Archiwum kategorii: z domu

Nowy Rok w Czarnej Górze

Końcówką starego i początkiem nowego roku rozpoczęliśmy sezon narciarski. Wyjazd bardzo rodzinną grupą do Czarnej Góry był dla nas niemałą, ale przyjemną nowością. Zresztą Czarna Góra i Stronie Śląskie, gdzie mieszkaliśmy zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie i jeżeli tylko będzie więcej śniegu – chętnie tam wrócę.

Czarna Góra

 

No właśnie… śnieg. Biała połać (puch to nie był) zalegała jedynie na kilku trasach i powstała z dużą pomocą armatek śnieżnych. W ciągu dnia temperatura dochodziła nawet do 8 st. C, więc to, że w ogóle można było pojeździć należy traktować jako duże osiągnięcie właścicieli.

Poza jazdą na przygotowanych stokach dookoła są podobno bardzo ciekawe tereny na biegówki i tury, więc „my tu jeszcze wrócimy”. Więcej informacji o stacji Czarna Góra znajdziecie tutaj, a w razie potrzeby możemy polecić dobre miejsce noclegowe.

Podsumowując wyjazd: dobre rozpoczęcie sezonu narciarskiego, fajne miejsce na kolejne wycieczki, nawet atestowane fajerwerki nie zawsze są bezpieczne, kulig bez śniegu też jest możliwy, a przy wyjazdach sylwestrowych witanie nowego roku przeważnie nie jest najbardziej huczną imprezą.
Tymczasem my trzymamy kciuki za śnieg w Tatrach, bo już za 2 tygodnie jedziemy tam przypomnieć sobie jak unikać lawin.

Na zakończenie życzymy Wam, żeby ten Nowy Rok był przynajmniej minimalnie lepszy od poprzedniego. Uśmiechnijcie się i myślcie pozytywnie. To przyda się wszystkim!

Islandia – kraina o wielu obliczach

Gdy myśleliśmy o Islandii do głowy przychodziły nam takie skojarzenia jak: Północ, zorza polarna i północny Atlantyk gdzieś między Wyspami Brytyjskimi i Grenlandią.

Chcieliśmy tam pojechać, ale było to raczej takie luźne myślenie, jak na temat wielu innych miejsc na świecie.W lutym albo marcu tego roku jakimś zbiegiem okoliczności trafiłem na film „Crossing Iceland”, a potem na „Made in Iceland”.

Czytaj dalej Islandia – kraina o wielu obliczach

Podręcznik Przygody Rowerowej

Już jest!! Podręcznik Przygody Rowerowej – nowa książka Ani i Robb’a Maciągów (www.ku-sloncu.org) to świetna propozycja zarówno dla tych, których już jeździli, jak i dla tych, którzy planują swoją pierwszą rowerową podróż.

Pierwszy weekend wakacji to dobry moment, poczytać o tym: jak, gdzie, z kim i na czym pojechać w świat.

My też dorzuciliśmy swoje 3 grosze pisząc o naszej rowerowej przygodzie na tandemie w Nowej Zelandii (w zasadzie to Agnieszka dorzuciła tekst, a ja zdjęcie :).

Miłej lektury!

P.S. Książkę chyba najlepiej kupić na stronie wydawnictwa Bezdroża, bo np. w poznańskich empikach jej nie ma.

Miała być zima, a zimy ni ma

Po kilku krótszych wyjazdach w październiku, w tzw. listopadowy długi weekend znowu wybraliśmy się w Tatry. Raki i czekany do plecaków, zimowe buty i jedziemy. To znaczy chcieliśmy jechać pociągiem, ale radosna atmosfera dworca PKP w Poznaniu („pociąg … do Zakopanego jest opóźniony o 90 min, jednocześnie informujemy, że opóźnienie może ulec zmianie” – czytaj spóźni się jeszcze bardziej) postanowiliśmy pojechać samochodem. Zgarnęliśmy jeszcze 3 osoby z peronu (też w Tatry, a jednej chłopak do Krakowa) i ruszyliśmy przed siebie, przez noc.

Rano zameldowaliśmy się u Iny z małym co nieco w postaci rogali marcińskich, a po śniadaniu podjechaliśmy busem do Kościeliskiej. Dookoła piękna jesienna pogoda, słońce, temperatura bardzo dodatnia i tylko duża warstwa szronu na drzewach pokazywała, że gdzieś tu już była zima w tym roku.

Podchodziliśmy w stronę Czerwonych Wierchów, ale nie mieliśmy jakichś sportowych planów, bo naszym celem było schronisko na Hali Kondratowej. Długa, nieplanowana jazda samochodem i ogólne zmęczenie dawało o sobie znać więc często zajmowaliśmy się tzw. podziwianiem widoków.

Po wejściu na grań, widok z Ciemniaka na zachód był niesamowity. Podobno jeszcze dwa tygodnie wcześniej w Tatrach było sporo śniegu, po którym teraz zostały tylko porozrzucane łaty w zacienionych miejscach.

(Czerwone Wierchy i Tatry Wysokie)

Do schroniska na Kondratowej dotarliśmy już po zmroku, a wewnątrz przywitał nas tłum ludzi czekających na … wolne miejsce w pokoju. Okazało się, że jakaś duża grupa ma rezerwację i jeżeli nie przyjdą do 21-22 to łóżka będą wolne. Tak też się stało i w konkursie kto pierwszy ten lepszy wylosowaliśmy wygodne miejsce do spania.

Rano, 12 listopada ruszyliśmy zakosami w stronę Przełęczy pod Kondracką Kopą i stamtąd na Kasprowy. Pogoda nadal nas rozpieszczała, a zagęszczenie ludzi wzrastało odwrotnie proporcjonalnie do odległości, która dzieliła nas od najwyżej położonej pizzerii w Polsce 🙂

(tak tak, my tam byliśmy)

(widok z przeł. Świnickiej na zachód)

Podejście na Świnicę zaczęło się bardzo spokojnie, a informacje o dużej warstwie zalegającego śniegu wyparowały z naszych głów, gdy schodząc minął nas ok. 10 – letni chłopiec z tatą.

W drodze pod górę minęła nas z kolei lekko wyposażona para i muszę przyznać, że trochę z zazdrością patrzyłem jako pomykają. Czar prysł, gdy pojawiła się łata lodu i śniegu, a nasi wyścigowcy przysiedli bezradnie. Spotkaliśmy się później na szczycie (ok. 14:30) i dziewczyna zagaduje: „Przepraszam, a do Morskiego Oka to daleko stąd?”. „No jakieś 4 – 5 godzin”. „Ooo, to niemożliwe, chyba bliżej”. No i tak sobie pogadaliśmy. Za chwilę okazało się, że są pierwszy raz w życiu w górach innych niż Karkonosze, a w dodatku taką półzimową porą roku, no i wszystko ich nieco przerosło.

(po lewej na dole przeł. Zawrat widziana od Świnicy)

Przejście w stronę Zawratu przywitało nas kilkoma plamami śniegu, a potem już „tylko” nad „ulubiony” niebieski szlak do schroniska w Dol. Pięciu Stawów. Na miejscu, jak przystało na długi weekend dziki tłum, ale tego akurat spodziewaliśmy się.

(Dol. 5 Stawów Polskich)

Rozlokowaliśmy się na noc w kuchni turystycznej, ale spotkała nas miła niespodzianka i pewien Dobry Człowiek sprawił, że noc spędziliśmy w świetnych warunkach.

Niedziela znowu pokazała, że jesień w Tatrach potrafi być piękna i poszliśmy na Krzyżne. Stamtąd mieliśmy już schodzić w dół, ale przeszliśmy jeszcze przez Granaty, gdzie ostatni raz byliśmy podczas pierwszych wspólnych wakacji … 7 lat temu.

Pomimo tego, że ludzi nie było praktycznie w ogóle, a temperatura w nocy była zdecydowanie poniżej zera, skały kruszyły się i leciały dość mocno i jestem pewien, że przy kolejnej zaplanowanej wizycie na Orlej Perci weźmiemy kaski.

 

Jeszcze tylko ostatni widok w stronę Piątki i uciekamy w kierunku Murowańca. Potem do Kuźnic, jedzenie „gdzieś”, bo Kolibecka przy rondzie Kuźnickim akurat w remoncie i do domu.

Fajna tatrzańska wycieczka, która zamiast zimy pokazała nam jesienne uroki Tatr.

Skalne zabawy, czeskie piwo i Tatry

Zaplanowanie urlopu okazało się sprawą pełną niespodzianek, a pierwszą z nich było to, że zamiast na 2 tygodnie alpejskiego wchodzenia na czterotysięczniki zwiedzaliśmy góry w Polsce i Czechach. Nie doczytaliśmy wcześniej, że w drugiej połowie września zamykają większość schronisk i tyle.

Wybór padł dość szybko na kurs wspinaczkowy, do zrobienia którego zbieraliśmy się już dawno temu. Ze względu na sprawny dojazd i dobre opinie wybraliśmy Sudecką Szkołę Wspinaczki Jarka „Blondasa” Liwacza. Kurs odbywał się w Sokolikach, niedaleko Jeleniej Góry.

(baza wspinaczkowa 9UP – nasze miejsce noclegowe)

Poza pierwszym dniem pogoda przez cały kurs była piękna i mogliśmy zrobić wszystko co zostało zaplanowane .

Większość działań wspinaczkowych prowadziliśmy na Sukiennicach, Chatce, Stodole i Krzywej Turni (takie skały 😉 ). Zaczęliśmy od wspinania „na wędce” czyli z górną asekuracją, a w kolejnych dniach wspinaliśmy „z dołem”, prowadząc kolejne drogi.

(pod Sukiennicami)

Różnica wygląda następująco:

WSPINANIE Z GÓRNĄ ASEKURACJĄ: po odpadnięciu w zasadzie nie lecimy w dół; partner/ka trzyma nas na linie

WSPINANIE Z DOLNĄ ASEKURACJĄ: po drodze wpinamy się do stałych punktów asekuracyjnych; po odpadnięciu lecimy w dół w zależności od odległości od punktu asekuracyjnego

WSPINANIE NA WŁASNEJ ASEKURACJI: wspinając się osadzamy w skale różne magiczne urządzenia (kości, heksy, friendy itd.); bardziej skomplikowana wersja wspinaczki „z dołem”; po odpadnięciu… dla pewności lepiej nie odpadać:)

przygotowanie do wspinania z własną asekuracją(przygotowanie do wspinania z własną asekuracją)

 

(Jacek prowadzi, a Agnieszka asekuruje z dołu)

(Agnieszka na stanowisku, „ściąga” mnie do siebie)

(pod samym szczytem Krzywej Turni)

(razem po skończeniu drogi)

Długo można by pisać, ale najlepiej spróbować, bo emocji jest dużo, a radości jeszcze więcej.

Na Małym Sokoliku zrobiliśmy drogę o nazwie Rysa Tota (V, TRAD). Bardzo ciekawa, z widokami na całą okolicę.

Tutaj Agnieszka osadza asekurację na drugim wyciągu:

W ramach kursu uczyliśmy się także prusikować, czyli wychodzić po linie i bawiliśmy się na zrzutni, gdzie w warunkach „laboratoryjnych” przećwiczyliśmy sytuację poważnego odpadnięcia partnera, którego imitowały wielkie opony 🙂

(prusikowanie na Taborze pod Krzywą)

(Agnieszka wyrwana z ziemi podczas zabawy na zrzutni)

Po 6 dniach kurs się skończył, wszyscy uczestnicy pojechali do domu, a my mieliśmy ruszyć na Grossglockner. Tyle, że pogoda nadal nas rozpieszczała i zamiast jechać 900 km, zrobiliśmy ich 30 do Jeleniej Góry, gdzie zaopatrzyliśmy się w linę i ekspresy i wróciliśmy w Sokoliki, żeby powspinać się przez kolejnych kilka dni.

W końcu i na nas przyszedł czas, więc odwiedziliśmy Anię i Robba (tak, tak – to ci od podróży rowerowych, książek i warsztatów dla dzieci), a potem ruszyliśmy do Pragi.

(most Karola)

W stolicy kraju Krecika spędziliśmy niecałe 24 godziny, ale odświeżyliśmy wspomnienia, wypiliśmy dobre piwo u Svejka i poszwędaliśmy się po Hradcanach.

(prawdziwe turisty i widok z Hradcan)

Z Pragi dość sprawnie przemieściliśmy się w Tatry, gdzie spotykaliśmy się z ekipą z portalu Outdoor.org.pl, żeby symbolicznie pożegnać naszego kolegę Pawła „Dybla” Nadybala – ratownika TOPR, który zginął w sierpniu w Słowenii.

Piękna jesienna pogoda rozpieszczała nas przez cały weekend, który spędziliśmy na wycieczkach w okolicach Doliny Pięciu Stawów Polskich i Morskiego Oka.

(początek szlaku na Szpiglasową Przełęcz)

 

(widok na Dol. 5 Stawów Polskich ze Szpiglasowej Przełęczy)

Po takich dwóch tygodniach wróciliśmy do Poznania, naładowani energią, nowymi doświadczeniami i widokami.

Takie nieplanowane wakacje to jest to !

Grossglockner na weekend

Trzy tygodnie temu dostaliśmy od znajomych z portalu outdoor.org.pl propozycję szybkiego, weekendowego wyjazdu na Grossglockner – najwyższy szczyt Austrii. Okazało się jednak, że Agnieszka wyjeżdża w tym czasie i po gorączkowym analizowaniu prognoz na kilku portalach w czwartek 14 lipca ruszyłem pociągiem do Krakowa. Ok 5 rano z dworca odebrali mnie Michał i Michał (bardziej znani jako semow i gargamel) i po ok 12 godzinach zameldowaliśmy się na parkingu przy Lucknerhaus, skąd startuje się w kierunku szczytu.
Początkowy plan zakładał próbę wejścia przez grań Studl, jednak ze względu na niepewną pogodę zdecydowaliśmy, że droga normalna też będzie zadowalająca.

Podejście, które miało trwać ok 3 godzin zajęło nam połowę tego czasu i znaleźliśmy się przy schronisku Studlhutte (2801 m. n.p.m.). Mieliśmy ze sobą namiot, żeby ewentualnie wyjść wyżej, ale padający deszcz, który po jakimś czasie przekształcił się w regularną śnieżycę skutecznie wybił nam to z głowy.

W schronisku ciepło, czysto (zakaz wchodzenia w butach górskich, ale są darmowe kapcie), drogo (20 euro za noc / 10 euro z kartą OeAV / DAV), no i sprawa uciążliwa dla polskiego turysty: zakaz gotowania w środku. Niewiele się zastanawiając ubraliśmy się ciepło i gotowaliśmy na zewnątrz.

Do środka przepędziła nas burza z piorunami, która nie wróżyła niczego dobrego na kolejny dzień. Ok 22:00 dołączył do nas Jarek, który przyjechał z Monachium i zalegliśmy na przestronnych materacach, wyposażeni w dwa koce każdy.

Pierwsza pobudka o 3 rano. Pogoda – słaba. Śpimy. Drugie podejście ok 4 – jest lepiej, więc spróbujemy. W schronisku jak w ulu – wszyscy szykują się do wyjścia. Ustaliliśmy, że skoro pogoda się poprawia to może jednak spróbujemy pójść przez Studlgrat, jednak kiedy ok 5 stanęliśmy przez wejściem decyzja była dość łatwa – zostawiamy dodatkową linę i część sprzętu, bo wejście granią trzeba zostawić na inny raz.

Szybkie podejście po skalnej ścieżce, zakładamy uprzęże i wchodzimy na lodowiec. Lekko wznosząca się płaszczyzna, tylko dwie ewidentne (widoczne) szczeliny i krok za krokiem poruszamy w górę. Rezygnujemy z wejścia po skałach, ponieważ droga po śniegu wydaje się szybsza i chyba tak właśnie jest.

Dopiero po pewnym czasie wchodzimy na grań doprowadzającą do schroniska Erzherzog Johann Hutte na wysokości 3454 m n.p.m. (są stalowe liny, warto wpiąć się lonżą).

Przy schronisku pogoda już się wyklarowała i po chwili odpoczynku wchodzimy na śnieżne pole, które zakończyło się stromym żlebem prowadzącym na grań Kleinglocknera.

Grań jest pokryta śniegiem, dość wąska, ale po drodze mija się wbite w skałę pręty, z których można dobre asekurować. Po obu stronach kilkaset metrów powietrza, więc chodzenie w linii prostej jest wskazane.

 

Do szczytu w pionie pozostaje stąd niewiele, ale na wszystkich czekają jeszcze 3 atrakcje. Pierwsza to zejście ze skały na platformę o szerokości ok 40 cm – niby nic, a jednak było to dość emocjonujące. Numer 2 to przejście przez równie wąską przełęcz między Klein- i Grossglocknerem, a na koniec dość wdrapywanie się po dość stromej skale na szczyt.

 

Te wszystkie atrakcje dzielimy z dziesiątkami innych osób o mniejszym lub większym doświadczeniu i poziomie inteligencji.

Na szczycie stajemy ok 10:35 w sobotę. Kilka pamiątkowych zdjęć, sms do Agnieszki i rodziców i zaczynamy schodzić, bo od dołu nadciągają gęste chmury. Zejście momentami jest trudniejsze niż wchodzenie, a to przede wszystkim ze względu na lecących złamanie karku przewodników z klientami i kilka zespołów, które postanowiły wyprzedzać innych.

W momencie powrotu na pole śnieżne chmury zasłaniają szczyt, a po niedługim czasie zaczyna latać tam śmigłowiec ratowniczy…

Po zejściu do Studlhutte odpoczywamy, a po ok godzinie z perspektywą ulewy zmierzamy do samochodu. Nad nami nadal krąży helikopter, co wskazuje na dość tragiczne żniwo, które „Dzwonnik” zebrał tego dnia.

Jeszcze tylko kilkanaście godzin w samochodzie, nocleg przy autostradzie, 6 godzin w pociągu z Katowic do Poznania i jestem w domu.

Podsumowując: świetny weekendowy wyjazd, z dobrą ekipą, z udanym i bezpiecznym wejściem. Trudności większe niż na Mont Blanc, ale bez przesady. Czasowo: 24 godziny w górach i 51 godzin w podróży:)

Więcej zdjęć (równie słabej jakości, bo ze starego małego aparatu) – tutaj.

Oko na Maroko – trzy oblicza w tydzień

„A wiecie jaka jest sytuacja w Maroku?” – pytali znajomi jeszcze kilka dni przed naszym wyjazdem, podczas gdy w Tunezji już nieco ucichło, a w Egipcie nadal wrzało.

Z naszych informacji, które uzyskaliśmy od innych znajomych i z doniesień medialnych wynikało, że wszystko jest w porządku (może nie najlepszym) i że nie mamy czego się obawiać.

Sytuacja zmieniła się trochę na 2 dni przed wyjazdem. „Zamieszki w Maroko”, „Ponad 100 osób aresztowanych” itd… Mało optymistyczna wizja, ale gdy znowu pytaliśmy okazało się, że nadal jest spokojnie.

– – –

Jest 1 nad ranem, Terminal nr 2 lotniska Malpensa w Mediolanie. Leżymy na ławce, dookoła przekrój mieszkańców Afryki Północnej i Zachodniej czekających na lot do Dakaru (odlot 2:30) i Marrakeszu (10:15). Od 2 godzin czekamy na lotnisku i od 2 godzin jeździ dookoła nas miły pan na maszynie do czyszczenia podłogi. Robi to z takim spokojem, że aż strach. Po godzinie robi się cicho, ale po kolejnych dwóch godzinach nadjeżdżają we dwójkę – każdy z innej strony naszej ławki. Przypominały mi się sceny z Dnia Świra. Próbujemy spać.

– – –

„Temperature in Marrakech is 18 degrees…” – ta informacja przekazana przez kapitana samolotu zniżającego się do lądowania nad naszym miastem docelowym wzbudzała uśmiech na naszych twarzach. Gdy wyjeżdżaliśmy z Poznania dzień wcześniej było ok -10, a może nawet mniej.

Krążąc na miastem zobaczyliśmy coś, co w kontekście ostrzeżeń o możliwych zamieszkach, spowodowało że uśmiech na trochę zniknął – słup gęstego dymu unosił się z centrum.

Na szczęście to był tylko niegroźny pożar.

– – –

Pierwszego dnia w Marrakeszu ruszyliśmy w głąb mediny, czyli starego, otoczonego równie starymi murami centrum, w którym ulokowała się większość straganów, sprzedawców, knajpek, kramów i hoteli. Po pewnym czasie przystąpił do nas jakiś gość i po standardowym wstępie (dobry, dobry, skąd, dokąd, jak się macie?) stwierdził, że „dzisiaj i tylko dzisiaj, bo tylko raz w tygodniu możecie zobaczyć słynną farbiarnię skór, gdzie Berberowie farbują skóry” itd itd. Zaproponowałem Agnieszce, że puścimy pana wolno, żeby znalazł innych jeleni. Koniec końców ruszyliśmy z panem, Agnieszka rozmawiała po francusku, a ja snułem się krok z tył i oglądałem tzw. okoliczności przyrody. Po 20 minutach meandrowania po ulicach i uliczkach faktycznie dotarliśmy do rzeczonej farbiarni.

[farbiarnia]

Opowieści o skórach, o tradycyjnych metodach, recepturach i procesie, do tego trochę fotek i idziemy na drugą stronę ulicy. Tam dalsza część prezentacji, zupełnie „przypadkowe” przejście przez sklep z wyrobami skórzanymi i wchodzimy na podwórko, gdzie kilku mężczyzn pracuje przy obróbce skór.

No i w tym momencie dochodzimy do punktu kulminacyjnego: „No dobrze to teraz zapłaćcie mi za zwiedzanie i opowiadanie. To są pieniądze dla ludzi, którzy tu pracują i dla mnie”.

W tym momencie otoczyło nas pięciu facetów z naszym „przewodnikiem” na czele i zaczął się teleturniej „100 pytań (oraz żądań) do…”.

„Musicie nam dać 400 dirhamów (ok. 40 euro). To i tak mniej niż inni, bo inni dają po 500”.

„Po prostu bajka, jeszcze trochę i nam dopłacą” pomyślałem, ale sytuacja nie była bardzo wesoła.

„Nie umawialiśmy się na żadne opłaty, a poza tym powiedziałeś, że zaprowadzisz nas tutaj za darmo, więc nie zapłacimy” – opowiedziałem całkiem pewnie, ale nie będąc przekonanym co do wyniku tej próby.

 

Od tego miejsca zaczęła się słowna przepychanka (zresztą przepychanie też było – tzn. oni mnie) i rozmowy w stylu: „Jeżeli macie więcej niż 400 to możemy wydać wam resztę” albo „Jeżeli macie kartę to możemy iść do bankomatu”. To pokazywało poziom desperacji naszych rozmówców, a my oboje, ze spokojem tłumaczyliśmy, że nie mamy kasy, nie mamy karty, nie mamy 50 dirhamów, ani nawet 20. Po tym nastąpiło pokazywanie zawartości kieszeni, z których Agnieszka wyciągnęła 2 zł (panowie rzucili się, ale po odkryciu swojego błędu odpuścili), a ja kawałek plastikowego worka.

Trochę mniej zabawnie było, gdy zapytali ile kosztuje ten aparat (ten, czyli nasz, którym robiliśmy zdjęcia w farbiarni), ale jakoś odpuścili, gdy równie spokojnie powiedziałem, że nie jest na sprzedaż.

Cały czas mieszało się we mnie poczucie lekkiego strachu, z optymizmem i świadomością niedorzeczności tej sytuacji.

W końcu rozmawiając między sobą po polsku ustaliliśmy, że „spokojnie wychodzimy” i tak też zrobiliśmy. Gdy wychodziliśmy doszedł do nas „przewodnik” twierdząc, że skoro nie chcemy dać kasy jego kolegom, to chociaż jemu się coś należy. Ruszyliśmy jednak przed siebie i po kilkudziesięciu metrach pan dał sobie spokój z pogonią.

Pierwszy dzień był obfity w atrakcje – Agnieszka miała pierwszą lekcję z cyklu „kraj arabski w pigułce”, a ja przypomniałem sobie jak to jest.


[minaret meczetu El Kotoubija]

– – –

„Ile za taksówkę do Imlil?” „Aaaa, do Imlil, no to… no normalnie to jest 600 dirhamów, ale dla was to będzie 350.” Uśmiechnęliśmy się lekko i pan szybko zrozumiał, że aż tak łatwo to nie przejdzie. Kilka minut później luźniejsi o 250 dirhamów (200 dla kierowcy i 50 dla naganiacza) jechaliśmy we dwoje starym mercedesem w piaskowym kolorze w stronę Imlil – miejscowości, z której zaczyna się podejście pod Jebel Toubkal – najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego.

Podejście całkiem spokojne, na początku przez miasto rozłożone na zboczu, dalej przez szerokie, wyschnięte koryto rzeki w lewo i potem cały czas lekko pod górę. Ścieżka czytelna, słońce świeci (chociaż pali to chyba lepsze słowo), a widoki dookoła są niesamowite. Z gorącego miasteczka widać ośnieżone szczyty, które w Afryce wyglądają bardzo osobliwie.

 

Drepczemy spokojnie pod górę, bo dzięki taksówce pokonaliśmy już ok 1200 metrów przewyższenia, a pieszo czeka nas tego samego dnia kolejne 1500 metrów. Drepczemy tak w pięknym, afrykańskim (!) słońcu – a ja poruszam się w koszulce z krótkim rękawem, a jako osobnik znany z niechęci do wszelkich kremów idę „saute”, bez żadnej ochrony – no ok, miałem okulary i coś na głowie.

W końcu, po ponad 5 godzinach doszliśmy do schroniska położonego na wys. 3200 m n.p.m. W zasadzie są tam trzy schroniska, ale jakoś tak wyszło, że w schr. Muflones całkiem dobrze poszło nam targowanie się i właśnie tam spaliśmy. Było jedno, małe ALE – miałem poparzone ręce. Czerwone, piekące i przypominające o przyjętej dawce słońca przy każdym ruchu. Po raz który się to powtarza?? Po prostu lubię słońce, ale nie lubię kremów – ot, konflikt tragiczny.

– – –

Rano wstaliśmy dość późno i po 8 ruszyliśmy w stronę Jebel Toubkal. Początek w cieniu i po dość stromym odcinku, ale w gdy przy pierwszej wiszącej dolinie uderzyło nas słonce zdjęliśmy kurtki i dalej podchodziliśmy w najpiękniejszej górskiej pogodzie – śnieg pod nogami i słońce nad głową. Gdy niedaleko przełęczy (ok. 4000 m n.p.m.) skończył się śnieg, zdjęliśmy raki i do samego szczytu poruszaliśmy się już piarżystymi zakosami.

Zarówno w schronisku, jak i podczas podejścia spotkaliśmy znacznie więcej narciarzy niż piechurów, więc szczyt dzieliliśmy głównie z posiadaczami dwóch desek. Zwieńczenie Toubkala, na które dotarliśmy po nieco ponad 3 godzinach od wyjścia ze schroniska jest dość płaskie, a najbardziej charakterystycznym punktem jest piramidalna konstrukcja oblepiona naklejkami ze wszystkich stron świata i z napisami w stylu „Kocham Krysię” i „Ty byłem – Tony Halik”.

[na szczycie Jebel Toubkal – 4167 m n.p.m.]

Słońce świeciło, wiał lekki wiatr, a my rozłożeni na kamieniach wcinaliśmy bakalie kupione na Jemma el Fna. Na szczycie spędziliśmy prawie dwie godziny.

W drodze powrotnej zobaczyliśmy, że po przeciwnej stronie przełęczy kilka osób znajduje się na kolejnym szczycie. Chwila zastanowienia i ruszyliśmy. W ten sposób, w ciągu jednego dnia udało się nam wejść na dwa czterotysięczniki – Jebel Toubkal (4167) i jego mniejszego brata.

Zejście było łatwe, ale rozmiękły śnieg i prażące słońce nie sprzyjały, a cień pojawił się dopiero przy samym schronisku.

Po pewnym czasie zrobiło się jakieś zamieszanie, kilka osób złapało plecaki, raki, czekany i gdzieś pobiegło. Nieco ponad godzinę później wszystko było jasne. Jeden z Hiszpanów pojechał ok 400 metrów w dół stoku (nie wiemy jakiego). Znieśli go do schroniska, gdzie okazało się, że transport na mule nie wchodzi w grę, bo facet miał uszkodzoną miednicę. Rano zabrał go śmigłowiec wojskowy. Niby takie łatwe góry dookoła …

– – –

„Good morning, hello. Marrakesz?” – to były pierwsze słowa jakie usłyszeliśmy po zejściu do Imlil. Ustaliliśmy, że „Marrakesz”, ale oczywiście musieliśmy jeszcze uzgodnić za ile. W międzyczasie zahaczył nas miejscowy sprzedawca pytając czy jesteśmy z Polski. Gdy potwierdziliśmy, wyciągnąć z portfela 20 zł banknot i zapytał czy możemy mu wymienić, bo on tu nic nie kupi. Ciekawe kto mu to wcisnął?:)

 

„Transport? Marrakesz?” .”Marrakesz, a za ile?”. „A ile zapłacicie?”. No i tutaj poniosła nas ułańska fantazja, bo stwierdziliśmy, że podamy cenę, za którą chyba niewielu udało się pokonać tę trasę. „Sto pięćdziesiąt dirhamów. Za tyle przyjechaliśmy tu z Marrakeszu dwa dni temu, tylko we dwoje i to z Jemma el Fna”. Ta informacja powodowała, że wszyscy kierowcy byli zbici z tropu. Zastanawiali się pewnie nad tym, który z ich „kolegów” w tak bestialski sposób popsuł rynek i przywiózł tu kogoś za tak śmieszne pieniądze. Jedni odmawiali, inni gratulowali dobrego interesu i dopiero potem odmawiali, ale jedno było pewne: zaciekawiło ich to.

 

W miejscu, z którego miały odjeżdżać tzw. taxi collectivo (kilka osób pakuje się do samochodu i cena na osobę jest niższa) okazało się, że taxi będzie, jednak nie wiadomo kiedy (jak to collectivo – tak samo jak w Ameryce Południowej). „Collectivo nie ma, ale za 300 dirhamów możemy jechać od razu i tylko wy dwoje”. „Ale my przyjechaliśmy tu za 150” itd. itd. itd.

Siedzieliśmy spokojnie czekając, ciesząc się wejściem na szczyt, pięknym słońcem i całą sytuacją, w której się znaleźliśmy.

„Możemy jechać za 250, a jeżeli nie chcecie to ostrzegam, że collectivo może nie odjechać.”. Podziękowaliśmy za informację i troskę. „No, jak chcecie. W razie czego mam tutaj hotel – też za 250 za noc”. Poziom desperacji wyraźnie rósł.

 

Po 10 minutach podszedł jeden z kierowców. „Ok, Marrakesz za 50 za osobę”. No i to była dobra propozycja. Oczywiście było to collectivo, w którym jechaliśmy z Agnieszką we dwoje na przednim siedzeniu pasażera, ale było tak jak chcieliśmy – tanio:)

– – –

Miejscem, które odwiedzają wszyscy turyści przyjeżdżający do Marrakeszu jest Jemma el Fna (pisowni jest tyle ilu piszących). Wielki plac, stosunkowo pusty w ciągu dnia, nabiera życia ok 17-18. Wtedy zjeżdżają na niego sprzedawcy, właściciele budek z jedzeniem, artyści, hochsztaplerzy, zaklinacze węży, wróżki, muzycy i wszelkiej maści kombinatorzy. Jedno jest pewne – po zapadnięciu zmroku to miejsce buzuje. Jest to coś pociągającego, jednak pod osłoną egzotyki kryje się dobrze zaplanowana (chociaż nie centralnie) machina gospodarcza nastawiona na dostarczanie wszystkiego dla ducha i ciała („Hello, nice restaurant with wine?” wypowiadane konspiracyjnym szeptem).

 

Przechodząc przez plac prawie zawsze zatrzymywaliśmy się przy „naszym” straganie z sokiem pomarańczowym (nr 36), a wieczorami zajadaliśmy tehan albo tajin w miejscowych knajpach i przy straganach. Im więcej Marokańczyków, tym lepiej – bo to oznaczało, że miejsce było sprawdzone i z dobrymi cenami.

Jemma el Fna ma też jeszcze jedno oblicze – gdy oglądaliśmy go z dachu jednego z otaczających budynków, patrząc na tłum i zachodzące słońce za minaretem meczetu El Kotoubija miałem wrażenie, że to ul albo mrowisko, w którym wszystko jest chaotyczne, ale w gruncie rzeczy dobrze przemyślane.

– – –

Były góry, była egzotyka – przyszedł czas na orzeźwienie… nad oceanem. Wybraliśmy się do Essauoiry (czy. Essajury). Szybkie kupowanie biletów, pan bagażowy, który chciał wydębić od nas kilka dirhamów za „ponadwymiarowy plecak” i pięć spokojnych godzin w autobusie.

 

Oto jesteśmy na dworcu autobusowym. No i co? No i nic, bo niczego na temat tego miasta nie wiemy.

Nie wiemy, w którym punkcie miasta jesteśmy, gdzie mamy iść, co warto obejrzeć… no nic 🙂

Sto metrów w lewo – nie, dwieście metrów w prawo – o, jest ulica! I znowu: próba w lewo, powrót, próba w prawo, skrzyżowanie i tak dalej. Nagle wyrasta przed nami brama, główna brama mediny. Nasze wewnętrzne kompasy znowu nie zawiodły.

Włóczymy się wąskimi uliczkami i pierwsza rzeczy, którą bardzo wyraźnie czuć to spokój w porównaniu do Marrakeszu. Oczywiście są kramy, są sprzedawcy, ale mimo wszystko jest jakoś luźniej. Może wynika to z tego, że w Essaouirze znajduje się piękna plaża i przyjeżdżają tu surferzy, windsurferzy i kite’ciarze z całego świata.

Dobę, którą spędziliśmy w tym mieście wykorzystaliśmy na odpoczywanie. Berber whiskey (słodka miętowa herbata) w ilościach hurtowych, czytanie książek i oglądanie ludzi – to tak w dużym skrócie.

Ostatni dzień w Maroku to powrót do Marrakeszu, krążenie po soukach w poszukiwaniu pamiątek dla rodziny i znajomych. Dla siebie też, bo dotychczas rzadko udawało nam się coś przywieźć z podróży.

[knajpa „U Hassana”, Jemma el Fna, Marrakesz]

– – –

Maroko okazało się świetną alternatywą dla narciarskich wakacji. Było dokładnie tak jak zaplanowaliśmy – ciepło, górsko, oceanicznie i egzotycznie (ha, ale rym). Jeżeli chodzi o termin to chyba też dobrze wybraliśmy, bo latem mogłoby być zdecydowanie za gorąco.

Dziękujemy za uwagę:)

foto: Agnieszka i Jacek

Reszta zdjęć tutaj:

Publikacje, bilety do Maroka i Nowy Rok 2011

Listopad i grudzień były jakieś szalone i stąd lekki poślizg w aktualizacji strony.

W listopadzie wybrałem się samotnie w Karkonosze. Pierwszy raz sam, bez Agnieszki i było jakoś dziwnie. Jedynym plusem było zupełnie przypadkowe zlądowanie w Samotni na jakimś festiwalu górskim i długie rozmowy z Anną Czerwińską, Piotrem Snopczyńskim i jeszcze kilkoma ciekawymi „ludźmi gór”. Zawsze dużo różnych myśli pojawia się po takim weekendzie… 🙂

Już 1 grudnia w sklepach można było kupić nowy numer magazynu ROWERTOUR, w którym ukazał się nasz artykuł o Nowej Zelandii i zwiedzaniu jej na tandemie. Publikacja rodziła się w bólach, bo tekst był gotowy już w kwietniu zeszłego roku, ale warto było czekać. Może uda się Wam jeszcze gdzieś kupić ten archiwalny numer. No nasza wina, że nic tutaj nie napisaliśmy, ale jakoś tak wyszło.

Z kolei na weekend 11-12 grudnia pojechaliśmy z Piotrkiem (kuzynem Agnieszki) w Karkonosze, żeby rozpocząć sezon skitourowy. Udało nam się podejść na Szrenicę w zamieci, a następnego dnia zejść / zjechać (też w „pięknej, słonecznej pogodzie”) przez schronisko pod Łabskim Szczytem i Puchatka z powrotem do Szklarskiej. Trochę się pobawiliśmy i w końcu mogliśmy się trochę rozruszać.

(podejście na Szrenicę)

(schronisko na Szrenicy)


(od lewej: Piotrek, Agnieszka, Jacek) – więcej zdjęć TUTAJ

W tzw. międzyczasie zdecydowaliśmy, że wyjazd narty przekształcimy w coś innego i w ten sposób 15 grudnia kupiliśmy bilety lotnicze do Maroka (Maroko?). Miejsce nowe dla nas obojga, a do tego Agnieszka postawi stopę na kolejnym, szóstym kontynencie. Planem głównym jest próba wejścia na Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) czyli najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego. Co dalej? Zobaczymy na ile co czas pozwoli, ale cieszymy się jak dzieci:)

Grudzień to też miesiąc, w którym ukazał się nasz inny tekst. Tym razem opis naszego letniego wejścia na Mont Blanc znalazł się w Gazecie Studentów UAM UNIKAT (tutaj można przeczytać). Czyste szaleństwo medialne:)

Plany na 2011 rok nadal dość mocno niesprecyzowane, ale jedno jest pewne – planów i pomysłów nie brakuje!

Wszystkiego Najlepszego w Nowym Roku!

Góra jedna i pół z dreszczykiem emocji czyli Gran Paradiso i Mont Blanc 2010

Pomysł wyjazdu do Francji i próba wejścia na Mont Blanc kiełkowała w naszych głowach od dawna. Po drodze były jeszcze inne pomysły i realizacje, ale z Mont Blanc zawsze jakoś nie wychodziło. W końcu zdecydowaliśmy, że w tym roku to będzie nasz cel na krótkie wakacje.
W pewnym momencie, w czasie przeglądania Outdoor.org.pl okazało się, że tam też kilka osób jest zainteresowanych wyjazdem i koniec końców ekipa zrobiła się czteroosobowa – Michał, Marcin, Agnieszka i ja. Od początku ustaliliśmy, że dzielimy się na dwa zespoły linowe i po różnych przygotowaniach, głównie sprzętowych umówiliśmy się na spotkanie 25 sierpnia w Poznaniu. Dzień wcześniej Agnieszka wróciła z Krakowa, a Marcin przyjechał wieczorem. Kładąc się na kanapie zdążył jeszcze zbić szklany świecznik, ale … zdarza się:)

Czytaj dalej Góra jedna i pół z dreszczykiem emocji czyli Gran Paradiso i Mont Blanc 2010