spadła z hotelowego łóżka. Chwilę oboje płakaliśmy, ale potem zasnęliśmy w idealnych dla nas pozycjach i tak było już niemal do rana:)

DSC_0228

DSC_0233

Od rana śniadanie i trzeba było iść kibicować, ponieważ Wujkowie zaczynali biegać przed Tatą. Wszyscy bardzo szybko się poruszali, żę Mama i Jasiek nie zdążyli na start Wujków do wody. Ale z tego co Jasiek pokazał to stali przy trasie, gdzie Wujkowie wsiadali na rowery. Chyba szybko płynęli, bo też ich chciałam zobaczyć, ale mi uciekli. 

IMG_4934

Ale najważniejszy był jednak start Taty. Mama wyglądała na trochę zdenerwowaną, ale to pewnie dlatego, że sama nie mogła biec. To się pewnie już niedługo to się zmieni. W każdym razie tata zaczął się przebierać, ale my byliśmy już lekko zmęczeni i głodni, więc trochę płakaliśmy, żeby nie odchodził, ale mama wytłumaczyła, że musimy teraz głośno krzyczeć “brawo i go tatusiu”, żeby jak najszybciej do nas wrócił.

IMG_4951

Poza tym nagle podeszli do naszego wózka dziadkowie i od razu lepiej nam się zrobiło. Poczekaliśmy blisko barierek ok. 20 minut i nagle paojawił się tata!

IMG_4971

Najbardziej krzyczała mama, bo musimy przyznać, ze tylko ona go zauważyła (Jasiek spał, a ja bawiłam się misiem). ale wtedy postanowiliśmy już nie opuszczać kolejnego miejsca i patrzeć cały czas czy tata nie zbliża się na rowerze.

IMG_4989 copy

Wiedzieliśmy, o której ma przyjechać, więc cały czas głośno kibicowaliśmy. Nagle dziadek bardzo głośno krzyknął, że tata jedzie i przejechał obok nas! Ale jechał szybkooo…

IMG_4987

Byliśmy bardzo szczęśliwi, więc poszliśmy na lody:) Jedliśmy je tak długo, że tata prawie zdążył zejść z roweru i poszedł biegać. Na szczęście dziadek pilnował trasy i znowu krzyknął, że tata już jest! 

Emocji było za dużo, więc tym razem Mania zasnęła, ale ja postanowiłem się obudzić, bo znowu byłem głodny…To kibicowanie to chyba wyciąga:) Usiedliśmy z Babcią i mamą pod drzewem, żeby chwilę odpocząć. Nie mieliśmy dużo czasu, bo tata miał dzisiaj dużo siły i baliśmy się, że wbiegnie na metę bez nas. Prawie mu się to udało, ale dosłownie kilka minut wcześniej ustawiliśmy się przy barierkach, żeby mu kibicować na ostatniej prostej.

IMG_5013

Mama strasznie krzyczała, ale widać, że się cieszyła, bo tata był uśmiechnięty i pobił jakiś rekord.

IMG_5019

Nie rozumiałem o czym mówiła, ale chyba tata miał naprawdę dobry wynik:) 

IMG_5022

IMG_5050

Tata na mecie spotkał Wujków, z którymi jeszcze poszedł odpocząć, a my już czekaliśmy, żebyśmy razem mogli świętować na obiedzie:) 

IMG_5031

Wieczorem wróciliśmy do domu i wszyscy równo zasnęliśmy. To był fajny weekend. Podobno kolejne też takie mają być, tylko rodzice zgodnie mówią, że te następne będą już tylko cięższe…NIe wiemy co to oznacza, ale damy radę, bo w końcu tworzymy Boogie Woogie Support Team:)

IMG_4885

W poszukiwaniu spokoju

Od jakiegoś czasu chodziła za nami myśl by gdzieś wyjechać. Pytanie było tylko “dokąd”? 

– Za granicę czy w Polsce?

A kiedy? 

– Marzec? Czy na Polskę nie będzie za zimno?

Atrakcje?

– dla Mani, dla nas?

I tak chodziliśmy przez jakiś czas do pracy z myślami kołatającymi wokół propozycji, które pojawiły się w komentarzach pod wpisem Jacka: 

„Poszukiwana: agroturystyka / pensjonat, max 4-5 godz jazdy od Poznania, atrakcje dla Mańki w postaci zwierząt, lasu, ew. basenu w okolicy mile widziane. W skrócie: szukamy miejsca na rodzinny chillout:)”

Pomimo tego, że było ich dużo, cały czas zastanawialiśmy się czy warto jechać na 5 dni nad Biebrzę. A może jednak nie tylko nad Biebrzę, ale także do Białowieży…I tak, nadal bez odpowiedzi, doszliśmy do tego, że w ogóle wzięliśmy urlop:) Dzień przed planowanym wyjazdem w drodze do pracy Jacek wykonał telefon do Agroturystyki Rajskie Siedlisko w Przychodzku, czyli w zupełnie inne, niż początkowo planowane miejsca. Niestety, właścicielka jest za granicą i pisze, że zaprasza od soboty, bo dopiero wraca z jakiejś podróży. Nie mając już pomysłów, chęci na dalsze myślenie dokąd pojedziemy przesunęliśmy o jeden dzień urlopy i potwierdziliśmy przyjazd od soboty. 

Przychodzko znaliśmy już wcześniej, bo jeździliśmy tam do znajomych, gdzie zawsze jest gwar i pełno uśmiechniętych ludzi, ale tym razem postanowiliśmy, że będziemy odpoczywać. Tak – my zamierzaliśmy położyć się z książką, gazetami, obłożeni wieczorem grami i nic, ale to absolutnie nic, poza zabawą z Manią robić;-) Perspektywa iście nie w naszym stylu, ale widocznie tego potrzebowaliśmy. 

IMG_2359

Tylko godzina jazdy samochodem od Poznania i jest – wjeżdżamy do lasu i trafiamy do Pani Eli, Wiki i Leosia:) 

Na miejscu zastajemy ponad 100letni dom, w którym na stałe mieszka Pani Ela z suczką, pięknym i spokojnym owczarkiem szwajcarskim oraz kotem polskim. Na piętrze znajdują się cztery pokoje dla 10 gości. 

IMG_2329

Wielki ogród, stodoła, garaż, w oddali piaskownica dla dzieci oraz później wyciągnięta huśtawka. Bujany fotel na ganku i cisza oraz spokój. Jednym słowem wyjątkowo piękny brak atrakcji, których jeśli sam sobie nie zapewnisz poprzez bycie kreatywnym to ich nie dostaniesz. I właśnie o ten brak atrakcji nam chodziło. 

IMG_2318

Zaczęło się – 5 dni pięknej, błogiej laby w wiosennym słońcu:)

Więcej nie ma o czym pisać, bo naprawdę ograniczyliśmy się do atrakcji typu:

  • piaskownica
  • zabawy z psem
  • poprawnego artykułowania imienia Wiki oraz słowa Kotek
  • lasu
  • wsłuchiwania się w ciszę
  • spacerów
  • pysznego jedzenia – Pani Ela minęła się z powołaniem – MNIAM! 
  • i na koniec – niech będzie – wyjazdu do Wolsztyna w celu obejrzenia ciuch, ciuch:) 

Zresztą sami zobaczcie jak pięknie można spędzić czas:)

IMG_2238

IMG_2274

IMG_2245

IMG_2377

IMG_2446

IMG_2523

Do Pani Eli i Rajskiego Siedliska na pewno wrócimy, bo takie osoby i miejsca przyciągają:)

USA – Los Angeles, San Diego

Powróciliśmy! Cali, zdrowi, szczęśliwi i pełni zapału do działania i pisania:)

Początkowo chcieliśmy pisać co tydzień podczas wyjazdu, ale jak to z nami bywa, byliśmy na aktywnych wakacjach i najzwyczajniej w świecie nie było czasu:)

Zatem zabieram się za nadrabianie zaległości. Relację podzielimy na części – w najbliższym czasie pojawi się tu kilka newsów, więc zaglądajcie, czytajcie i może Was to zainspiruje:)

Czytaj dalej USA – Los Angeles, San Diego

Ruszamy!!:)

No to w drogę!:)

Czas rozpocząć kolejną przygodę!

Uwielbiamy uczucie zbliżającego się wyjazdu. Z każdą minutą coraz bardziej szczęśliwi, czekający tylko na wejście do jakiegokolwiek środka lokomocji, który przeniesie nas w nieznane:) Już za kilka godzin wsiądziemy do samolotu i ziści się kolejne marzenie. Eh, piękne uczucie i tyle:)

Poniżej ostatnie zdjęcie z przygotowań:)

Czytaj dalej Ruszamy!!:)

Przygotowania fizyczne:)

Do wyjazdu po Stanach zostało jeszcze trochę czasu, więc jak na razie przygotowania ograniczają się do fizycznych:) Powiększyliśmy nasze starty biegowe o 100%, czyli o jedne zawody:)

Oprócz comiesięcznych zawodów „Z biegiem natury” nad Rusałką wystartowaliśmy jeszcze w „Endu Winter Run” nad Maltą. Jak dla mnie było to całkowicie nowe doświadczenie po pierwsze dlatego,  że dotychczas biegałam po lasach, a tu prosta, wyasfaltowana ścieżka, a po drugie dystans zwiększył się do 10,8km:) Mimo wszystko ani jedno ani drugie nie przeszkodziło nam w dobiegnięciu do mety przy akompaniamencie „Rydwanów ognia”, otrzymaniu medalu i ostatecznie pobiciu założonego czasu o kilka minut!

Czytaj dalej Przygotowania fizyczne:)

Zmiana nagłówka na stronie

Wreszcie nadszedł czas, aby zmienić nagłówek na naszej stronie.

Od czasu jej założenia w 2005 roku, kiedy to wymarzyliśmy sobie podróż dookoła świata, aż do teraz, na górze strony i tekstach zawsze pisaliśmy – Agnieszka i Jacek. Najpierw jako para, potem jako małżeństwo, staraliśmy się opisywać gdzie jeździmy i co robimy. Staraliśmy się przekazać w jaki sposób spełniamy nasze marzenia.

Fakt, że w tym roku pojawiły się tylko dwa news’y nie świadczy o tym, że zaprzestaliśmy realizacji naszych marzeń. Bardziej było to spowodowane brakiem mobilizacji, sporej liczby zadań oraz zawsze tzw. „ważniejszych rzeczy”.

Może się wydawać, że jest to news podsumowujący 2013 rok, ale jeszcze nie:) Mamy silne postanowienie wrócić do starej tradycji w miarę regularnego pisania wiadomości na stronie.

Ten news jest to po prostu zapowiedzią nowej jakości newsów;-) Na naszej stronie jeszcze tego nie było, ale czas zacząć, ponieważ 24 sierpnia urodziła się mała poszukiwaczka przygód – Marianna – anioł z czarną czupryną;)

IMG_7584

 

IMG_8337_manka

Najwyższy czas, aby dodać na stronie kategorię „podróże / sporty z dzieckiem”. Będziemy się dzielić tym, że można, jest to do zrealizowania i wcale nie jest to takie trudne jak by się mogło wydawać.

A zatem – już we Trójkę – wprowadzamy nową jakość na www.DookolaSwiata.org!

Agnieszka, Jacek i Marianna