Archiwum kategorii: rower

Przepis na Ironmana: marzenie + determinacja + ogromne wsparcie najbliższych [Castle Triathlon Malbork 2015]

W przypadku każdego marzenia, najważniejsze jest to, żeby bardzo chcieć je zrealizować. To nie może być takie zwykłe „chciałbym”. To musi być potężne „ja tego chcę i zrobię to, będę tym żył, będę o tym myślał, dążył do tego i będę zarażał innych optymizmem, żeby oddali mi go trochę, gdy mi będzie gorzej”. O! Tak to musi wyglądać. Tak właśnie było w przypadku mojego marzenia o Ironmanie.

Po zeszłorocznym starcie w 1/2 IM w Poznaniu zaczęła kiełkować we mnie myśl, że może ten ironman jest do zrobienia, że to przecież dla ludzi. Druga fala przemysleń przyszła w we wrześniu albo październiku po Forest Run kiedy pierwszy raz przebiegiem ponad 40 km i okazało się, że jest to w moim zasięgu.

Wystarczyło dodać do tego prawie 4 km pływania i 180 km na rowerze. Brzmi to jak żart i też tak o tym wtedy myślałem, ale cały czas tzw. pełny dystans wracał mi do głowy.

Po wielu poszukiwaniach znalazłem ciekawie wyglądające i co równie ważne, dość tanie, zawody w Malborku – Castle Triathlon Malbork. Najpóźniejszy ironman w sezonie – 6 września 2015. Chodziłem wokół tego tematu na pies wokół jeża. Trenażer na stałe zagościł w domu, dłuższe bieganie przychodziło jakby łatwiej, ale cały czas nie było decyzji.

IMG_6436

W grudniu zapytałem Agnieszkę, co sądzi o moim pomyśle startu w ironmanie. Odpowiedziała pozytywnie i to było bardzo budujące. Mimo wszystko chyba jeszcze nie czuła tego aż tak jak ja. Decyzja w mojej głowie już zapadła, a klamka zapadła w Sylwestra, przed samą imprezą. Zarejestrowałem się, zapłaciłem i już.

Pierwszego stycznia poszedłem biegać po pagórkowatych ścieżkach Kotliny Kłodzkiej (no bo impreza imprezą, ale IM czeka!) i tego samego dnia coś mnie zaczęło boleć w kolanie. Tak jakby organizm powiedział: „chyba sobie gościu jaja robisz z tym ajronmenem”.

Oszczędzę wam opisu wzlotów i upadków, treningów, litrów wylanego potu i okresów, w których nie mogłem się ruszać (tak, takie okołokontuzyjne też były). Osiem miesięcy przygotowań, w czasie których pojawił się na świecie Jasiu, mieliśmy trochę rodzinnych przebojów zakończonych happyendem i różnych wyzwań to był bardzo intensywny czas. Bardzo mało startowałem, ale za namową Agnieszki od czerwca to się zmieniło. Wiedziałem, że chcę choć raz pokonać żelazny dystans każdej z dyscyplin, żeby psychicznie zmierzyć się z tym co czeka mnie w Malborku. Bieganie miałem już zaliczone i to zdecydowanie była moja najmocniejsza strona. Z pływaniem rozprawiłem się w czerwcu podczas zawodów w Poznaniu, a na rowerze… mi nie wyszło. Najdłuższy trening miał ok. 100 km.

Mocno podbudowała mnie jednak życiówka w półmaratonie i zdecydowanie lepsze niż w zeszłym roku wyniki w 1/4 i 1/2 IM. Historię o złamanym widelcu już znacie. Po ENEA Challenge Poznań miałem 6 tygodni na przejście z trybu 1/2 do 1 🙂 W końcu nadszedł czas wyjazdu do Malborka.

Wyobraź sobie ciemną noc, majaczący w oddali wielki krzyżacki zamek stojący nad czarną rzeką, wrześniowy chłód i szum silnego wiatru, pomimo którego w głowie masz ciszę. Tak właśnie czułem się przed 5 rano, kiedy szedłem do strefy zmian. Reflektory oświetlające tylko część terenu, ten przyjemny harmider i poczucie, że wszyscy są tutaj, żeby powalczyć – o rekord, wynik albo po prostu o przecięcie mety. Zawodnicy stojący przed rowerami i wyglądający jakby modlili się, a w rzeczywistości odtwarzający sekwencję, którą będą wykonywać po wyjściu z wody i powrocie z roweru. To wszystko po to, żeby upewnić się, że kask (!) jest na miejscu, a buty nie zostały w samochodzie.

Jeszcze tylko krótka przebieżka, żeby rozruszać organizm i wprowadzić serce na wyższe obroty. Potem wciśnięcie się w piankę i 15 minut czekania na brzegu. Robiło się coraz jaśniej, ale wiejący wiatr wskazywał na to, że to nie będzie najłatwiejszy dzień.

IMG_6370
Ubieranie pianki

 

IMG_6374

IMG_6380

Pływanie poszło mi mniej więcej tak jak się spodziewałem. Wbrew pozorom prąd nie był zbyt silny, więc należało po prostu płynąć swoje. Dla mnie był to etap, który traktowałem trochę po macoszemu, bo wolałem skupić się na treningu biegowym i rowerowym. Czas ok.1:27 był przeciętny i na pewno można tu sporo poprawić.

malborkironman_2015_00329
Rycerze czuwali, żeby wszystko było w porządku!

 

W strefie zmian (T1) pianka powędrowała do worka, sucha koszulka na grzbiet (chyba nie przekonam się do trisuit’ów), Tomkowe rękawki na ramiona, toi-toi i bieg z rowerem. W tzw. międzyczasie zamieszałem się jeszcze w obsłudze zegarka i straciłem trochę czasu. Miałem tydzień na zaprzyjaźnienie się z nim (zegarkiem), ale w obliczu 180 kilometrów, które mnie czekały, chyba po prostu zapomniałem co i jak miałem przyciskać.

IMG_6416
Szybkie ubieranie i w drogę

malborkironman_2015_07587

No i zaczęło się. Sześć pętli po 30 kilometrów. Pętli, ale nie okrągłych, tylko takich z nawrotami, które po euforii jazdy z wiatrem ustawiały wszystkich do pionu wiejąc w pysk w prędkością (podobno) do 60 km/h. Założenie było proste – utrzymać średnią 30 km/h i zamknąć etap rowerowy w 6 godzin. Asfalt był świetny, trasa płaska, więc w normalnych warunkach (bez wiatru albo przynajmniej z wiejącym słabiej) było to spokojnie w moim zasięgu. Tym razem okazało się za trudne. No, ale zanim tak się okazało to spędziłem na siodełku ponad 6 godzin i miałem sporo czasu na myślenie.

Na początku jest euforia, wola walki i zachłyśnięcie nowościami. „Super, robię etap rowerowy na dystansie IM, nigdy nie przejechałem tyle w jeden dzień. Daję radę, dobrze się czuję” itd. Później przychodzą myśli typu: „O, jeszcze 4 razy będę dzisiaj w tym miejscu. Tak to będzie za 120 km”. Jeszcze w innym momencie wewnętrzna gadka motywacyjna. Czasem w wersji soft (najczęściej jadąc z wiatrem): „Dajesz, jest super. Aaaaa euforia. Jak te koła pięknie się toczą”, a czasem w wersji hard (pod wiatr): „Chcesz być ajronmenem, to musisz to k**** wydrzeć, samo nie przyjdzie, nikt za ciebie tego nie zrobi”. Wiem, że motywacja, a szczególnie automotywacja w sporcie ma olbrzymie znaczenie. Potrafię uzyskać taki efekt np. słuchając odpowiedniej muzyki. Z tym, że na zawodach tri najczęściej używanie słuchawek jest zabronione ze względów bezpieczeństwa. Zatem jedziesz sobie na rowerze już 3,5 godziny, w uszach masz ciągłe „pssssszzzzzzz, psssssszzzzzz” (głośny szum wiatru i opływającego cię powietrza) i musisz jakoś sobie pomóc. No i wtedy te różne motywacyjne myśli krążą po głowie.

IMG_6460
Chyba po 4 kółku czyli 120 kilometrów w nogach

www.maratomania.pl

malborkironman_2015_08260

IMG_6427

Są też chwile kompletnego rozłączenia – po prostu pedałujesz i ciśniesz przed siebie. Zadnego kombinowania, planowania, zastanawiania. Nic. Po prostu przed siebie.

No i są też chwile absurdalno-humorystyczne. Jakieś 115 km za mną, a tu nagle do głowy z hukiem wpada Anna Maria Jopek i śpiewa: „… jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę … a jakiś bies wciąż powtarza mi pędzej …” Wszystko na miejscu 🙂 Jest śmiesznie.
Czasem podśpiewuję Boogie Woogie (hit od Mańki ze żłobka), a czasem nucę dźwięki z filmów, które pojawiają się na YouTube, gdy wpisze się „ironman motivation”. To wszystko to elementy tej świadomej i nieświadomej wizualizacji, którą uprawiałem przez ostatnie miesiące biegając, kręcąc na trenażerze, jeżdżąc na rowerze czy po prostu odpoczywając na kanapie. To jest niesamowita siła!

/od tego miejsca piszę po raz drugi, bo napisany wczoraj wpis poszedł w …. skasował się/

Olbrzymim źródłem energii byli Moi Kochani Kibice – Agnieszka, Mania, Jasiu, moi Rodzice, rodzice Agnieszki i Magda. Byli ze mną od samego rana, czekali po każdym okrążeniu, przygotowali niesamowite transparenty, krzyczeli i dopingowali. Zorganizowali nawet megafon, przez który napędzili mnie do walki na rowerze. Do tego mogłem liczyć na to, że dostanę bidon z magicznym napojem elektrolitowym albo po prostu dobre słowo. Czasem nie reagowałem, ale doskonale słyszałem wszystko co do mnie mówili i bardzo mnie to niosło.

IMG_6442
Najlepsi Kibice na Świecie!
IMG_6527
Kibic nie wielbłąd… 🙂

IMG_6443

IMG_6446

IMG_6535

IMG_6637

Wyjeżdżając na ostatnie kółko czułem, że to co się dzieje jest niezwykłe. Od pewnego momentu cały czas przekraczałem granicę tego co znałem w wcześniejszych zawodów czy treningów. Jeszcze tylko podziękowanie dla sędziów i wolontariuszy, ostatnie piątki przybite z dzieciakami wołającymi „a nie ma pan pustego bidona?” i jazda do mety tego etapu. W tzw. międzyczasie przypałętał się deszcz. Zrobiło się siwo i razem z wiatrem zaczęły wirować szybkie krople. Wtedy pomyślałem sobie, że każde doświadczenie na coś się przydaje. Tych wiele razy, kiedy w górach była zła pogoda i ogólny syf spowodowało, że ten rowerowy deszcz przyjąłem dość spokojnie. Po prostu pada, a ja jadę. Tyle. Bez marudzenia. Takie zebrane doświadczenia mają duże znaczenie, bo np. jakbym był zmęczony i bolało by mnie wszystko to mógłbym w obliczu tego deszczu zatrzymać się i powiedzieć, że jest mi ciężko i mam to wszystko gdzieś.

W końcu licznik pokazał coś w okolicach 180 km (!),a ja zbliżyłem się do belki oznaczającej koniec etapu rowerowego. Po ponad 6 godzinach byłem przygotowany na lekki skurcz w udzie podczas schodzenia z roweru. Przełożyłem nogę, zrobiłem kilka chwiejnych kroków i … nic. Biegnę do strefy zmian i jest świetnie. Aż trudno w to uwierzyć. Odwieszam rower, zmieniam buty, zakładam pas z bidonem, czapkę w biegu, banana w rękę i go! Jeszcze Tata biegnie obok mnie i pyta jak jest, a ja z uśmiechem odpowiadam, że super i że teraz jeszcze tylko 42 kilometry. To bardzo ważne – NIE maraton, a po prostu 42 kilometry. Takie zagrywki psychologiczne 🙂
Okazało się, że w drugiej strefie zmian (T2) miałem 18. czas wśród wszystkich zawodników – zebrałem się nawet szybciej niż zwycięzca.

IMG_6570
Przytulak wzmacniający po zejściu z roweru

Już wcześniej zaplanowałem sobie ten bieg po zdrowie, ale na rowerze jeszcze raz powtórzyłem taktykę: zaczynam nie szybciej niż 5:30 min/km (11 km/h) i biegnę przynajmniej półmaraton, a potem się zobaczy. Efekt był taki, że po półmaratonie miałem średnią ok. 6 min /km (10 km/h) i było naprawdę fajnie. Oczywiście na początku nogi były rozpędzone pedałowaniem i chciały szybciej, ale robiłem co mogłem, żeby zwolnić. Trasa wiodła przez asfalt, kocie łby, trawę i szutr, a to wszystko wzdłuż Nogatu, no i oczywiście pod murami zamkowymi. Ludzi na trasie sporo, więc można było porozmawiać.

IMG_6623
No i kto ma taką teściową, żeby z nim maraton podczas IM biegła? Hę?

malborkironman_2015_10362

Po każdym kółku (a było ich znowu 6) witała mnie grupa Moich Kibiców z Manią na czele, która przesyłała mi buziaki i dopingowała tak, że energia płynęła szerokim strumieniem. Cały czas dbałem też o energię w płynie i stałą, bo miałem za sobą już jakieś 10 godzin ruchu. W ramach rozszerzania menu spróbowałem batona PowerBar – połówkę zjadłem w ciągu 10 minut, a resztę wyrzuciłem i drożdżówki – po kilku minutach wytworzyłem z niej drożdżową kulę, którą mogłem podzielić się z okolicznymi wędkarzami. To tylko upewniło mnie, że sprawdzone banany, żele i moje batony są dobrym wyborem i w ten sposób żywiłem się dalej.

Czasem zastanawiałem się czy nadejdzie jakaś ściana, niemoc, załamanie czy inny kryzys. Nic takiego nie stanęło na mojej drodze. To chyba był po prostu „ten dzień”, kiedy miałem zadebiutować na żelaznym dystansie. W okolicach 25 kilometra jedna kostka nadała jakiś sygnał ostrzegawczy, ale chwilę porozmawialiśmy sobie w zaciszu i ustaliliśmy, że czeka nas jeszcze robota do wykonania i nie ma co się wygłupiać. Po chwili odpuściła.

Pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie, ale w zasadzie to wszystko przestawało się liczyć.  Wiedziałem, czułem, że będę dzisiaj na mecie i dotrę tam o własnych siłach. Po pierwszych 3 kółkach, pomimo gorszego niż zakładany, czasu na rowerze ostrzyłem sobie zęby na złamanie 12 godzin, ale kolejne 21 kilometrów biegu zweryfikowało moje zapędy 🙂

Gdy zostało mi do zrobienia ostatnie kółko, zacząłem czuć jakąś dziwną ulgę i radość. Rodzice kibicowali, zagrzewali do biegu, a inni zawodnicy widząc już 5 opasek na nadgarstku życzyli powodzenia. Biegłem, a ostatnie 1,5 kilometra to ciągłe przyspieszanie z mocnym finiszem. Biegnąc już w okolicy strefy zmian przywitał mnie Tata, ukłonił się w pas, rozemocjonowany przybił mi piątkę i pognał wzdłuż taśmy. Odebrałem ostatnią opaskę potwierdzającą przebiegnięcie całego dystansu i pędziłem do mety z rękoma w górze. Ta mieszanka uczuć była niesamowita i naprawdę ciężko to opisać. Kilkanaście metrów przed metą odebrałem jeszcze Manię i razem przecięliśmy linię mety – bardzo mi na tym zależało.

IMG_6658
Finisz i uczucie, że to naprawdę to zrobiłem
malborkironman_2015_04959
Chwila radości. Wielkiej Radości
IMG_6694
Z Manią na mecie

 

Stało się – po 12 godzinach 28 minutach 50 sekundach zostawiłem 226 kilometrów trasy za sobą. Wydarłem się tak, że aż Mania chyba się przestraszyła, ale od razu przytuliliśmy się mocno. Odebrałem medal i ruszyłem do Kibiców. Uściskom i gratulacjom nie było końca. To był piękny moment. Jak się później okazało zameldowałem się w pierwszej połowie stawki zajmując 80 miejsce na 172 osoby, które ukończyły i 18 w kategorii M30.

Gdy rozmawiałem z Kibicami, podszedł do mnie Marcin Waniewski – współorganizator zawodów i komentator – i zapytał o wrażenia (chyba dlatego, że mieliśmy z Manią efektowny finisz). Nie wiem czy to dokładny cytat, ale powiedziałem chyba tak:

Ten medal dedykuję Agnieszce i naszym dzieciom: Mani i Jasiowi, bo bez nich nie byłoby mnie tutaj, mojej Mamie, która wygrała w tym roku ze straszną chorobą i jest dla mnie niesamowitą inspiracją i mojego bratu Tomkowi, który gdyby tylko mógł byłby tutaj ze mną.”

Nawet teraz, tydzień po tamtej chwili mam łzy w oczach. To była dla mnie duża sprawa, bo po raz kolejny uświadomiłem sobie, że sam nie dałbym rady skończyć ironmana.

IMG_6708
Krótki wywiad z Marcinem Waniewskim

 

Po tym tygodniu przygotowałem sobie taką grafikę, która to wszystko oddaje i myślę, że będzie mi jeszcze długo przypominać o tej niezwykłej drodze i niesamowitym dniu:

ironman6

W tym miejscu dziękuję wszystkim, który wspierali mnie przed zawodami i w trakcie nich przez smsy, maile, Facebook’a i rozmowy. Poza już wymienionymi przede wszystkim dziękuję mojej siostrze Marysi, Witkowi, Jackowi i Tosi. Następnym razem jedziecie z nami!

TriRodzina w komplecie
TriRodzina w komplecie

To co było dalej nie ma już znaczenia. Spełniłem ogromne marzenie i osiągnąłem największy sportowy sukces w życiu.

Wiem, że mi się to podoba i chcę jeszcze tego spróbować, bo przecież tyle pięknych tras czeka na świecie, no i te 12 godzin jest w moim zasięgu. Teraz już to wiem.

Mam dla Was jeszcze opowieść o tym co zdarzyło się następnego dnia, ale to już w następnym wpisie.

P.S. A tak dla jasności – to był mój piąty triathlonowy start w życiu 🙂 #copowiedzątrenerzy ?

Połówka i życiówka czyli 1/2 IM na Enea Poznań Challenge

Jak już wiecie, ostatnie tygodnie były dla nas wyjątkowe: pojawił się Jasiu i od razu dorwał się z Mańką do komputera, było trochę dobrego zamieszania i do tego jeszcze start na 1/4 IM w Bydgoszczy, podczas którego zrobiłem życiówkę osiągając czas 2:25:47.
W skrócie jest dobrze i intensywnie.

Lato dla mnie to też czas dwóch kolejnych wyzwań. Pierwszym z nich miał być start na dystansie 1/2 IM (1.9 km pływania, 90 km na rowerze i 21,2 km biegu) podczas ENEA Challenge Poznań. Rok temu ukończyłem te zawody po walce z żołądkiem na rowerze i miałem realne oczekiwania w sprawie wyniku 🙂

Ale zanim o zawodach, to jeszcze o tym co było przed nimi.

Był dreszczyk emocji
W zeszłą niedzielę po nawałnicy pojechałem na trening rowerowy i wszystko było zgodnie z planem. Spakowaliśmy auto, rower na niedawno założony bagażnik dachowy i krótki dojazd do domu. Atmosfera sielankowa, dzieci śpią, a my z Agnieszką już przed garażem podziemnym rozprawiamy na temat niedawnych opadów. Tę miłą sytuację przerwało głośne: jeb, zgrzyt, pizg.
Nawet bez wysiadania z auta wiedziałem co się stało – wjazd do garażu okazał się za niski…

11098994_10155842285120054_3847750135823108055_n
Widelec po zderzeniu ze ścianą

 

Gdy wyszliśmy, rower był jakoś nienaturalnie ustawiony, widelec wisiał tylko na lince hamulcowej, a lemondka (takie coś co wystaje z kierownicy i dzięki czemu można przyjąć lepszą pozycję) była wbita w elewację budynku.
Oboje posłaliśmy w eter kilka stęków i niecenzuralnych określeń, ale to i tak niczego nie zmieniło. Wyrwałem rower ze ściany i już.
Tydzień przed startem byłem bez roweru.

Okazało się jednak, że zawsze są ludzie, na których można liczyć. Ktoś zaproponował pożyczenie widelca, ktoś całego roweru – to było bardzo budujące. Po rozpoznaniu kilku możliwości i dzięki sprawnej akcji ze strony znajomych z MarkoweRowery.pl już w piątek odebrałem w pełni sprawny rower. Uff 🙂

Sobota to czas na kibicowanie znajomym na dystansie olimpijskim (1,5 km / 40 km / 10 km). Tutaj było dużo emocji, w tym nagłe zatrzymanie pewnego zawodnika 400 metrów przed metą zakończone szczęśliwym finiszem, ale dzięki temu chłonęliśmy atmosferę triatlonowego święta. Wieczorem jeszcze tylko odprawa z huczym powitaniem naszego PRO czyli Kacpra Adama i do domu.

Poranna logistyka w niedzielę była wymagająca i ostatecznie pojechaliśmy osobno żebym zdążył do strefy zmian. Agnieszka zapanowała nad dzieciakami i furą innych rzeczy oraz dowiozła towarzystwo nad Maltę. Kotku, jestem Ci za to bardzo wdzięczny.

Pamięć, bezsilność i siła
W strefie zmian zapanowała pewna nowość, czyli system workowy z rzeczami na kolejne etapy spakowanymi w specjalne worki, zamiast jednej skrzynki obok roweru. Moim zdaniem to świetne rozwiązanie! Gdy ułożyłem już wszystko przy rowerze powtórzyłem sobie wszystko w głowie:

1. wbiegam do strefy,
2. biorę worek,
3. zdejmuję piankę,
4. wyciągam buty rowerowe i zakładam je na nogi,
5. pakuję piankę, czepek i okularki do worka,
6. wrzucam worek do wyznaczonego miejsca,
7. biegnę do roweru,
8. zakładam okulary,
9. zakładam kask… KASK!!

K… nie mam kasku! Został w samochodzie, którym jedzie Agnieszka, a za 5 minut zamykają strefę. Łapy mi opadły.
Szybka analiza, rozmowa z sędziami i sytuacja uspokojona. Agnieszka będzie mogła podać kask do mojego worka.

Po tym orzeźwiającym poranku ruszyłem w okolice startu. W tym czasie organizatorzy zachowali się bardzo dobrze, bo uczcili minutą ciszy zawodnika, który zmarł dzień wcześniej po tym jak topił się na etapie pływackim. Zastanawiałem się czy poza oświadczeniem będzie jakiś widoczny symbol i faktycznie stanęli na wysokości zadania.

Start
Przy starcie tłok i pozytywne zamieszanie. Setki zawodników robiły rozgrzewkę, nad głowami (bardzo nisko nad głowami) latały samoloty Grupy Żelazny, a pośród nas jechał traktor zbierający śmieci. Taki drobny zgrzyt i nieogarnięcie organizacyjne, ale poza tym było świetnie. W momencie startu profesjonalistów Agnieszka dobiegła z naszym rydwanem i pozytywnymi informacjami, że mój kask czeka na mnie w strefie zmian 🙂

IMG_5339
Przed startem

 

Start odbywał się falami według grup wiekowych i chwilę po 9 moja kategoria (M30) została wezwana do wejścia do wody. Jeszcze przed rozpoczęciem zawodów konferansjer powiedział „expect rough swim, windy bike ride and demanding run” (spodziewajcie się trudnego pływania, wietrznej jazdy na rowerze i wymagającego biegu”). Facet wiedział co mówi 🙂
Start był dość wąski i przez kilkaset metrów pralka była konkretna, później sprawę utrudniał wiatr, który po cichutku spychał nas z masami wodę w stronę miejsca, z którego ruszyliśmy. Przy równej wodzie i braku wiatru nastawiałem się na pływanie ok 36 minut. Ostatecznie wyszło mi tych minut 47. Dużo i aż trudno mi uwierzyć, że to tylko kwestia pogody. Może przepłynęliśmy trochę więcej?

Zmiana i rower
Po wyjściu z wody mieliśmy do pokonania długą i dość stromą drogę do strefy zmian. Na jej początku stało mnóstwo ludzi, którzy krzyczeli i pewnie wśród tego krzyku znalazły się słowa: „uwaga” i „stopień”. Zorientowałem się, po tym jak wyłożyłem się przed tą całą publicznością. Swoją drogą chyba jakiś kawałek płyty można było tam zastosować, no ale przynajmniej otrzeźwiło mnie po machaniu rękami. Szybko do strefy i realizacja planu tak jak to opisałem wcześniej – już z kaskiem. Jeszcze tylko małe problemy z odnalezieniem roweru – okularki korekcyjne zostały w worku, a optyczne były przy rowerze – i jadę.

IMG_5360
Wspinaczka do strefy zmian
IMG_5377
Buziaki dla kibiców i rura przed siebie

 

Pierwsza część etapu rowerowego to czysta poezja. Wiatr lekko w plecy, dużo siły, dobre odżywianie i wszystko gra. Pierwsze 20 km zrobiłem ze średnią 38,5 km/h. Taaaak, było szybko. Schody zaczęły się po nawrocie w Kostrzynie. Pod wiatr nie było już tak różowo i zaczęła się walka na dobre. Przy nawrocie w Poznaniu czekała już na mnie Marysia, Witek, Jacek i Tosia, a po drugiej stronie drogi Agnieszka z Manią, Jasiem i rodzicami. Ale to daje kopa. Nawet pod górę mogłem jechać bez wysiłku. Kolejne 45 km to powtórka z rozrywki czyli szybko do Kostrzyna (ale już nie tak szybko jak na początku) i mozolny powrót. W trakcie pierwszego kółka mocy dodawał też Garnek Mocy wraz ze swoją operatorką Magdaleną. Podobno tak waliła w gar, że po 3 latach krążenia po zawodach w całej Polsce przedziurawił się. Czas trochę gorszy od zakładanego, ale przy tym wietrze średnia prawie 33 km/h to i tak sukces.

Go, go, go do mety
Mając już ponad 90 kilometrów w nogach i rękach szybko zmieniłem buty i ruszyłem na ostatni etap czyli półmaraton prosto do mety. Pierwsze 5 kilometrów to standardowo świetne samopoczucie i pomimo wielkiego planowania (podczas jazdy na rowerze) tempo szybsze niż zakładałem. Na trasie dużo kibiców, a ekipa Stanisławskich i Porzucków ustawiła się w idealnym miejscu.

IMG_5391
Run happy. Be happy 🙂
IMG_5392
Najlepsi Kibice na trasie. Dziękuję!
IMG_5423
Mania z Jackiem
IMG_5409
1-2-Tri
Przybijamy piątki
Przybijamy piątki

Kolejne kółko też było bardzo żwawe, a przyjemność z biegu podbijali kibice, zespoły muzyczne, szał w okolicach mety i inni zawodnicy, którzy w większości cieszyli się z tego co właśnie robią. Na każdym okrążeniu sił dodawał MKON przybijający piątki wielką łapą z klasycznym napisem „Ogień z dupy”, no i wspomniany już Garnek Mocy. Ostatnie 8-10 kilometrów to już drobne oznaki braków energetycznych, ale też narastająca euforia, że zbliżam się do mety i wyniku, o którym rok temu nawet nie myślałem. Kilometr przed metą Agata z Jackiem podbiegali ze mną, a Jacek nawet pobiegł do przodu, żeby zobaczyć kogo mogę jeszcze wyprzedzić (jednego mi się udało 🙂

Meta. Zbliżająca się meta to w przypadku tak dużych zawodów to miejsce działające jak magnes. Przyciąga i napędza. Mnie napędzała jeszcze jedna myśl – gdzieś tam czeka na mnie Mańka, z którą chciałem zakończyć zawody. Gdy wbiegłem w wiwatujący tłum rozglądałem się za Agnieszką, rodzicami i Marysią, no i Manią oczywiście. Znalazłem wzrokiem Mamę, ale ona pokazała mi, że mam biec dalej. Podobno w moich oczach było widać strach, że Mani tu nie ma. No, ale była. Kilkadziesiąt metrów dalej wystawiona przez barierkę. Chwyciłem ją chociaż trochę płakała, ale kiedy zobaczyła mnie i poczuła, że biegniemy to od razu zaczęła się śmiać i krzyczeć z radości. Ostatnie 100 metrów do mety to już kompletna euforia. Wbiegliśmy na podest, podnieśliśmy szarfę i dostałem dużego buziaka. To chyba najlepsza nagroda.

IMG_5469
Przejmuję Mańkę przed ostrym finiszem
IMG_5481
Razem do mety
IMG_5489
Czysta radość

Oficjalny czas: 5:37:31. Możesz zapytać czy to dobrze. Dla mnie rewelacyjnie tym bardziej, że rok temu na tej samej trasie miałem 6:30 z groszem. To prawie godzina różnicy! Drobny niedosyt pozostał, ale w tych warunkach to było chyba tyle ile mogłem z siebie dać.

Potem był medal – obowiązkowo przekazany Mani, chwila odpoczynku, jedzenie, picie i dalej już czas spędzony wspólnie ze wszystkimi Kibicami. Chyba najbardziej niesamowite było nie to, że w ciągu tych kilku godzin pokonałem 113 km, ale to jak czułem się po zawodach. Byłem zmęczony, ale normalnie funkcjonowałem, a to tylko pokazuje, że poranki i noce spędzone na bieganiu, rowerze, no i trochę na pływaniu przynoszą efekty.

IMG_5496
Na mecie – prawie godzina urwana. Jest dobrze.

 

Na zakończenie jeszcze raz bardzo dziękuję wszystkim „moim” kibicom, którzy byli ze mną: Agnieszce, bez której tego wszystkiego by nie było, Mani, Jasiowi, Mamie, Tacie, Marysi, Witkowi, Tosi, Jackowi, Asiorowi, Irze, Przemkowi, Dawidowi, Jackowi i Agacie. Jeśli kogoś pominąłem to przepraszam i proszę się zgłosić to uzupełnię 🙂 Dzięki wam bardzo mocno poprawiłem życiówkę na dystansie 1/2 ironmana i dostałem mocnego kopa przed kolejnym wyzwaniem.

IMG_5541
Triatlonowy Dzień Dziecka

 

IMG_5567
Razem po zawodach. Dziękuję!
IMG_5558
z Kibicami na mecie
IMG_5563
współautorka tego sukcesu

 

To tyle na dziś, bo i tak mocno się rozpisałem. Najważniejszy start tego roku jest jeszcze przede mną, ale o tym napiszę już niedługo. Jestem dobrej myśli.

Norwegia już niedługo!!

Sesja w końcu za nami. Agnieszka obroniła pracę licencjacką na 5, ja skończyłem kolejny rok na studiach, a to oznacza, że wyjeżdżamy:)

Już w najbliższy czwartek (9 lipca) wsiadamy w samochód i przez Świnoujście i Bałtyk, płyniemy do Szwecji. W Ystad rozpoczniemy naszą miesięczną podróż samochodowo-rowerowo-górską przez Norwegię, Finlandię i Szwecję.

Większość czasu spędzimy w Norwegii, gdzie m.in. chcemy odwiedzić Park Narodowy Jotunheimen, gdzie będziemy chodzić po górach i Lofoty, po których będziemy poruszać się rowerami.

Dokładny plan, jak zwykle, nieznany… 🙂

Wiemy, że musimy być w Ystad 8 sierpnia, ale poza tym czeka nas miesiąc przygód, podróży, czegoś nowego.

Po różnych zawiłościach mamy w końcu śpiwory puchowe. Lżejsze, cieplejsze niż dotychczas, więc tylko czekać aż zawiniemy się w pióra polskich gęsi:) Mamy też potwierdzenie, że od firmy Under Armour z Holandii (dzięki Marta!) dostaniemy też ubrania do testów w czasie podróży. Będzie można potem trochę na ich temat poczytać tu i tam.

No i jeszcze czekam na moja naprawioną kurtkę – mam nadzieję, że się w końcu doczekam.

Już nie możemy się doczekać, ale w sumie to trochę nam się należy po roku pełnym wrażeń.

Stronę będziemy uzupełniać na bieżąco, więc zapraszamy już dzisiaj do zaglądania.

Pozdrawiamy z tropikalnie ciepłego Poznania.

P.S. W Norwegii zresztą też jest bardzo ciepło, ale przynajmniej Nordkapp trzyma fason:)

Z Budapesztu do Polski (podróży rowerowej c.d.)

Na dworcu w Budapeszcie okazało się, że nie możemy przewieźć rowerów z Węgier do Rumunii. Wtedy nie wiedzieliśmy dlaczego, ale wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do Lokoshaza – ostatniego miasta przed granicą. Stamtąd mieliśmy do Aradu (już w Rumunii) jakieś 30 km najkrótszą drogą. Ruszyliśmy przed siebie i kiedy dojechaliśmy do miasteczka oddalonego od granicy 6 km, spotkana kobieta powiedziała nam, że granica tutaj jest zamknięta i musimy jechać dalej. Taką samą sytuację mieliśmy w Czechach i wcale nie wyglądało to zachęcająco. Jednak jeszcze przed granicą znaleźliśmy mały sklep, gdzie kupiliśmy lody własnego wyrobu (tak wyglądały) i pomknęliśmy do Rumunii.

     

Czytaj dalej Z Budapesztu do Polski (podróży rowerowej c.d.)

Budapeszt

Po wizycie w Wiedniu dojechalismy do granicy wegierskiej. Pierwsze 30 km potwierdzilo slowa naszego kolegi: Wegry to nudny kraj jezeli chodzi o rower. Na glowniejszych drogach jest zakaz jazdy rowerem (i nawet brak pobocza), a drozki ktorymi sie poruszalismy wygladaja gorzej niz w podpoznanskich lasach. Do tego stojace powietrze i temperatura, ktora tego dnia doszla do 39st C!!!!

Czytaj dalej Budapeszt

Wieden i zmiana planow

No to jestesmy w Wiedniu. Zeby sie tu znalezc musielismy troche zmienic plany. Mnie (Jacka) boli noga i po konsultacji z lekarzem, okazalo sie, ze narazie nie ma co myslec o ostrym chodzeniu po gorach. Zrezygnowalismy ze Slowenii i bedziemy jechac w strone Rumunii.

Informacja dnia: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!! Agnieszka ma dzisiaj urodziny – spedzamy je bardzo fajnie, wloczac sie po miescie i zajadajac wiedenskie czekoladki i popijamy czerwonym winem:)

Pojutrze ruszamy dalej, w strone Budapesztu albo Balatonu – w zaleznosci od tego czy nasi znajomi sa w domu.

To chyba wszystko na teraz

Pozdrawiamy

Czytaj dalej Wieden i zmiana planow

Dolomity i pozdrowienia z Czech

W Dolomitach bylo super. Naprawde duzo moznaby pisac, ale teraz nie mamy na to czasu. Zdjecia mozna obejrzec w FOTO.

Od 2 dni jedziemy na rowerach. Zmienilismy troche plany i pedalujemy w strone Slowenii i jej najwyzsyego szcztu – Triglava.

Przez ostatnie 2 dni zrobilismy ponad 200 km, wiec jest naprawde niezle. Slonce pali, ale jest pieknie. Dzisiaj spalismy w miejscowosci Telc, na poludniu Czech, ok 30 km od granicy z Austria.

Pozdrawiamy